Subskrybuj

Rekonstrukcja trudnych wspomnień

W znaczącym stopniu na pamięci zbudowany jest projekt artystyczny Grynberga. W pierwszej płaszczyźnie na pamięci rodzinnego przekazu, a szczególnie na jej wyjątkowym aspekcie, który Marianne Hirsch nazwała „post-pamięcią”.

I

Wydany w trzech językach (polskim, niemieckim, angielskim) album Co ja tu robię? Mikołaja Grynberga jest książką wyjątkową. Autor doświadczony osobistym dramatem rodzinnym (jego babka przeżyła obóz w Auschwitz) postanawia przenieść się do obozu Auschwitz-Birkenau, by dokonać rejestracji fotograficznej oraz przeprowadzić rozmowy z odwiedzającymi muzeum Auschwitz.

Album składa się z czterech części, z których pierwsza jest krótkim wstępem autorstwa przewodniczki po obozie, Anny Sommer. Druga rozmową Mikołaja Grynberga z dziennikarką Justyną Sobolewską, która stawia pytania nie tylko o zamysł koncepcyjny albumu, ale wkracza w sferę osobistych motywacji autora: jego rodzinnych relacji, pamięci, wędrówek po obozie śladami najbliższych, wreszcie spotkań i rozmów z odwiedzającymi. Trzecia przedstawia fotografie spotkanych osób, z którymi Grynberg w czasie swojego pobytu w muzeum rozmawiał, pytając o odczucia, motywacje i refleksje towarzyszące zwiedzaniu. Z tych rozmów wybiera jedynie małe fragmenty, niekiedy pojedyncze zdania. Wreszcie czwarta część, może najbardziej „autorska” i różnorodna stylistycznie, na którą składają się fotografie obozu wykonane przez Grynberga – zdjęcia prawie monochromatyczne, w odcieniach sepii lub sinego fioletu t imitującego pierwsze kolorowe odbitki „Agfy”, które stanowią immanentną i ważną ikonografię Zagłady – by wspomnieć odnalezione przez Dariusza Jabłońskiego fotografie wykonane przez Waltera Geneweina dokumentujące tragiczny los Żydów z getta łódzkiego.

Ta kompozycja (dwie części tekstowe i fotograficzne pozostające w dialogu i korespondencji) jest nadzwyczaj udana i spójna; od osobistych motywacji po artystyczne przetworzenie, w którym migawka aparatu jest nie tylko narzędziem rejestracji obozowego świata, ale, ośmielę się powiedzieć, staje się dla Mikołaja Grynberga Lacanowską „fazą zwierciadła” – by nadużyć, może nie najstosowniejszej w rozpoznaniu pamięci Zagłady metody interpretacyjnej, ale w moim odczuciu nadzwyczaj przydatnej w interpretacji drogi, którą przeszedł autor albumu.

IIFotografie odwiedzających obóz są celowo nieostre, kontury rozmazane, twarze wydają się rozpływać w skalach szarości obozowego tła. Ta obecność chiaroscuro, ziarnistość portretów ma coś z nieodgadnionych, mglistych Celanowskich metafor z Fugi śmierci (Czarne mleko świtania pijemy cię nocą/pijemy południem śmierć mistrzem co rodem jest z Niemiec/pijemy cię zmierzchem i rankiem pijemy i pijemy (przeł. Jacek Buras). Użyta przez Grynberga poetyka bliska jest również fotografii słynnego filmu Alaina Resnais Noc i mgła (1955), którego tytuł nawiązywał do kryptonimu niemieckiego dekretu z 1941 roku dotyczącego przeprowadzenia akcji deportacyjnej więźniów obozów koncentracyjnych, który naziści zaczerpnęli z wagnerowskiego Złota Renu. Szczególnie jedna z fotografii przedstawiająca perspektywę obozowych zasieków, z których tylko najbliższy detal drutu kolczastego posiada rozpoznawalną fizyczną realność, a dalsze plany nikną, rozpływając się w nieostrym świetle świtu, prawie tożsama jest z ujęciem z Nocy i mgły w scenie, gdy kamera ukazuje długą, niespieszną panoramę zasieków obozowych. Tylko one są wyraźne i rozpoznawalne, dalsze giną w jednostajnej monotonii błotnistych, ciężkich ugorów. Kamera pozostaje na „zewnątrz”, wszystko, co istnieje za drutem, wydaje się niemożliwe do opisania. Autor fotografię opatrzył inskrypcją „Dalej nie ma na co patrzeć – wszędzie to samo”. Ta perspektywa świadczy o znakomitym wyczuciu dekorum przez autora, który świadomy jest własnych ograniczeń poznania – będąc poza doświadczeniem obozowej hekatomby. I jeszcze jedna fotografia, która osobiście głęboko zapadła mi w pamięć. Prawie abstrakcyjna, nieczytelna, gdyby nie inskrypcja obok „Migające tory”. Fragment torowiska z rampy obozu Auschwitz II został uchwycony w pędzie, jakby z perspektywy ofiar wjeżdżających na osławioną rampę Birkenau. Ale nie jest to rekonstrukcja przeszłości, ani żadne inne zawłaszczenie pamięci, czy też posłużenie się obozem jako dekoracją dla stworzenia autorskiej narracji, a jedynie sugestia, daleka i niesprecyzowana, wieloznaczna interpretacyjnie. W znaczącym stopniu na pamięci zbudowany jest projekt artystyczny Grynberga. W pierwszej płaszczyźnie na pamięci rodzinnego przekazu, a szczególnie na jej wyjątkowym aspekcie, który Marianne Hirsch nazwała „post-pamięcią”. „Post-pamięć” związana jest nie tylko z opowieściami ocalonych członków rodziny, w których cieniu wzrastały kolejne pokolenia, ale obecnością rodzinnej fotografii – depozytariuszki traumy. Na pytanie Anny Sommer: „W Auschwitz chodzisz po śladach swojej babci…”, Grynberg odpowiada: „Natykałem się na nie w stu miejscach, w archiwach wygrzebałem dokumenty, które ona pisała, wyniki badań krwi, które podpisywała”. Grynberg przyznaje, że jego babcia wiele nie mówiła o swoich przeżyciach obozowych. Na przeszłość otwarła się dopiero po dwudziestu latach. Ale ta erupcja pamięci związana była z imperatywem dania świadectwa – naczelnym powołaniem świadków Zagłady. Gdy po prelekcjach w szkołach, na które była zapraszana jako Ocalona, wnuk zadawał pytania, zbywała go: „Daj mi już spokój”. W tym miejscu wchodzimy w obszar osobistej relacji, bardzo delikatnej i kontrowersyjnej, która ma bogatą tradycję w tekstach Holokaustu – zawłaszczenia pamięci, pewnej potrzeby identyfikacji z ofiarą, w której granice pomiędzy przeszłością i teraźniejszością są wciąż zamazywane. Mikołaj Grynberg podążą śladem obsesji Lanzmanna, gdy mówi: „Rano, jak się ubierałem, bo było zimno, nagle pojawiła się myśl, że nie włożę grubych skarpet ani polaru. Jak ja mogę ciepło się ubierać, pić gorącą kawę?…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Koniec religii czy różne ścieżki wiary? Debata z Charlesem Taylorem