Tak naprawdę o wszystkim wiedzieliśmy już na długo przed Grossem. Ta wiedza ma kształt piramidy. U podstawy – lokalne społeczności wiejskie, małomiasteczkowe, owi „sąsiedzi” właśnie. Oni wiedzieli. Tę straszną wiedzę dziedziczą następne sąsiedzkie pokolenia. Im wyżej, coraz więcej filtrów, mechanizmów obronnych, coraz bardziej wyrafinowane techniki wypierania i zaprzeczania. Na samym stożku piramidy – grono historyków, którzy czytają dokumenty, świadectwa, relacje. Na ich podstawie układają opowieść o historii. Rekonstruują jej obraz, czy też starają się konstruować wizerunek przeszłości według różnych porządków mitologicznych: od internacjonalistycznego po nacjonalistyczny, od komunistycznego po katolicki.
Tak naprawdę wszystko zostało powiedziane i napisane dużo wcześniej. Myślę tu nie tylko o źródłach historycznych: dokumentach wytworzonych przez cywilnych i wojskowych biurokratów czy dyplomatów, raportach kurierów, prasie, materiałach procesowych, relacjach ofiar, świadków i katów. Myślę również o literaturze pięknej. O niej przede wszystkim. Literatura od początku mówiła mocnym głosem. Ale czy chcieliśmy tego słuchać? Niemal ćwierć wieku temu Jan Błoński na łamach „Tygodnika Powszechnego” napisał to, co usłyszał w jednym wierszu Czesława Miłosza. Rozpoczęła się wielka rozbiórka muru, który dzielił (wciąż dzieli?) Żydów i Polaków, a także samych Polaków. Poruszyły się sumienia przeciwko zmowie niepamięci.
Zdjęcia
Zacznijmy jednak od fotografii, która – jak pisze Gross – stała się impulsem do napisania Złotych żniw. Kompozycyjnie książka osnuta jest wokół rozważań o tym zdjęciu, prób spojrzenia na to, co przedstawia, prób zrozumienia tego, co na nim widać. Kiedy po raz pierwszy zostało opublikowane trzy lata temu w artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego Gorączka złota w Treblince[1], nie wzbudziło większego zainteresowania. W tym samym roku wyszła książka Martyny Rusiniak[2], w której jeden z rozdziałów nosi znamienny tytuł: Długi cień Treblinki – Eldorado Podlasia? Tam znajdują się informacje o podstawowych faktach i liczne relacje dotyczące wykopywania „złota” z terenów poobozowych przez miejscową ludność. W aneksie fotograficznym do książki nie ma jednak zdjęcia, które w rozwijającej się dyskusji wokół Złotych żniw stanowi casus belli. Są inne. Zryte pole pełne dziur, zarosłe chwastami, z rozsypanymi wokół ludzkimi kośćmi; czaszki i piszczele walające się pośród zielska.
Zostawmy jednak na boku to zdjęcie. Obrasta już ono całą masą komentarzy. Jedni widzą na nim brygadę „porządkującą teren”, inni – szukających żydowskiego złota kopaczy, mieszkańców wsi otaczających miejsce obozu zagłady. Chciałbym przywołać dwa inne zdjęcia. Myślę, że szerzej nieznane i dotąd niepublikowane. Zdjęcia, które sprawiają ból, kiedy się na nie patrzy. Nie ma na nich drastycznych obrazów makabry. Nie ma stosu ciał, nie ma zabijania, nie ma żniwa śmierci, do którego oglądania przyzwyczaiły nas albumy o Holokauście. Na jednym zobaczymy niebywałą skalę poniżenia, jakie oprawcy zgotowali swoim ofiarom. Na drugim jest to, co po zgładzonych Żydach zostało. Ich rzeczy.
Pierwsza fotografia przedstawia scenę typową dla początkowego okresu okupacji niemieckiej w Polsce: obcinanie bród Żydom[3]. Są setki zdjęć o podobnej tematyce. Zapełniają archiwa fotograficzne w różnych miejscach świata. Sądzę, że wciąż spoczywają także w domowych szufladach, bardzo często bowiem niemieccy żołnierze robili sobie takie zdjęcia na pamiątkę. Torturze obcinania bród rabin Szymon Huberband, współpracownik Emanuela Ringelbluma w Oneg Szabat, poświęca całą rozprawkę pt. „Brody”.[4] Opisuje w niej wymyślne formy znęcania się Niemców nad brodatymi Żydami: przymusowe golenie w zakładzie fryzjerskim, za które ofiara musiała zapłacić; obcinanie bród nożyczkami i zmuszanie do zjadania obciętych włosów; brutalne obrzynanie bagnetem czy wyrywanie razem z kawałkami skóry, a nawet podpalanie bród. Stanisław Sznapman, który po wydostaniu się z getta warszawskiego spisywał w ukryciu pamiętnik, zwraca uwagę na inną formę tej tortury, o wiele bardziej perwersyjną w swym okrucieństwie. Niemcy łapali Żydów na ulicach i „kazali im tańczyć, śpiewać piosenki i wyrywać sobie wzajemnie brody, włosy z głów, tłuc głową o głowę, klęczeć, okładać się wzajemnie pejczami do krwi…”.[5]
Podobny obraz odsłania przed nami pierwsza fotografia. W swej typowości jest nietypowa z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – nie ma na niej oprawców, pozujących zazwyczaj bez skrepowania razem ze swymi ofiarami, prezentujących się dumnie, uśmiechniętych i rozbawionych. Tutaj jeden Żyd obcina brodę drugiemu Żydowi. Żyd maltretuje i poniża Żyda. Po drugie – prawy bok zdjęcia zajmują trzy postacie obserwatorów. Archiwiści w Waszyngtonie identyfikują ich jako „polskich chłopów” wyszydzających Żydów, zmuszonych do obcinania sobie bród. Nie wiemy, kim są trzej mężczyźni przypatrujący się z rodzajem drwiącego uśmiechu całej scenie. Stanowią „publiczność” – to pewne. Znaleźli się tu dobrowolnie, czy zostali do tego zmuszeni? Obraz przedstawiony na zdjęciu jest ewidentną inscenizacją. Reżyserami są niemieccy oprawcy. Ofiarami są wystawieni na upokorzenie i pośmiewisko Żydzi. A „chłopi”? Czy są tu przygnani przemocą, czy sterroryzowani biorą udział wbrew swojej woli w propagandowym spektaklu? Czy zatrzymali się z ciekawości? Czy się po prostu „głupio gapią”?
Druga fotografia przedstawia zgromadzone na rynku w Żychlinie mienie „pożydowskie”.[6] Żychlin przed wojną zamieszkiwało prawie 3000 Żydów. Po wybuchu wojny znalazł się poza granicami Generalnego Gubernatorstwa, w tzw. Kraju Warty, rejencja Inowrocław, powiat Kutno. Getto zostało tam utworzone w lipcu 1940 roku. Deportacje do obozu zagłady w Chełmie nad Nerem zaczęły się w końcu lutego 1942. Do getta warszawskiego dochodziły wtedy rozpaczliwe listy od krewnych i znajomych z Żychlina. Szyfr był aż nadto przejrzysty: „Od kilku dni jestem poważnie chory i cała rodzina moja oraz Opatowskich zarazili się. Nie wiem, czy przetrzymamy tę chorobę. Jestem pewny, że nie” – pisał 22 lutego Bulcio Opatowski do Gołdy (Guci) Tabaczyńskiej na Dzielną 18 m. 5. Cztery dni później Lilka Opatowska pisała już niemal otwarcie do tej samej adresatki: „Przeżywamy od ostatnich dni stałe tragedie i trudno skupić się bodaj na chwilę (…). Jesteśmy pełni rezygnacji i bólu. Wszyscy świadkowie naszych przeżyć twierdzą, że to, co u nas, nie widzieli jeszcze”.[7] Ostatecznie 3 marca 1942 większość mieszkańców getta została wywieziona, na miejscu Niemcy zabili około 200 ludzi, w tym członków Judenratu i policji żydowskiej. Żychlin stał się judenrein.
W Biuletynie Oneg Szabat pt. „Drugi etap” jest krótka wzmianka o likwidacji getta w Żychlinie. Prócz podstawowych faktów mamy też zapis o tym, że w ostatnich dniach likwidacji „rozpoczął się rabunek”.[8] Ale na prezentowanym zdjęciu jest absolutny spokój. Można powiedzieć – martwa cisza. Ani jednego człowieka. Najmniejszego poruszenia, zamieszania, bezładu. Przed nami piętrzą się stosy rzeczy starannie posegregowanych. Osobno zastawa stołowa, jakieś butle , flakony, słoje, garnki… W dalszym planie góra rzeczy, które trudno rozpoznać. Pewnie pościel, poduszki, wózki czy inne sprzęty. Rzeczy wydarte z domów rodzinnych, z prywatnej przestrzeni, ze sfery intymnej i kameralnej. Wystawione na widok publiczny. Być może przygotowane do aukcji czy licytacji, które Niemcy urządzali nieraz dla okolicznej ludności po likwidacji żydowskich wspólnot. Zawsze pilnowali jednak prawa do pierwszeństwa w grabieży. „Jak tylko Żydzi zostali z gett wywiezieni i zamordowani, natychmiast zaroiło się tam od tysięcy chłopów, nawet staruszek i dzieci. Ludzie wywlekali wszystko, co tylko mogło się zmieścić na wyładowanych po brzegi wozach. Czego nie zdołali zabrać od razu, kupowali potem za bezcen od Niemców na »wyprzedażach używanych rzeczy żydowskich«” – pisze ukrywający się na wsi w okolicach Mińska Mazowieckiego Leib Rochman.[9]
Rzeczy
W „Złotych żniwach” Gross pisze: „grabież żydowskiej własności i mordowanie Żydów to dwie czynności ściśle ze sobą związane”, a dalej: „plądrowanie własności żydowskiej podczas Drugiej Wojny Światowej stało się wspólnym doświadczeniem całej Europy”. Problematyka ta badana jest szczególnie intensywnie w ostatnim dziesięcioleciu.[10] Zostawmy jednak historyków i sięgnijmy po literackie świadectwa pisane na gorąco. W eseju powstałym w 1943 roku, czytamy: „Należy pamiętać o tym, że, obok innych aspektów, gigantyczny mord na Żydach był też w pierwszym rzędzie na gigantyczną skalę zakrojonym mordem rabunkowym”.[11] Czy Rachela Auerbach – pisarka i dziennikarka, współpracowniczka Oneg Szabat, kierowniczka kuchni dla literatów na Lesznie 40, jedna z nielicznych, która wojnę przeżyła – ukrywając się wówczas w Warszawie na aryjskich papierach jako Aniela Dobrucka, mogła zdawać sobie w pełni sprawę ze skali „ostatecznego rozwiązania”? Czy mogła wiedzieć to, co dzięki otwierającym się coraz szerzej archiwom wiemy dzisiaj my? Nie musiała znać archiwów. Była w getcie od początku jego istnienia do marca 1943 roku. Widziała wszystko na własne oczy: „wielki sezon umierania” (to jej określenie), wielką akcję likwidacyjną, a przede wszystkim – pejzaż getta po wywiezieniu 300 tys. Żydów do Treblinki. Zostawiła nam jedyne w swoim rodzaju studium miasta, w którym nie ma już żywej duszy, a ulice i podwórka zasypane są rzeczami. Nadała mu znamienny tytuł: „Lament rzeczy martwych”. Panoramę getta po akcji styczniowej w 1943 zatytułuje „Lacrimae rerum”. W tym opisie getto zamienia się w monstrualny śmietnik, czyli bezładną kupę gratów, kalekich i sprofanowanych. Stosy rzeczy, zmieszane ze sobą w amorficzne kłębowisko, uwalane w gnoju, błocie i krwi przypominają obraz pierwotnego, przed-ludzkiego chaosu. Gettowy śmietnik staje się krańcową postacią egzystencji zdegradowanej i udręczonej. Dzielnica zamknięta, której mieszkańców wywieziono na śmierć, umiera po raz wtóry w najohydniejszej scenerii biologicznego rozkładu rzeczy-po-Żydach.
Rachela Auerbach formułę „rzeczy pożydowskich” podnosi do rangi jednego z podstawowych toposów Zagłady. W wierszu „Rzeczy” Władysława Szlengla, który zginął podczas powstania w getcie warszawskim, epopeja warszawskich Żydów przesiedlonych za mury, potem przenoszących się z miejsca na miejsce w obrębie zmniejszającej się wciąż dzielnicy zamkniętej, aż w końcu trafiających na Umschlagplatz, opowiedziana jest właśnie jako historia rzeczy.
Podczas ostatecznej wędrówki cały ten mikrokosmos rzeczy stopniowo rozprasza się. Pociąg odjeżdża, ale zostają domy, mieszkania, porzucone na ulicy toboły i walizy. Rzeczy po zgładzonych szybko zmieniają swoich właścicieli, puste miejsca po Żydach szybko się zapełniają. Życie nie znosi próżni.
„Wiatr przez okno porusza / rękaw zimnej koszuli, / leży kołdra wgnieciona, / jakby ktoś się w nią wtulił, / leżą rzeczy bezpańskie, / stoi martwe mieszkanie, / aż pokoje zaludnią / nowi ludzie: Arianie… / Zamkną okna otwarte, / zaczną życie beztroskie / i zaścielą te łóżka / i te kołdry żydowskie, / i koszulę upiorą, / książki włożą do półki, / szklankę kawy wyleją, / robra skończą do spółki.” [12]
Zuzanna Ginczanka, ukrywająca się od czasu wkroczenia Niemców do Lwowa, nękana kolejnymi szantażami i wymykająca się szmalcownikom, jesienią 1944 roku padła ostatecznie ofiarą donosu. W grudniu 1944, tuż przed wyzwoleniem Krakowa, gdzie się wówczas ukrywała, została rozstrzelana w Płaszowie. W Non omnis moriar, niewątpliwie jednym z najczarniejszych, ale też i najważniejszych polskich wierszy, przywołuje wielką tradycję Horacjańską oraz arcydzieło polskiego romantyzmu, by dokonać ich druzgocącego przenicowania. Posługując się językiem pełnym sarkazmu i wyrafinowanego szyderstwa, przekazuje nam już niejako zza grobu swój straszliwy testament.
„Non omnis moriar – moje dumne włości, / Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych, / Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel / I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie. / Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica, Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera, / Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, / Donosicielko chyża, matko folksdojczera. / Twoje, niech twoim służą, bo po cóż by obcym, / Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię. / Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy, / Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie. / Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze / I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo: / Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze – / Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku / Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota / W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach. O, jak się będzie palić w ręku im robota, / Kłęby włosia końskiego i morskiego siana, / Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn / Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie; / To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym / I uskrzydlonych nagle w aniołów przerobi.”[13]
W odzie Exegi monumentum aere perennius Horacy z dumą obwieszczał, iż swoją twórczością wzniósł sobie pomnik trwalszy od spiżu, i że non omnis moriar, ponieważ póki istnieje Rzym, czytaj: świat, póty trwać będą jego nieśmiertelne pieśni. Ginczanka zostawia w spadku dla świata, czytaj: dla donosicielki Chominowej i innych szmalcowników, swoje rzeczy, których tak bardzo pożądają i które będą ich sycić jeszcze długo po jej zamordowaniu. Juliusz Słowacki w słynnym wierszu „Testament mój” zostawia po sobie ową „siłę fatalną”, która „zjadaczy chleba – w aniołów przerobi”.[14] Ginczanka ma wokół siebie szpicli, donosicieli i denuncjatorów. To oni zbierają się na stypę, która przeobraża się w jakąś złodziejską orgię poszukiwania, rozgrzebywania, rycia, węszenia za złotem. Owi „spadkobiercy” poetki, całkowicie pochłonięci zbożnym trudem rabunku, stają się aniołami à rebours. Takich „aniołów” spotkać można było w różnych miejscach okupowanej Polski. To nie wielkość ducha i moc poezji przemienia człowieka w anioła, to tylko pierze z rozdartej pościeli i pakuły z rozprutego materaca zmieszane z krwią ofiary oblepiają ramiona rabusiów.
ZłotoProceder „gospodarczej eksploatacji miejsc masowej zagłady” i przekopywania tych terenów w poszukiwaniu pożydowskiego złota, o którym pisze Gross, był nie tylko powszechny, lecz także odnotowywany w niektórych wydawnictwach konspiracyjnych już w czasie okupacji. Tuż po wojnie działająca na Podlasiu w ramach partyzantki antykomunistycznej 6. Brygada Wileńska AK podejmuje na własną rękę działania represyjne wobec „kopaczy”. W kronice Brygady z lutego 1946 roku czytamy: „2.II.1946 r. Zbliżamy się do sławnej Treblinki. Według opowiadań ludności, ciągłe odkopywanie i ograbianie trupów doszło do ostatnich granic zezwierzęcenia. Wyrywa się zęby, całe szczęki, odcina się ręce, nogi, głowy, aby zdobyć kawałek złota. Profanacja, a władze nie przedsiębiorą [żadnych działań] celem zabezpieczenia tego jedynego w swoim…