Polacy są już przemęczeni polityką. Czy z tego powodu rezygnują często z udziału w wyborach samorządowych? Frekwencja znowu nie była zbyt wysoka.
Odpowiem inaczej na to pytanie. Po angielsku mamy dwa słowa: jedno to „politics”, drugie to „policy„. My obie te rzeczy obejmujemy słowem „polityka”. A nasza polityka, ta o której dudnią media, to jest tylko „politics”, czyli analiza kto sprawuje władzę i kto po nią sięga. Mnie to mniej interesuje, chociaż rozumiem, że to jest ważne. Mnie interesuje „policy„, czyli cele i procesy decyzyjne. Polacy są zmęczeni „politics”, ale nie „policy”. Bardzo mało mówimy o meritum władzy, a zatem o celach, programach i dokonaniach. Oczywiście, właśnie w czasie wyborów samorządowych na ten temat jest znacznie więcej, dlatego, że coś się dokonało przez te ostatnie lata. I nie ma w tym nic dziwnego, że władza, która kończy kadencję, chce nam przypomnieć, co zostało zrobione i że ten czas i nasze pieniądze nie zostały zmarnowane.
Politycy skupiają się na rzeczach bardzo efektownych: stadion, obwodnica, sala koncertowa, natomiast ginie w tym wszystkim bardziej rozbudowany i racjonalny dyskurs o osiągnięciach i niepowodzeniach ostatniej kadencji.
Każdy – to jest naturalne – usiłuje ukryć swoje błędy, a pokazać się z tej lepszej strony. W istocie rzeczy w wyborach samorządowych chodzi o gospodarkę komunalną, o kanalizację, o ulice… I jest pytanie: kto lepiej to potrafi zrobić? Oszczędniej, taniej, a jednocześnie sprawniej. Obowiązująca ordynacja wyborcza do samorządu, poza gminami do 20 000 mieszkańców, nie skłania do rozliczeń, bo to jest ordynacja partyjna. Ostatnie wybory są tego najbliższym przykładem. Ja chciałbym się dowiedzieć, jaki naprawdę jest program partii i poszczególnych kandydatów na najbliższą kadencję w konkretnej gminie, powiecie czy województwie.
Program formułowany dla konkretnej społeczności?
Tak. Ale przy proporcjonalnej ordynacji wyborczej, która dotąd obowiązuje – mam nadzieję, że już w przyszłych wyborach będzie inaczej – indywidualne obietnice nie znaczą prawie nic, ponieważ my wybieramy nie ludzi, a partie. Głosujemy na Iksińskiego z listy Z. Lista Z wygrywa, ale Iksiński się nie dostaje. A lista Z nic nam nie obiecywała. Niektóre partie dokonały w tym roku ciekawego wysiłku – mówię o dużych partiach – prezentując w mediach ogólnokrajowe programy samorządowe. Mnie się to wydaje zupełnie absurdalne. W trakcie wyborów samorządowych nie jestem specjalnie zainteresowany tym, jakie jest ogólne zapatrywanie się partii, tej czy tamtej, na samorząd. To się przyda dopiero w przyszłym roku, jak będą wybory do parlamentu. Natomiast dzisiaj oczekiwałbym, że partia X, Y czy Z będzie miała program dla Szamotuł czy Olkusza, dla konkretnego powiatu; że nie będzie to ogólna teoria wszystkiego, tylko, że programy partii będą się różniły między sobą.
Ale w takim wypadku, czy nowa ordynacja ma szanse to zmienić?
Ordynacja w okręgach jednomandatowych to nie lekarstwo na całe zło. W nowoczesnym społeczeństwie partie są oczywiście bardzo potrzebne, bo partia to jest urządzenie wymyślone specjalnie po to, żeby konsolidować ludzi i razem iść po władzę, a następnie ją sprawować – politics właśnie. Ordynacja większościowa w okręgach jednomandatowych wcale nie wyklucza partii. Oczywiście, przy takiej ordynacji wyborczej, kandydaci nadal będą – zwłaszcza w dużych miastach i w sejmikach – w większości partyjni. Partie będą miały nadal ogromną rolę do spełnienia… Ale będą musiały szukać kandydatów z poparciem społecznym, którzy mają autorytet i położą go na szalę wyborczą. Wyborcy przyjdą do radnego, którego wybrali i to jego będą rozliczać, a razem z nim – partię, która go rekomendowała; w tej właśnie kolejności. Dzisiaj mówię takie ogólne „sprawdzam” partii. Jednak nie ma żadnego związku między programem i obietnicami konkretnego radnego a okręgiem wyborczym, w którym staje on do wyborów. Chodzi o ten związek – tylko o to. Tam są bardzo realne problemy i ten ktoś musi znać te problemy, jeśli chce być radnym. Pan mówił o stadionach, to jest ciekawy przykład…
Nie chodzi mi tyle o fakt zbudowania stadionu, ile raczej o to, że władza uznaje odgórnie, że to właśnie on jest nam absolutnie niezbędny. Nie ma dyskusji o priorytetach inwestycyjnych miasta. Może zamiast budować stadion, lepiej było te środki zainwestować w transport miejski, może w coś jeszcze innego…
Mówiąc krótko, chodzi o to, że są różne potrzeby i priorytety. Proszę zobaczyć, co się dzieje w bardzo wielu miastach w Polsce. Centra prawie wszędzie wyglądają jak perełki. W ciągu dwudziestu lat, przy udziale pieniędzy europejskich, stało się tam dużo dobrego. Odnowiono zabytkowe pierzeje, jest ładniej. Ale poza centrum bardzo często dzieje się mało. Nawet w Warszawie ciągle są miejsca, gdzie nie ma kanalizacji. Przy jednomandatowych okręgach wyborczych ludzie, którzy mieszkają na takim terenie, patrzą w oczy tym kandydatom i nie pytają o stadion ogólnomiejski, tylko mówią: „kanalizacja i kropka”. Stadion niekoniecznie odpadnie, ale trzeba będzie się zająć także wodociągami, komunikacją miejską czy bezpieczeństwem na osiedlach.
Innymi słowy będzie to wymuszać komunikację z wyborcą.
Tak, i w związku z tym wpłynie na priorytety władzy. Jak się pojawią jednomandatowe okręgi wyborcze czy obywatelska inicjatywa uchwałodawcza, to wtedy ludzie dostaną więcej instrumentów i „życie obywatelskie” będzie znacznie bardziej realne… To już dalej zależy od aktywności poszczególnych osób i środowisk.
Ale czy jako społeczeństwo dorośliśmy do takich zmian? Z naszą kulturą polityczną, w której nadal dominuje przekonanie, że władza centralna coś zrobi lub czegoś nie zrobi, a my mamy na to niewielki wpływ?
Ja się z tym kompletnie nie zgadzam. Mówienie, że społeczeństwo nie dorosło, właściwie każe rozejść się…
I poczekać aż społeczeństwo samo dorośnie.
Właśnie. Dobrze pamiętam rozmowy sprzed dwudziestu lat, kiedy wieszczono, że społeczeństwo nie dorosło do samorządu, że jak tu będzie samorząd, to na pewno wszystko rozkradną… Ja uważam, że społeczeństwo dorasta w trakcie zmian i jest takie, jakie mu stwarzamy warunki. Czasami się mówi – to też jest taka piękna populistyczna gra w zielone – „a w Ameryce to miastem rządzi osiem osób, a u nas to musi być sześćdziesięciu radnych. To nie możemy tych radnych mieć o połowę mniej?”. Odpowiedź jest prosta: oczywiście możemy! Możemy ich w ogóle zlikwidować, będzie jeszcze taniej. A naprawdę w owej mitycznej Ameryce jest zupełnie inny świat obywatelski. Władza jest tylko pokrywką od garnka, w którym buzuje życie obywatelskie. I nie potrzeba tylu radnych, ponieważ to życie obywatelskie, biznesowe, lobbing, konsumenci, środowiska religijne i kierowcy ciężarówek, oni wszyscy funkcjonują w różnego rodzaju stowarzyszeniach. Cały system utkany jest z takich więzi i mechanizmów komunikacji społecznej, a ten jeden radny, który się zajmuje transportem publicznym, dzięki rozbuchanemu życiu społecznemu ma kompletny obraz interesów.
Wobec tego jego rola właściwie sprowadza się do zarządzania priorytetami i godzeniu tych różnych środowiskowych postulatów.
I tych priorytetów czy postulatów jest zgłoszonych dwa razy więcej niż u nas! U nas często w ogóle nie ma tego typu głosów. Społeczeństwo obywatelskie właściwie nie istnieje i my je musimy – co jest zresztą naszą kontynentalną tradycją – zastępować właśnie radnymi, którzy mają łowić potrzeby lokalne, bo nie ma innego sposobu ich artykulacji.
Czy w takim razie nie warto pójść…