Jest zalane wodą, bo przed godziną nad Frankfurtem miało miejsce oberwanie chmury. Pamiętam, że z określeniem „oberwanie chmury” spotkałem się wtedy pierwszy raz, za sprawą Ciszewskiego oczywiście, i wyobrażałem sobie, że to cała chmura, taka jak na obrazkach, nie zamieniona w deszcz, spada na miasto. Sędzia Linemayr długo się wahał, czy w ogóle da się kopać piłkę w tych warunkach. Dziś mówi się, że dla nas byłoby lepiej, gdyby wówczas mecz przełożono, argumentując z grubsza, że błoto, iż było niemieckie, bardziej pętało pęciny polskie niźli tubylcze. Ja w Mielcu drżałem, żeby mecz się odbył, ponieważ cierpliwość to nie jest coś, czego dziesięciolatek ma w nadmiarze. Dziś, kiedy jestem już tak stary, że mogę być obiektywny, widzę, że ciężkie niemieckie działa grzęzły we frankfurckim błocie nie gorzej, niż nasza lekka kawaleria. O tej „bitwie na wodzie” powiedziano i napisano już tyle, że niewiele mogę dodać. Mało też tu było godnych mego sensacyjnego pióra spięć pod bramkami, za to dużo śliskich tematów, babrania się we wspólnej historii i moralnego bagna. Początkowo największym zagrożeniem dla obu bramkarzy były rzuty wolne, zwłaszcza te bite przez Hoenessa i Gadochę. Później Maier pokraczny i zwinny jak szympans cudem wybronił strzał Laty i poprawkę Deyny. W trzydziestej minucie redaktor Budny albo ktoś nacisnął zły guzik i można było usłyszeć nie przeznaczony dla uszu kibica komunikat: „Masz mu natychmiast powiedzieć, jest trzeci telefon w tej sprawie”. Czy chodziło o Ciszewskiego, w jakiej sprawie były to telefony i czy pochodziły od telewidzów, czy „z góry”, tego nam już nawet pani eks-Gadochowa nie wyjaśni. W drugiej połowie meczu Hölzenbein padł w naszym polu karnym jak długi i sędzia, Austriak, czyli prawie że Niemiec, podyktował przeciwko nam rzut karny. Za wślizg Gorgonia! Jak amerykański Murzyn w obliczu austriackich sędziów, tak Jan Tomaszewski niewzruszenie stanął na linii bramkowej… Bramka miała siedemdziesiąt metrów szerokości i dwadzieścia pięć wysokości. Uli Hoeness strzelił wewnętrznym podbiciem w lewy róg. Tomaszewski rzucił się w prawy. Ponieważ jednak stali naprzeciw siebie, był to ten sam róg i polski bramkarz jak matka wyrzucająca protezy swemu dziecku zdołał wybić lecącą do bramki piłkę. Kwadrans przed końcem meczu znów zaczęło lać. Ostatnie minuty miały się dokonać w jednolitej ścianie ulewy. Na razie jednak Gerd Müller nagle ma piłkę w polu karnym i tylko Tomaszewskiego przed sobą. Kopie piłkę typowo niemieckim butem i zdobywa gola. „Może jeszcze wyrównamy” – mówi w komiksie Gorgoń do Żmudy. Czyli jeszcze tli się w nim nadzieja. Wszak z niejednej już opresji wychodzili obronną nogą. Ale Żmuda, który na pewno miał co najmniej trójkę z matmy, recytuje, odbierając mu tę nadzieję: „Przeciwnikowi wystarczy niestety remis do zajęcia I miejsca w grupie”. Trener Górski posyła jeszcze w bój Ćmikiewicza i Kmiecika, który trzy minuty później zmarnuje kolejną szansę zapisania się w historii, pudłując główką z trzech metrów. Po raz pierwszy na tych mistrzostwach udaje się pokonać Polskę. I to komu, Niemcom z NRF-u! Po meczu, w znanym nam już salonie telewizyjnym Grzegorz Rosiński wkłada Henrykowi Wieczorkowi w usta następujący dymek: „Przecież Müller pomógł sobie ręką przy strzeleniu bramki!”. To już jest jakaś mania, a może i fobia. Równie dobrze można by twierdzić, że pomagał sobie trąbą lub płetwą, bo tocząca się po ziemi piłka ani na chwilę nie zbliżyła się nawet do ręki Müllera. No i na koniec mistrzostw trzeba było grać o trzecie miejsce i medal z Brazylią. Wielką Brazylią nie dopuszczoną do meczu o złoto przez maleńką Holandię. Mistrzami świata. A wszyscy wiemy, jaki duży jest świat. Tym razem przyszło nam grać w upale, w obecności siedemdziesięciu pięciu tysięcy widzów. „Miliony na całym świecie jeszcze raz poznają sportowców Polski Ludowej. Jest to wspaniały prezent dla wszystkich miłośników sportu w naszym kraju z okazji Trzydziestolecia” – mówi Ciszewski na początku swej relacji. Może był trzeci telefon w tej sprawie. Brazylijczycy, jak to oni, grają futbol trochę cyrkowy, pełen zagrań tyleż widowiskowych, co nieprzewidywalnych. Nasi z początku wyglądają na trochę ogłupionych tymi sztuczkami, ale stopniowo odzyskują animusz, wydaje mi się, że w dużym stopniu za sprawą swego kapitana. Deyna jako jedyny potrafi owinąć sobie dwóch Latynosów wokół dużego palca nogi, a i trzeciemu pokazać przy okazji, gdzie Polak ma plecy. Lato jest tego dnia szybki, jak chyba nigdy dotąd, co rusz wygrywa jakiś sprint na prawym skrzydle. Około trzydziestej minuty po takim sprincie dośrodkowuje na głowę rozpędzonego Szarmacha, który amortyzując siłę uderzenia, czymś w rodzaju tenisowego drop-shota przerzuca piłkę nad bramkarzem, ale i nad bramką. Żeby nie przedłużać, najważniejsze wydarza się w siedemdziesiątej siódmej minucie. Kontratak Polaków. Lato ma piłkę na środku boiska i Kapkę ustawionego do wyjścia na pozycję. Wszyscy są tak pewni, że Lato poda Kapce, że sędzia liniowy już podnosi chorągiewkę sygnalizując ofsajd Kapki. Tymczasem Lato zaczyna sprint z piłką od połowy boiska, po prostu kopie piłkę przed siebie i zasuwa za nią, omijając łukiem obrońców, zostawia ich za plecami i gdzieś między drugą a trzecią nogą bramkarza znajduje trochę miejsca, żeby trafić do siatki. „Polska medalistą świata”. Z piłkarzami na mistrzostwach świata w siedemdziesiątym czwartym trafiło się komuchom jak ślepej kurze ziarno coś, na co chrapkę mieli od zawsze, a co w ustroju socjalistycznym udawało się rzadko: wykreowanie pozytywnego bohatera zbiorowego. Oczywiście w tym przypadku bohater wykreował się sam i oczywiście na partyjnych szczytach woleliby, żeby ludową sławę zdobyli i wzór dla młodzieży stanowili ormowcy, murarze albo zetemesowcy, ale na peerelowskim bezrybiu i piłkarzami jako kuźnią idoli nie można było pogardzić. Ich nazwiska stały się znane każdemu Polakowi, a powiedzonka Górskiego i Ciszewskiego weszły do kanonu rozmówek polsko-polskich. I wróćmy na koniec do dzieła anonimowego poety z Krakowskiej Szmelcpaki, który każdemu piłkarzowi z podstawowej jedenastki naszych orłów poświęcił co najmniej ćwierć frazy. Słychać w tym zaczynie epopei narodowej krzyk molekuł języka, tak stanowczo jego zręby domagają się przypór i uzupełnień od przyszłych pokoleń, czyli ode mnie. „Z Latą Szarmach jest w szeregu, świetny w strzałach, szybki w biegu”. Andrzej Szarmach był asem wyciągniętym z getrów przez trenera Górskiego – przed mundialem zagrał ledwie w trzech meczach towarzyskich, a jednak ostatecznie to on, nie Domarski, zajął w ataku miejsce kontuzjowanego Lubańskiego. Niektórym kibicom, pamiętającym późniejsze lata Szarmacha, kiedy przeszedł do Stali Mielec i zyskał u kibiców przydomek „Stójkowy”, może być trudno uwierzyć w jego młodzieńczą szybkość, ale on ją miał. Kiedy trzeba było zyskać teren, sadził przez las rywali długimi susami z piłką przy nodze; tak samo błyskawicznie potrafił wyjść na wolne pole przed obrońcę, a tu ostatecznym jego argumentem był rzut ciała do przodu i strzał szczupakiem albo wślizgiem. Szczególnie te szczupaki stały się jego znakiem rozpoznawczym i działały na wyobraźnię – efektowniejsze gole strzela się chyba tylko z przewrotki. „W szeregu” z Szarmachem Grzegorz Lato – zdobywca i nosiciel najpiękniejszego tytułu, jakim można obdarować człowieka, w każdym razie człowieka płci męskiej: tytułu Króla Strzelców. Siedem goli w siedmiu mundialowych meczach. I czterdzieści pięć goli dla Polski w całej karierze, tylko Lubański strzelił więcej. Do tego ta jego waleczność i nadludzka wytrzymałość, które jeszcze po trzydziestce kazały mu wracać pod własną bramkę i gryźć się o piłkę z przeciwnikami. Oj, jego nikt nie odważyłby się nazwać „Stójkowym”. „Gadocha pięknie drybluje, rzuty rożne egzekwuje!” Dokładnie tak, ma rację poeta! Gadocha to klasyczny skrzydłowy. Właśnie klasyczny, a takich kochamy najbardziej. Jego codzienna robota to dryblować na skrzydle i wrzucać piłki w pole karne. Charakterystyczne drobienie kroczków bokiem, tak zwanym krokiem dostawnym, a potem gwałtowny zryw, żeby zgubić obrońcę – był w tym genialny. Tak samo w precyzyjnych dośrodkowaniach z rogu. Mieliśmy takich skrzydłowych tylko dwóch, jego i Stanisława Terleckiego trochę później. Gadocha jak mało kto potrafił zmienić w zaletę tę wadę, którą mają wszyscy chłopcy narwani na piłkę – uwielbiał się kiwać. W końcu wykiwał nawet kolegów, ale może to tylko mrzonki małżonki? „Deyna mózgiem jest ataku, do zwycięstwa pcha chłopaków”. Deyna. Dziwny, tragiczny geniusz piłki. „Król środka pola”, czyli tych rewirów, gdzie „piłkarska inteligencja” jest szczególnie w cenie. Ciszewski podczas chorzowskiego meczu z Anglią mówi o Alanie Ballu: „Król środka pola, jak nazywają go w Anglii”. A podczas słynnego, pierwszego w historii telewizji polskiej „połączenia bilateralnego” zaraz po meczu na Wembley, w uniesieniu zwraca się do Deyny słowami: „Güntherze Netzerze, królu środka pola”, biorąc je jeszcze w słyszalny cudzysłów. Potem król środka pola był już tylko jeden. Ale Deynę raczej się doceniało, niż uwielbiało. To był typ artysty futbolu, a artystów to my za bardzo nie lubimy. Zresztą Deynę trudno było lubić. Już przed meczem, kiedy wychodził na boisko, poruszał się tak, jakby niósł na plecach trzydziestokilowy worek kartofli. I nie była to ta ociężałość w ruchach, którą mieli na przykład Gadocha czy później Boniek, a która znamionowała tylko gotowość do odpalenia w każdej chwili rakiety, jaką ma się w nogach. W końcu o każdym Szybkim Billu Znikąd to jedno jest wiadome, że skoro ociężale zsiada z konia, to znaczy, że zaraz sięgnie po swoją armatę ruchem błyskawicznym, piorunnym. W porównaniu z Gadochą czy Bońkiem, nie mówiąc już o Lacie, Deyna poruszał się w zwolnionym tempie. W dodatku nie miał też takiej gracji, jaką mieli dwaj najwięksi z jego pokolenia, ci, do których też najczęściej go porównywano, Beckenbauer i Cruyff. Może sprawiał to ten jego słynny kaczkowaty chód? Albo te irytujące „kółeczka”, jakie kręcił w miejscu niczym inwalida w kołnierzu ortopedycznym, który…