Subskrybuj
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Gdzie słońce nie zachodzi

– Alinka! Przyniesiesz, proszę, chlebuszka?! I kiełbaski jakiej. I pomidorka. I czaju… Z konfiturą, koniecznie! – tak woła do żony Piotr Zujew Fiodorowicz, gdy odwiedzają go goście.

Wita ich na nagrzanej od słońca ławce przed domem, osiadłej w gnieździe miękkich zielsk. Na twarzach wszystkich odprężają się wieczorne promienie słońca. – Tam dalej, piętnaście kilometrów w dół rzeki zobaczysz wielką, okrągłą skałę. Bóg wie, kto ją stworzył: czy człowiek, czy Bóg, czy coś jeszcze? – opowiada zwykle o swojej okolicy. – Alinka! Proszę cię, przyniesiesz do tego samogonciku? – woła raz jeszcze Piotr. – Sam robiłem – iskrzą mu oczy, gdy polewa po pół kubka. – Przemieszałem wszystkie owoce. Pyszny. Z owoców z naszego ogrodu. Ni to bimber, ni nalewka, ni wino. Wyśmienity, czysty, pożywny. Nie za słodki, nie za mocny, choć świeczki w oczach staną. Nie zdarza się to często. Przecież Piotr, 77 lat (dwa dni temu urodziny, zjechała się rodzina, ależ była uroczystość!) i jego żona Alinka, 76 lat, mieszkają na końcu świata. A komu się chce jeszcze szukać końców świata, komuż chce się do nich docierać, a co dopiero – komuż chce się tam mieszkać?! Komuż chce się wierzyć, że poza gwarem i hukiem linii transsyberyjskiej ktoś jeszcze żyje, że w środku niczego stoją miasta i wsie? Komuż chce się wyobrażać, że, by do nich dotrzeć, trzeba przesiąść się na jednej z transsyberyjskich stacji w lokalny pociąg, ślamazarzyć się przez tęgą tajgę, aż skończą się tory, a zaczną błota i grzęzawiska, brnąć głębiej i głębiej starym UAZ-em, a gdy skończy się trakt, wędrować pieszo albo machać wiosłami? Jeśli, Drogi Czytelniku, otworzysz mapę Rosji i powędrujesz palcem na prawo od Moskwy trafisz na długi grzbiet Uralu ciągnący się dwa tysiące kilometrów od Morza Kaspijskiego po Ocean Arktyczny. Mniej więcej w środku pasma leży wielkie miasto Perm. Mógłbym się założyć, że na Twojej mapie nie ma już miasteczka Ciusowoj, odległego jeszcze o kilkaset kilometrów na południowy-wschód. Żaden wstyd. Musiałbyś być pasjonatem topografii rozklekotanego Imperium, musiałbyś bez przerwy aktualizować mapy, a Twoje starania i tak mogłyby spełznąć na niczym. Gdybyś jednak zdobył taką mapę (pewnie już w Rosji), i śledził coraz węższą nitkę rzeki na południe od Ciusowoj, mógłbyś trafić na koniec świata. Do maleńkiej Oslianki. Tu mieszkają Piotr i Alinka. Kilka drewnianych chałup położonych na szerokiej, trawiastej platformie – do rzeki prowadzą strome, wąskie stopnie, za domem wznosi się urwiste zbocze. Wokół wielka tajga – niekończące się fałdy ciemnozielonego boru, gór, rzek, potoków, mchów, jarów, dolin, z watahami wilków i gawrami niedźwiedzi. Więc, co się dziwić, że, kiedy przybędą goście, jest okazja, żeby się napić? Innych być już nie może. Bo mają razem tylko 11 tysięcy rubli emerytury. Bo nie ma elektryczności. – Jest budka telefoniczna. Miedwiediew wydał prikaz instalacji budki telefonicznej w każdej wiosce Federacji i faktycznie ja postawili. Ale telefon nie działa. – Czemu? – Bo nie ma elektryczności. Nie ma też: bieżącej wody, kanalizacji, telewizorów, lodówek, pralek. – Kiedyś była turbaza i szkoła. Za Sojuza. – wspomina Piotr – ale teraz komu to potrzebne? Komu? Młodzi z Rosji uciekają do miast za robotą. Wsie pustoszeją, wymierają. Widzisz tego człowieka? (mężczyzna w średnim wieku z torbą w ręce, obdarty). On nie ma nic. Nic. Prócz tej torby. W której też chyba nic nie ma. Kiedyś był gospodarzem turbazy, ale odkąd ją zamknęli nie jest nikomu potrzebny. Nikomu. No, zobacz jak wiucha. Z tych rzeczy jest małe radyjko na baterie, które stoi w seledynowej kuchni i mówi, że jutro znów będzie: upał, sucho i gorąco. Jak to latem na Uralu. – Zobacz jaki ja ciorny! – Piotr pręży ramię. – Rano nad rzeczką się poplątam, a to na rybki, to tu, to tam – i mnie smaga. Zerwał się wieczorny wiatr, pot zasechł na plecach, nad rozbełtane pomidory zleciały się komary i tumany meszków, syberyjska zakała. – Alinka! – krzyknął Piotr, ubijając intruza klapsem w łopatkę. – Nie przynoś już nic! Idziemy do chałupy, chłodno już, gryzą te france. Dom Piotra ma ozdobne drzwi, które prowadzą do podwórza. Wszędzie zajady, dziury, rozstępy. Jakby udawały coś innego; coś, czym nigdy nie były i nie będą. Wszystko w starym, pachnącym drewnie. Na ścianie wyblakły obrazek, na stole wyblakła cerata. Po drugiej stronie chałupy pręży się lipa. – Rośnie taka u was? – pyta Piotr. – Za wojny plotłem z nich sapaćki, buty, które zimą wypełnialiśmy wełną. Byłem mistrzem ich plecenia. Ludzie ode mnie brali. Jak mieli nie brać, skoro zimą, jak przyjdzie mróz to jest i czterdzieści stopni? I noc – prawie przez całą dobę. Piotr i Alinka wyjeżdżają wtedy do miasta Niżny Tagił, do rodziny. A wiosną wracają do Oslianki, wtedy gdy ptaki zaczynają śpiewać. Potem się robi lato, wiaterek smaga Piotrową skórę, późnej przychodzi jesień, razem robią konfitury i marynaty, potem idą znów mroziska, Piotr i Alinka… I tak dalej. Piotr Fiodorowicz wygląda czerstwo, zdrowo. Mówi ekspresyjnie, niemal poetycko, mocno akcentuje wyrazy, jakby za każdym razem mówił o życiu po raz pierwszy albo ostatni; jakby się bał, że już nikt nie usłyszy jego opowieści; jakby opowiadał bajkę. W każdym wątku wraca do słów: „Za wojny…”. Tylko wtedy bajarzowi marszczy się czoło i gasną oczy. – Za wojny pracowałem za darmo dla armii, na fabryce. Gdy się zaczęła, miałem siedem lat. Nigdy nie byłem na froncie. Całą wojnę spędziłem tu, na Uralu. Masz tu wszystko: złoto, żelazo, miedź, drewno i żywność. Najwięcej na front wysyłaliśmy żelaza i jedzenia. Żeby ugotować coś do jedzenia musisz rozpalić ogień – a nam zabierali nawet zapałki. Dlatego musieliśmy ten ogień cały…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Koniec religii czy różne ścieżki wiary? Debata z Charlesem Taylorem