Subskrybuj

Długa pełnia życia

Spadła na mnie Polska. Najpierw w postaci opasłej, rzetelnej i pasjonującej książki Michała Głowińskiego, wybitnego polonisty i teoretyka literatury, z którego podręczników uczyłam się na studiach w Krakowie.

Przed wyjazdem zdążyłam jeszcze kupić Zarys teorii literatury, którego Głowiński jest współautorem, i Porządek, chaos, znaczenie, szkice na temat współczesnej powieści. Nie doczekałam Słownika terminów literackich (pierwsze wydanie 1976), ale wiele lat później, już w wolnej Polsce, nabyłam Czarne sezony w żydowskiej księgarni na krakowskim Kazimierzu. Aż tyle się zmieniło… Parę dni po otrzymaniu Kręgów obcości wyjęłam ze skrzynki pocztowej „Zeszyty Historyczne” z informacją: „Numer ostatni”, wydrukowaną czarnymi literami na okładce. „I tak się właśnie kończy świat”, jak powiada poeta. Mój świat. Ale póki co, książka Głowińskiego pozwoliła mi na powtórkę historii mojego życia w PRL-u. Jest to w gruncie rzeczy dzieło historyczne, niemal o charakterze podręcznikowym. Młodsze generacje zainteresowane wojenną, a szczególnie powojenną historią Polski odnajdą w niej mapę polityczno-obyczajową kraju, życie codzienne, życie naukowe, życie… Michał Głowiński urodził się w roku 1934, zawsze mieszkał i nadal mieszka w Warszawie. Pisze, że jego rodzina była zwykłą, przeciętną polsko-żydowską rodziną. Niemniej o tyle niezwykłą, że wszyscy, lub prawie wszyscy, wyszli cało z Zagłady. Cało na ciele, nie na duszy. Głowiński pędził i nadal pędzi życie niezmiernie pilne i czynne – jest autorem masy książek, w większości rozpraw naukowych, ale napisał również sporo utworów literackich. Autobiograficznych, ale ocierających się o literaturę piękną, O czym decyduje język, a nie temat czy źródła inspiracji. Nie czytałam żadnej z nich poza Czarnymi sezonami, ale w Kręgach obcości autor sam je recenzuje, streszcza lub też do nich odsyła. Głowiński zawarł w nich cały dotychczasowy dorobek i wysiłek swojego życia. Jego autobiografia wypełniona jest faktami poddanymi mądrej, rzeczowej analizie, pozbawiona błyskotliwości, niemal zgrzebna. Głowiński opisuje chronologicznie życie własne, życie rodziny, życie Polski. To, co bolało, i to, co cieszyło. Życie spełnione i w dalszym ciągu spełniające się. Uciążliwe życie codzienne, triumfalne życie naukowe, osobiste klęski i zwycięstwa, inspirujące podróże. W gruncie rzeczy życie człowieka uprzywilejowanego, bo wprawdzie zajmującego się literaturą i jej językiem, co w socjalizmie stanowiło receptę na kłopoty z władzą lub daleko idące kompromisy, ale nie dziennikarza, nie pisarza. Zarazem życie odważne i bez skazy. Co prawda bez spektakularnych buntów, zawsze jednak po stronie rozumu i w zgodzie z własnymi, niepokornymi przekonaniami. Uprzywilejowana pozycja łączyła się z tym, że nawet w najbardziej ponurym okresie, który rozpoczął się w roku 1968, Głowiński pracował w Instytucie Badań Literackich, instytucji, o której mówiono, że była jedną z dwóch, gdzie nie prowadzono nagonki na Żydów. Podobno drugim takim miejscem było jedno z warszawskich wydawnictw. Co tylko potwierdza przeświadczenie autora – i moje polskie doświadczenia – że można było pozwolić sobie na więcej swobody, niż to normalnie się praktykowało. Mówiąc inaczej: brak cywilnej odwagi, jak również moralnej wyobraźni były w wielu wypadkach większe od zagrożenia. Kręgi obcości. Każdy z nas ma własne, choć nie każdy o nich wie, nie każdy umie je nazwać. I związane z nimi nieśmiałość i poczucie osamotnienia mimo ogromnych zawodowych sukcesów. Trzy kręgi: bycie Żydem, orientacja seksualna, klaustrofobia. Jedyna praca, którą Głowiński pisał do biurka, dotyczyła socjalistycznej nowomowy. Już po wydaniu tej pracy w wolnej Polsce autor przeżył podobny okres zdeprawowania języka; w okresie lustracji, w niechlubnych latach 2005–2007 pod rządami Bliźniaków. Książka Głowińskiego pokazała mi także wyraźniej pewne lokalne różnice – których zaledwie się domyślałam – między stolicą a moim rodzinnym miastem, Krakowem: mniej politycznych napięć, ograniczone możliwości zrobienia politycznej kariery. Mniej deprawacji, więcej śmiechu. W ‘68 zamiast Dziadów Mickiewicza – Fantazy Słowackiego. Gdyby na tym przedstawieniu pojawił się ktoś z sowieckiej ambasady, natychmiast zdjęto by je z afisza. A także: mniej rewolucyjnego ducha, dość jednak, by milicja i ZOMO wtargnęły do budynków Uniwersytetu Jagiellońskiego. Inny był nawet stosunek do homoseksualizmu. W Krakowie, przynajmniej w środowisku, w którym się obracałam – a przecież nie mogło ono różnić się aż tak bardzo od środowiska, w którym żył Głowiński – dla nikogo nie było tajemnicą, kto jest kto. Moi przyjaciele i znajomi nie ukrywali swoich seksualnych preferencji i nie pamiętam, żeby ktoś ich za nie potępiał. W nocy, po zakończonej lekturze Kręgów obcości miałam sen. Śnił mi się wiedeński dworzec, przed którym niezmiernie nachalni austriaccy złodzieje i żebracy żądali ode mnie odszkodowania za straty materialne poniesione podczas wojny. Jeden z nich ukradł mojej Matce torebkę. Potem wysiadłyśmy z pociągu na krakowskim Rynku, przez który właśnie przejeżdżali na koniach sowieccy żołnierze w pruskich hełmach. W drodze do Auschwitzu. Dziwne, bo książka Głowińskiego winna była nastroić mnie stoicko, wręcz ukoić. Jest to jedna z rzadkich…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy diabeł nas jeszcze kusi?