Subskrybuj

Polityka i religia

15 stycznia 2011 roku mija osiemdziesiąta rocznica urodzin Jana Błońskiego, profesora, krytyka, pisarza, postaci na poły legendarnej dla życia umysłowego w Polsce. Ten wnikliwy czytelnik i badacz dzieł Gombrowicza, Mrożka, Prousta i wielu innych wybitnych twórców europejskiej kultury pozostawił po sobie quasi-pamiętnik i szereg interesujących zapisków dziennikowych. Poniżej publikujemy wybrane fragmenty tej wyjątkowej książki, która niedługo ukaże się nakładem wydawnictwa Znak.

Miło wspominać i łatwo pisać o polityce. Ja jednak nie mam dobrej pamięci – przy wspominkach wołam na pomoc Teresę – i mojemu pisaniu brak tej chytrości szczegółu, bez której trudno o dobrego memorialistę. Lepiej już pewnie rozumiałem procesy społeczne, rozumiane całościowo. Zabrzmi to jak przechwałka: jak na człowieka literatury, nazbierałem sporo wiadomości z ekonomii, demografii, historii czy socjologii; znacznie więcej aniżeli fabuł powieści czy nazwisk bohaterów. Mój rocznik uniwersytecki był ostatnim przed stalinowskimi reformami: obowiązywał nas jeszcze „wielki” egzamin z historii literatury, od preromantyzmu do współczesności. Uciekłem wtedy sprzed drzwi Pigonia, ponieważ zacny profesor zwykł pytać o dwanaście ksiąg Pana Tadeusza albo o dziewczyny ze Ślubów panieńskich: mnie Klara mieszała się ciągle z Anielą, polowanie zaś z grzybobraniem. Poszedłem do Kleinera, który pytał syntetycznie. I ja też syntetycznie zdałem. Dopiero postawiwszy notę, Kleiner zapytał mnie o futurystę sprzed pierwszej wojny. Nie znałem Yeżego Yankofskiego! I tak został mój nos przytarty. Moje uczoności przydawały się zapewne czasem do krytycznych dywagacji. Ale naprawdę było tak: odczuwałem społeczności – swoje i obce – jako zagadki do przeniknięcia… albo raczej jako całości żądające interpretacji. Miasta i prowincje stawały przede mną trochę tak jak książki czy obrazy. Można się było do nich rozmaicie dobierać. Czytywałem – przeglądałem… – rozprawy ekonomiczne, uczyłem się historii Czech czy Litwy, ale także spędzałem godziny nad mapami i przewodnikami, albo nawet czytywałem drobne ogłoszenia w zagranicznych gazetach: całkiem niezły klucz do interesów i obyczajów. Językiem, w którym dokonywało się scalenie doświadczeń lektur i podróży, bywał na ogół język polityki. Ale chętnie rozprawiając o polityce (co jest poniekąd obywatelskim obowiązkiem), zrozumiałem rychło, że nie jest ona moją prawdziwą namiętnością. Polityk chce zmieniać, ja zaś wolałem zrozumieć i zachować. Największą radość sprawiała mi rozmaitość świata – a raczej ludzka rozmaitość – i budząca się nieraz nostalgia przeszłości (czy Zachodu) była uczuciem w istocie estetycznym. Jednak nie pisałem listów z podróży, chociaż chyba bym potrafił: jakoś mi się to zdawało powierzchowne. Nad „Barbarzyńcę w ogrodzie” przekładałem zawsze Rodzinną Europę: rachunek sumienia nad kontemplację świadka. I teraz także nie chciałbym gonić za wspomnieniami. Już zaczynają blaknąć, już moja Europa, ta sprzed dwudziestu lat, trąci myszką: Francja mieszczańska, prowincjonalna, często nawet w Paryżu, jakby przedprzemysłowa; Włochy nie tylko piękne, ale i biedne jeszcze, co przydaje malowniczości; Szwajcaria całkiem przedwojenna, przechowana jakby w ogromnym pluszowym jaju z wymalowanymi górami i chłodnym niebem lodowców; Anglia, której z całą powagą strzegły w Dover stare armaty i kamienne lwy. Może nawet byłoby zabawnie opisać kiedyś tę turystykę saltembanków, uprawianą w latach, kiedy mało kto wyjeżdżał z Polski za granicę… Nieprzyzwoity brak pieniędzy łączył się groteskowo z uczestnictwem w zabawach i przedsięwzięciach ludzi zamożnych. Jak bohater „Monizy Clavier”, jak sam Mrożek także, mieszkałem w pokoju bez okien na rue Saint-Louis-en-Isle, gdzieśmy z Ketem Puzyną zjedli przez tydzień dziesięć chińskich konserw kurzych: popołudniami odprawialiśmy wizyty i koktajle, wieczorami zaś chodzili – na najlepsze miejsca – do teatrów. Odbyłem także bez jednego grosza przy duszy podróż z Paryża do Kopenhagi, co byłoby głupstwem, gdyby nie to, że jechałem wagonem sypialnym. W ostatniej chwili zawiódł mnie pożyczkodawca Francuz, zdradzając tak swoje prawdziwe uczucia co do mojej wypłacalności. Bilet metra podarował mi hotelarz; bagażowy, który wyrwał mi z ręki walizkę, aby wnieść ją do przedziału, oniemiał, kiedy mu nie dałem napiwku, i odszedł pokornie; jazdę przetrwałem dzięki karafce wody w toalecie; podczas podróży statkiem bałem się wyjść z wagonu na pokład, a nuż zażądano by jakiejś opłaty; na dworcu w Kopenhadze zmartwiałem, stwierdziwszy, że wszystkie schowki bagażowe zdążono już zautomatyzować… Ale jakoś się nade mną Duńczycy ulitowali i po paru minutach wchodziłem już do arcyeleganckiego hotelu d’Angleterre: w hallu spotkałem Miłosza, któremu mój wygląd nie bardzo się chyba spodobał, skoro następnego dnia podarował mi krawat, który dotąd z pietyzmem przechowuję. Sporo lat później, już w latach siedemdziesiątych, poleciałem na inny kongres, do Montrealu, z trzydziestu pięciu dolarami, które wyasygnował mi uniwersytet: na lotnisku w Paryżu zapytano mnie najuprzejmiej, czy nie zgodziłbym się polecieć pierwszą klasą, jako że drugą wypełnił overbooking… Był to chyba ostatni ironiczny prezent bożka podróży. Kiedy pracowałem we Francji, nauczyłem się także podróżować po mieszczańsku. Ale im więcej miałem pieniędzy, tym się bardziej niepokoiłem… W tych dawnych podróżach, narwanych i beztroskich, było coś z dziecinnych wypraw po jabłka. Było jednak także coś mocno niepoważnego, co wyczułem stosunkowo wcześnie. To, co myśmy poczytywali sobie za zasługę: poradzić sobie w nieznanym kraju, jego obywatele brali często – przynajmniej wtedy – za cwaniactwo czy błazeństwo. W roku bodajże 1964 wziąłem udział w letniej szkole w Loches, w Turenii, gdzie zaprzyjaźniłem się z młodym Szwajcarem, którego nazwiska niestety zapomniałem; został później profesorem w Stanach. Zapytał mnie raz na przejażdżce, czy zdarza mi się brać amatorów autostopu. – Czemu nie? – odpowiedziałem. Na co mój Szwajcar: – Ja, kiedy widzę tych chłopców, nie mogę nie pomyśleć, że ten, kto nie ma pieniędzy na podróże, powinien siedzieć w domu. Przecież to jest najzwyklejsze wyłudzanie! Na usprawiedliwienie tej żelaznej logiki dodam, że pochodził z rodziny kalwińskich rygorystów, z której się czasem naśmiewał, ale z drżeniem w głosie. W ogóle mam wrażenie, że w moim życiu za wiele miejsca zajęły sprawy nie najważniejsze: w tym właśnie polityka i podróże, które pochłaniały mnóstwo czasu, zwłaszcza na przygotowanie. Od polityki znowuż zależało życie literackie, w którym brałem przecież udział. Dzisiaj, kiedy myślę o tym, co napisałem lub powiedziałem, odczuwam żal i czasem nawet przerażenie, że nie dotknąłem niemal tego, co było dla mnie najważniejsze. A najważniejsze były sprawy religijne, ta jakby drzazga Boża, która tkwiła we mnie latami, w uśpieniu albo też jątrząc, ale zawsze obecna. Ja też wiary nie ukrywałem, choć nie było jej znać po moich wypowiedziach: stąd zdziwienie przyjaciół (albo i mało-przyjaciół), którzy prosili nieraz, abym im „wyjaśnił” swe przekonania. Ale nie można wyjaśnić wiary, przestałaby być łaską. Można natomiast uchwycić jej niedoskonałości… Kto wie, nie jest może całkiem tak, aby moje książki – co one warte, wiem dobrze, na usprawiedliwienie mam to tylko, że lepiłem je starannie – mógł napisać człowiek całkiem obojętny religijnie. Nawet w „Zmianie warty” jest jakby wołanie o wartości, które nie byłyby pokoleniową mitologią. Ale tak usilne było wtedy pragnienie szczerości, autentyzmu, zrzucenia skłamanych socmasek, że przesłaniało wszystko: zaś wielu młodym ludziom partia i Kościół jawiły się jako verso i recto tej samej monety. Nie zająłbym się nigdy Sępem, gdyby nie fascynacja potrydencką, barokową religijnością, której ostatnim echem były rekolekcje mojej młodości: jej heroiczna twardość, groźna i daleka jak posąg we mgle, porywała i mroziła jednocześnie. Jestem na tyle niewspółczesny, że rozumiem Escorial, skąd odruchowo uciekają nawet turyści: czuję wielkość państwa-klasztoru, gdzie Sęp czułby się dobrze wśród pobożnych grandów El Greca. Jeszcze jedno marzenie o civitas Dei! Ale Boga nie da się zamknąć w żadnej civitatis. Stąd smętek współczesności, bo civitas musi i zarazem nie może opierać się na transcendentnej regule: rozpływa się w nijakości albo wykoleja w tyranię. Dąbrowska i Słonimski kazali się pochować kościelnie: ale przez piętnaście lat zmieniło się znaczenie tej decyzji. Masonka Dąbrowska – honni soit qui mal y pense! – chciała podobno zamanifestować jedność z polskim ludem. Mnie się wydało, że obraża jego wiarę, sprowadzając ją do politycznego gestu. Może się zresztą mylę i pokój jej cieniom. Czy i jak wierzył Słonimski, nie wiem. Jego pogrzeb, gdzie znalazłem się na pół przypadkiem – byłem akurat w Warszawie – był naturalnie cichą manifestacją polityczną: jako opozycjonista znalazł się tam nawet Jakub Berman. Pamiętam też oboje Iwaszkiewiczów, jak podpierając się, szli aleją cmentarza w Laskach: nikt jakoś do nich nie podchodził, literaci unikali wzrokiem swego prezesa… Jakkolwiek by było, Słonimski wiedział już, że wolnomyślnemu liberalizmowi, któremu służył odwagą i dowcipem, brakowało religijnego ziarnka, aby uczynić go – w nadchodzących czasach – wiarygodnym. Po wojnie sporo było wśród inteligencji chrześcijan politycznych: chodzili do kościoła, ponieważ byli przeciw. W latach sześćdziesiątych zaczęli pojawiać się chrześcijanie historiozoficzni. Oni byli za. Za cywilizacją, która – jak spostrzegli – w esencji swojej była (czy musiała być?) chrześcijańską. Ale do kościoła chodzili rzadko, chociaż nieraz bardzo chcieli. Bo trudno kochać Boga za dzieła ludzi. Chrześcijan politycznych trochę się brzydziłem. Od historiozoficznych nauczyłem się niemało. We Francji, gdzie wyroili się pierwsi z ula Maurrasa, byli na ogół reakcjonistami. W Polsce starali się odsłonić religijne źródła demokracji, nawet jeśli kokietowali rzekomym „konserwatyzmem”. Pamiętam olśnione obrzydzenie, kiedy w Toledo (chyba w Toledo?) oglądałem kościół Świętego Jana, bałwochwalczo wystawiony królom: cała dekoracja składa się z inicjałów i herbów Ferdynanda i Izabeli. Od los Reyes Catolicós lepsi już Ojcowie Założyciele, chociaż tak kiepsko znali się na sztuce! Wśród chrześcijan historiozoficznych trafiały się postacie promienne, jak Małgosia Dziewulska, której wszystko się udawało, działania parateatralne, latanie na lotni i pisanie artykułów: najmniej jeszcze reżyseria… Były nie do rozplątania, jak mój przyjaciel Kijowski, u którego nigdy prawie nie umiałem odróżnić religii od polityki (podobnie jak wewnętrznej potrzeby od komedianckiego gestu): a przecie obie drążyły go całe życie. Były pożyteczne, ale chyba zdradne, jak Krzeczkowski, który po jakimś odczycie wziął mnie przyjaźnie pod ramię i zaczął perorować na nutę: „My, endecy…”. Były udręczone (chociaż w tej udręce słyszało się histerię), jak Ewa Bieńkowska, której świat raz po raz budował się i rozsypywał wedle chrześcijańskiego paradygmatu: była tak spragniona natychmiastowej nagrody w postaci wewnętrznego ładu, że rozdygotane ego przeżerało wiarę w tym samym procesie, w którym się zbliżało do Boga. Były wreszcie postacie tragiczne, jak Kołakowski, którego niestety prawie nie znałem. Jego namiętnością stało się uzasadnianie pojęć i mniemań, w które nie mógł uwierzyć. W roku 1980 słuchałem jego wykładów w Collège de France. Przewodniczył Le Roy Ladurie, wybitny historyk i potomek wielkomieszczańskiej familii z Langwedocji… co było poznać; przyjaźnią dla dysydentów i wygnańców Le Roy okupywał głupstwa swej komunistycznej młodości. Kołakowski udowadniał, że osiemnastowieczna idea tolerancji zrodziła się – jak motyl z kokona – z tradycji chrześcijańskiej. Później zaś zaczął rozważać, jak przeformułować dogmatykę zbawienia, aby i chrześcijanie byli syci, i bezbożnicy cali. Paru Francuzów czmychnęło, część zaczęła szeptać: było coś istotnie bezradnego i może nawet śmiesznego w tych teologicznych spekulacjach wielkiego uczonego, który przestawiał sobie idee jak figury na szachownicy, nie mogąc zdobyć się na żaden gest nadziei, na żadne słowo wiary. W dyskusji Le Roy zapytał z niejakim zdziwieniem, czemu prelegent zadaje sobie tyle intelektualnego trudu w sprawie, która została przecie w praktyce załatwiona, nawet w Kościele. Kołakowski zasmęcił się i zamilkł, ale już podniosły się głosy gratulacji i zaproszeń: zbliżał się wieczór, a wraz z wieczorem – święta ceremonia kolacji. Zapewne, błaha to scenka. Ale nie, bo pokazuje różnicę umysłów i kultur tam, gdzie nikt by się jej nie spodziewał. Dla Francuza tolerancja była zagadnieniem praktycznym, mniej lub bardziej szczęśliwie rozplątanym; dla Kołakowskiego metafizycznym. Ale metafizycznym dlatego, że społeczności, które poznał – mieszczańska i totalna – pozostały bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Le Roy miał się gdzie wycofać: do swego zamku, masońskiej tradycji, mieszczańskiego rozsądku. Jeszcze to wszystko było dla niego żywe. Kołakowski stał przyparty do muru, nie rozporządzał żadnym cywilizacyjnym albo-albo. Świat Le Roya i jemu podobnych – czy chcieli, czy nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kapitał społeczny. Od zaufania do zaangażowania