Subskrybuj
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

Szczęście, sukces, zwycięstwo? – Czyli wołanie o sens pozostaje bez odpowiedzi

Podróżując wiele po świecie, zadawałem ludziom, których uznawałem za mądrych, najważniejsze pytanie o sens: co czynić, czym się kierować, do czego dążyć?

Jak żyć, aby w godzinie śmierci mieć poczucie sensowności spędzonych na tym padole lat? U początków naszej europejskiej cywilizacji o to samo pytał sam siebie wielki Sokrates unieśmiertelniony w Dialogach Platona: czy młody, zaczynający życie człowiek ma prostą drogą dążyć ku dobru, mimo że jest tak trudne do osiągnięcia, a droga doń okazuje się usłana cierniami? Czy raczej okazjonalnie zachwycać się abstrakcyjnym dobrem, a na co dzień posuwać się kręto i zakosami, by przechytrzyć innych w wyścigu do bogactwa, władzy i sukcesu? Choć pytanie można uznać za retoryczne, to jednak nauczyciel Platona nie dawał jasnej odpowiedzi. Każda z dróg ma zalety i wady, każdy z możliwych celów i sensów czymś kusi, czymś innym odpycha. Wybór należy do wyruszającego na szlak człowieka, choć błędnie przebytej drogi nie da się już powtórzyć.

Każdy z mędrców, których pytałem, przedstawiał mi zasady swojej religii albo swojej filozofii jako niechybnie prowadzące do powszechnej szczęśliwości, gdyby ludzie zechcieli żyć wedle nich. Trudno się z tym nie zgodzić: nikt nie proponował bezeceństw, każdy – choć inaczej nazywał swe wzorce i źródła – zalecał umiarkowanie, wyrozumiałość, a także życzliwość dla innych ludzi. Nawet muzułmanie, których tak łatwo obciążamy okrucieństwami dżihadu, powiadali, że prawowiernemu nie wolno zabijać, a jeśli nawet przywódcy religijni ogłoszą świętą wojnę, to musi ona podlegać rycerskim regułom, samobójcze zamachy i niewinne ofiary to straszny grzech przeciw Allachowi. Nawet utopie socjalistycznie, które tyle zła przyniosły światu, powiadają, że trzeba powściągać żądzę indywidualnego posiadania, na pierwszym miejscu stawiać interes zbiorowości. Więc dlaczego jest tak źle, skoro powinno być tak dobrze?

Stąd też, gdy w buddyjskim klasztorze na granicy Birmy i Tajlandii przełożony tamtejszych mnichów tłumaczył mi zasadę ahinsa, czyli wyrzeczenia się przemocy, nie wytrzymałem i odparowałem z całą mocą: Wszystko to piękne gadanie, a rzeczywistość mu przeczy. Co z tego, że wy buddyści jesteście mili dla siebie w świątyni albo na ulicy, kiedy historia pokazuje, że kiedy tylko możecie, mordujecie się nawzajem nieraz okrutniej niż chrześcijanie. Buddyjski władca Indii Asioka szedł do tronu po trupach, a braci wyrżnął. Kiedy pod koniec XVIII wieku Birmańczycy oblegli stolicę Syjamu, to nie został kamień na kamieniu, nawet świątynie poszły w ruinę, a mnisi pod nóż. Khmerowie tłukli Syjamczyków, ci odwzajemnili im się krwawo. Jeszcze w XIX wieku król Syjamu dokonał rzezi w zdobytej stolicy Laosu! Już nie wspomnę o Czerwonych Khmerach, wojskowej juncie w Birmie i niedawno zakończonej wojnie domowej w Sri Lance.

– Odpowiem ci po buddyjsku, a więc przypowieścią – odrzekł bynajmniej nie stropiony i wciąż uśmiechnięty mnich. – Kiedy Oświecony chodził po świecie, uczniowie też zwracali się doń z podobnymi pretensjami. Akurat któryś z nich znowu użalał się, że świat nie słucha mądrych rad i w tym momencie się potknął. Wtedy Oświecony stwierdził, że oto właśnie otrzymał dowód słuszności swojej nauki. Potknąłeś się, rzekł do ucznia, bo zobaczyłeś na ziemi owada i nie chciałeś go zgnieść. To znaczy, że to, co głoszę, powoli znajduje drogę do serc i umysłów. Może muszą minąć tysiąclecia, ale prawda powoli dotrze, gdzie powinna.

Więc jak to jest? Co różne ludy, cywilizacje, kultury uważają za cel udanego życia, za sukces, za szczęście? Czy zawsze spod pięknych frazesów wyziera tak czy inaczej opakowana żądza bogactwa i władzy?

 

Daleko od betonowej prerii

Do kogóż mam się odwołać, jak nie do moich czerwonoskórych z Nowej Anglii, których nieraz już tu przywoływałem? A raczej do grupy całkiem współczesnych Amerykanów, hobbystów kultywujących – nawet nie wiadomo, czy prawdziwą, czy wymyśloną – tradycję swego indiańskiego pochodzenia. Co nie przeszkadza im oczywiście w wykonywaniu zwykłych amerykańskich zawodów i w przynależeniu do któregoś z protestanckich kościołów (bo „tak wypada”); wierzenia i obrzędy przodków praktykują dopiero wtedy, gdy zbiorą się na pozostawionym im jeszcze niewielkim terenie wśród wzgórz, który niegdyś był częścią rozległego i ludnego rezerwatu.

– Jak żyć? – spytałem więc. – Co uważacie za sukces? Jakie powinno być udane życie?

– Wszystko chciałbyś wiedzieć od razu, jak każdy biały – zgromił mnie jeden z nich. – Właśnie dlatego wciąż błądzicie zwodzeni popędliwą ciekawością. Poczekaj. Posiedź z nami w szałasie pary, zaciągnij się fajką modlitwy, przygotuj się. Przyjdzie czas, to porozmawiamy.

Dopiero o zmierzchu przy ogniu wróciliśmy do tematu. Ale wcześniej krążyła wśród nas nie tylko fajka, ale i butelki piwa. Wcześniej także długo mi pokazywali, jak rozwijają się jakieś podobno lecznicze i zupełnie mi nieznane zioła w ich ogrodzie.

– Pośpiech i niecierpliwość, to najwięksi wrogowie – powiedział ten sam, który zdławił rozmowę przed paroma godzinami. – Spójrz w ogień, jak szybko gaśnie żar, tak mijają chwile, z nimi życie. Niepotrzebnie śpieszycie się do przyszłości, a ona wcale nie jest ważniejsza od dnia dzisiejszego. Niczego ciekawego w niej nie ma, najwyżej niewiadome zagrożenia. Świat krąży w koło, wszystko, co będzie, już było. Wszystko, co już było, pojawi się znowu. My to wiemy od dawna, ale wy wciąż nie możecie pojąć tej oczywistości, goniąc pośpiesznie za jutrem, które nie wiadomo dlaczego ma być lepsze, a zwykle bywa gorsze, tylko trochę inaczej przybrane. W imię jutra lekceważycie dzień dzisiejszy, nie potraficie się nim cieszyć. Z tego samego powodu pogardzacie nami, bo nie umiemy zapobiegliwie troszczyć się o przyszłość. Nawet poczciwy Mark Twain odmawiał czerwonoskórym darwinowskiego pochodzenia od małpoluda, uważał, że jesteśmy potomkami wędrownych szczurów.

– Pewnie byłeś zniecierpliwiony, że oglądaliśmy tak długo nasze rośliny – powiedział drugi. – Ale my umiemy się nimi radować. W miastach, które nazywamy betonową prerią, niczym się nie cieszycie, za to niszczycie wszystko. Powodzenie jest mierzone własnością i forsą, a nie przyjaźnią z innymi ludźmi. Nie mów, że jest inaczej. Każdy z nas żyje jedną nogą w mieście i wiemy, jak tam jest. Dopiero kiedy gromadzimy się tutaj, oddychamy głęboko.

Owszem, powoli odkrywacie pewne rzeczy, które my znaliśmy od początku. Jakieś feminizmy, jakieś prawa człowieka… A przecież każde plemię indiańskie ma nie tylko wodza, ale też wybieraną przywódczynię, która jest nieraz od niego ważniejsza. Dom i ziemia są własnością nie ojca, ale matki. Wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a najbardziej liczy się głos starej babki. Wy to dopiero odkrywacie. Dlatego nasi ludzie coraz częściej wracają z miast do rezerwatów, chociaż nie znajdują tu dobrej pracy, ale żyją szczęśliwiej.

– Co więc  proponujecie ludziom, którzy pytają tak jak ja? – odparłem. – Cały świat nie wróci do rezerwatów, aby tam szukać sensu i radości. Najwyżej stworzy jeszcze jedno getto nieudaczników. Niezbyt udało się wam w życiu, więc na starość wskrzeszacie ułudę wspólnoty. Zresztą i tak wasi młodzi idą za mirażami betonowej prerii.

Sądziłem, że się obrażą, ale pierwszy tylko rzekł spokojnie:

– Więc idź… Idź swoją amerykańską drogą życia, która stała się dzisiaj drogą całego świata ku zatraceniu.

 

Każdy raj ma swojego węża

– Dlaczego pytasz o dobre życie? – zdziwił się mój gospodarz na jednej z wysepek w archipelagu Fidżi. – Po co pytać? Każdy wie, że dobre życie jest tutaj, w naszej wsi!

Właściwie miał rację. Spokój, znane wszystkim i stąd bezpieczne obyczaje. Słońce tropiku. Słodkie bulwy same rosną w polu. Obfitość owoców na drzewach i ryb w morzu. A do tego jeszcze tanie piwo i powszechnie dostępny łagodny narkotyk zwany yangoona. Biali turyści, którzy dają trochę zarobić. Czegóż chcieć więcej? – Tylko nie mów, że nasi młodzi wybierają miejskie życie w dalekim świecie – uprzedził moje pytanie. – Rozejrzyj się dookoła: pełno młodych we wsi, chcą nadal żyć jak ich ojcowie! Rzeczywiście, wieś tak jak i inne podobne osady nie robiła wrażenia enklawy starzejących się nieudaczników. Młodzi mężczyźni i uśmiechnięte, obfite w kształtach kobiety, nowe chaty, biegające obok nich nagie dzieciaki. Raj tropikalny jak z obrazków Gauguina. W tej dawnej kolonii brytyjskiej znajomość angielskiego jest powszechna, a ludzie towarzyscy, więc wdanie się w rozmowę z kimkolwiek nie sprawiało trudności. No i cóż się okazało: zdecydowana większość młodych, jest mieszkańcami wioski z konieczności, bo na wyspach – nawet w stolicy Suva czy jeszcze większym Nasinu – nie ma dla nich…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po co nam Gross?