KAI BUMANN
Dla mnie – Niemca urodzonego w 1961 roku w Berlinie Zachodnim i od wielu lat mieszkającego w Polsce, która coraz bardziej staje się moją nową ojczyzną – pytanie, czy czuję się patriotą, w pierwszej chwili jest bardzo irytujące. Natychmiast pojawia się kolejne: który z tych dwóch krajów jest mi ostatecznie najbliższy? I czym jest patriotyzm – ogólnie i dla mnie osobiście?
Z pewnością myśli się najpierw o umiłowaniu, a nawet o dumie z kraju, z którego się pochodzi – jego język, przyroda, ale nade wszystko kultura, są bliższe aniżeli wszystko inne w świecie. Bez własnej zasługi stajemy się częścią całości, wobec której czujemy się zobowiązani. W tym sensie w Niemczech zostałem zapewne wychowany na patriotę, choć pojęcia tego unikano. Przylgnęła do niego bowiem skaza z okresu między rokiem 1933 a 1945. Naturalnie opowiadano również o straszliwej przeszłości, nikt jednak nie wpadł na pomysł, by traktować poczucie odpowiedzialności za popełnione przez nas, Niemców, zbrodnie jako element niemieckiego patriotyzmu. By uniknąć tego problemu w całej jego głębi, pytanie o patriotyzm po 1945 roku potraktowano po prostu jako nieistotne. Dopiero po zjednoczeniu obu niemieckich państw, a właściwie po wyborze Gerharda Schroedera na kanclerza, zdawało się, że mroczna przeszłość została jakby zamknięta – staliśmy się znów „normalnym krajem”. Coraz częściej zaczęto – niestety z narastającą przesadą – pokazywać patriotyzm, ale tylko od strony radości i dumy. Doprowadziło to w ostatnich latach do wytworzenia się jego całkowicie bezrefleksyjnych form. Przykładowo po wyborze Josepha Ratzingera na papieża można było przeczytać w prasie bulwarowej: „My jesteśmy papieżem” – mimo że Kościół katolicki nie jest w Niemczech dobrze postrzegany, a Joseph Ratzinger jeszcze jako kardynał nie był oceniany pozytywnie. Natomiast odpowiedzialność za czyny poprzednich pokoleń została sprowadzona do gestów w czasie oficjalnych uroczystości i przeniesiona do muzeów. Zamiast tego poucza się inne kraje: na przykład były niemiecki minister finansów Peer Steinbruck chciał do Szwajcarów „iść z pejczem”, gdyż nie ustępowali w polityczno-finansowym sporze. W Niemczech wypowiedź ta nie spotkała się z jakimikolwiek reakcjami lub sprzeciwem. Trudno o gorszy znak braku prawdziwego patriotyzmu.
W tym sensie z pewnością nie jestem niemieckim patriotą. Najnowsza historia mojego kraju zawstydza mnie tak bardzo, że muszę występować jako reprezentant Niemiec zawsze w kontekście historycznej katastrofy – i postrzegam to jako mój patriotyczny obowiązek, co jest niekiedy bardzo trudne i gorzkie.
A w Polsce? Cieszy mnie, gdy o Polsce mówi się dobrze. Być może nie mam prawa być rzeczywiście dumny z wielkich myślicieli i artystów tego kraju, ale jestem, gdyż są oni częścią Polski, a więc i mojego życia. Nie wypada mi głośno krytykować tego, co mi się tutaj nie podoba lub mnie martwi; ale intensywnie uczestniczę w myśleniu o przyszłości tego kraju. Na zewnątrz zawsze chcę pokazywać najlepsze strony Polski, tak
by i innych nią oczarować. I cierpię, jeżeli w czasie wizyt gości z zagranicy coś nie gra. Prawdopodobnie mogę powiedzieć, że od dawna już jestem polskim patriotą.
Tłumaczyła Anna Tischner
CHANATAL DELSOL
1. Tak, czuję się patriotką, ale nie nacjonalistką. Bycie patriotą oznacza, że kocha się swoją ojczyznę, tak jak można kochać kogoś, kogo się nie wybrało, ale z kim łączą nas więzi zakorzenienia: swoich rodziców czy rodzeństwo. Kochamy swoją ojczyznę, bo przyjęła nas w momencie urodzenia, jest to zarazem przypadek i przywiązanie wynikające z bliskości, więź uczuciowa i kulturowa. Dzisiejsi ludzie niesłusznie uważają, że można (lub musi się) kochać to tylko, co wybrało się samemu.
Bycie nacjonalistą oznacza, że uważa się swoją ojczyznę za kraj lepszy od innych. Wiem, że mój ojciec nie jest lepszy, ale kocham go bardziej niż innych ojców po prostu dlatego, że jest mój. Podobnie jest z ojczyzną.
2. Mój patriotyzm wyraża się, podobnie jak u wszystkich, na sposób codzienny i czasem nieświadomy. Moim studentom podaję dwa przykłady, żeby im uświadomić, iż kochają swoją ojczyznę, nawet o tym nie wiedząc.
Stoję przed Luwrem i widzę grupę roześmianych Japończyków z aparatami fotograficznymi na piersiach. Jestem dumna. Mówię sobie: „My, Francuzi, zbudowaliśmy takie pomniki, które wszyscy podziwiają”. Tymczasem to nie ja postawiłam Luwr i być może nie lubię nawet za bardzo jego klasycznego i formalnego charakteru. A jednak jestem dumna, jakby ten monument należał do mnie osobiście.
Idąc do pracy, każdego dnia spotykam dwóch czy trzech młodych żebraków z tabliczką: „Jestem głodny”. Czuję wstyd. Tymczasem ci młodzi ludzie nie są ani moimi braćmi, ani dziećmi, nie znam ich, a w dodatku płacę podatki na ich zasiłki. Nie jestem odpowiedzialna za ich nieszczęście. A jednak jest mi wstyd. Myślę: „To niemożliwe, żeby nasz kraj, tak bogaty, nie mógł temu zaradzić”. To jest wyraz patriotyzmu.
3. Naturalnie, mój patriotyzm przejawiałby się w sposób wyraźny w okresie tragicznym, nawet jeśli, nie znając okoliczności, nie wiem, czy byłabym zdolna do takiego męstwa, jakim odznaczali się niektórzy z moich przodków. Ale w okresach spokoju, jak teraz, patriotyzm objawia się wtedy, gdy czujemy, że nasza ojczyzna jest znieważana, zapomniana czy ośmieszana. Ja czuję się osobiście poniżona, gdy widzę, że przyznaje się (co zdarzyło się kilka tygodni temu) nagrodę fotografii, na której jakiś człowiek podciera się francuską flagą, czy że prezydent Chirac zrobił wszystko, żeby uniemożliwić wprowadzenie do konstytucji europejskiej wzmianki o chrześcijańskich korzeniach – ponieważ reprezentował wówczas całą Francję jako ziemię niewdzięczną i pyszną. Przeciwnie, jestem szczęśliwa, kiedy Francja wygrywa jakiś wielki mecz piłki nożnej (skoro dzisiaj gra zastąpiła wojnę, na co ostatecznie nie ma powodu się uskarżać), i biję brawo, tak jak biłabym brawo jej zwycięskiemu synowi, ze świadomością, że to gest subiektywny, ale przepełniony ludzkim uczuciem, jakie wiąże się z takimi sytuacjami. Jest mi wstyd, kiedy widzę, że Francja nie potrafi podejść realistycznie do problemów budżetowych i podjąć wysiłków oszczędzających przyszłym pokoleniom długów, z którymi my żyjemy tak swobodnie. Jestem dumna, kiedy widzę, że Amerykanie, tak bardzo przewyższający nas w wielu dziedzinach, szczerze podziwiają blask naszej kultury.
4. Oczywiście, nie cała historia Francji jest dla mnie powodem do dumy i niewesoło było mi opowiadać moim dzieciom, kiedy były małe, o odwołaniu Edyktu Nantejskiego czy kolaboracji rządu Vichy. Myślę jednak, że trzeba przyjmować dziedzictwo w całości: nie da się dostać zamku bez długów, czyż nie? To, jak obecnie odrzuca się niektóre epizody naszej historii, zbyt przypomina nieodpowiedzialną selekcję. Jesteśmy synami Pasteura, a także Robespierre’a i mieszczan z Calais, jak również dziedzicami kolumn piekielnych z Wandei. Selekcjonowanie tego byłoby zaparciem się samych siebie.
5. Kilka lat temu karykaturzysta Faizant narysował serię postaci z różnych krajów, które krzyczały: „Niech żyje Portugalia!”, „Niech żyje Kuba!”, „Niech żyje Palestyna!”. Pod każdą z nich był podpis: „dzielny patriota”. Ale pod Francuzem w berecie, który krzyczał: „Niech żyje Francja!”, podpisano: „stary palant szowinista, ksenofob, przypuszczalnie faszysta”… Humoreska, która miała pokazać, do jakiego stopnia patriotyzm się u nas zdewaluował. Widzę trzy tego przyczyny: tradycję uniwersalistyczną, która każe nam nienawidzić partykularyzmu; perwersje, jakim oddawał się patriotyczny reżim Vichy; generalne odrzucenie jednego wieku nacjonalizmu. Pierwsza wojna światowa była dla patriotyzmu francuskiego katastrofą, można powiedzieć, że go sprofanowała. Poświęcenie tylu milionów młodych ludzi dla zachowania całości terytorialnej ojczyzny uważane było później za zbyt wielka ofiarę. Można kochać swoją ojczyznę, ale nie wolno mówić: Niech przepadnie świat, aby tylko została nasza ojczyzna… A jeśli jeden z moich synów przyszedłby mi powiedzieć, że jest gotów umrzeć za to, by Korsyka pozostała przy Francji, spojrzałabym na niego z konsternacją…
Tłumaczyła Dorota Zańko
OŁEŚ HERASYM
1. Tak, czuję się patriotą, ale nie w ogólnie przyjętym rozumieniu. Nigdy nie zastanawiałem się nad ostateczną formułą, co to dla mnie znaczy „być patriotą”. Traktuje to raczej jako pewien nurt myślenia, czucia i działania aniżeli kodeks jasno wyznaczonych reguł czy zasad.
Za jeden z ważnych elementów mojego patriotyzmu uważam patriotyzm obywatelski, wykraczający poza kategorie ściśle narodowe, choć jednocześnie uważam, że położenie języka ukraińskiego jest dziś u nas czymś bardzo niezadowalającym. Będę zatem podejmował wysiłki na rzecz należnego poszanowania praw naszego języka, z jednym zastrzeżeniem – trzeba to robić wyłącznie za pomocą demokratycznych procedur.
2. Mój patriotyzm wyraża się, jak sądzę: a) w konsekwentnym wypełnianiu obowiązku uczestnictwa w wyborach – inaczej niż u wielu moich współobywateli (do 30%), którzy do wyborów nie przystępują; b) w popieraniu tych sił politycznych, które przynajmniej deklarują przychylność dla demokracji, poparcie dla idei wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO, a także w niechętnym stosunku do sił propagujących poglądy separatystyczne (autonomia Rusi Halickiej, Krymu etc.) czy, tym bardziej, dążących do sojuszu z Rosją, co oznaczałoby w gruncie rzeczy utratę wolności i niebezpieczeństwo wejścia na drogę autorytaryzmu;…