Jest wrzesień 1982 roku. Od niedawna jestem, wstyd to powiedzieć, pełnoletni. Zaczął się właśnie rok szkolny, ale już nie dla mnie namydla swe pedagogiczne ciało i pakuje je w kolejne za ciasne reformy. Zasadniczo moja bolesna kariera naukowa dobiegła końca dość dawno. Jednak presja ze strony rodziców spowodowała jeszcze jeden edukacyjny zryw po tegorocznych wakacjach, zresztą całkowicie pozorny; mój wkład weń stanowiły niesamodzielność, niedojrzałość, niezaradność, nieporadność w mówieniu „nie” i ogólne nieudacznictwo. Bodajże staraniem ciotecznej siostry, nauczycielki, zostałem dopisany do listy ofiar drugiego w mieście liceum ogólnokształcącego. I oto nagonka kolejnego dnia zapędziła mnie na przystanek autobusowy, gdzie jak bydlę szykowane na rzeź nie miałem innego wyjścia, jeno wejście do autobusu podążającego w kierunku mej nowej szkoły. Zwykła Złota Polska Jesień byłaby może do zniesienia, ale tego słonecznego ranka prawdziwe Indiańskie Lato było obecne w chłodnym po nocy powietrzu. W powietrzu tym wszystkie przygody świata wisiały jak dojrzałe, zakazane jabłka czekające na śmiałka, który je zerwie. Nie musiały mnie długo prosić. Wysiadłem w połowie Drogi do profesury i togi, na przystanku „na Alei”. Przebiegłem na drugą stronę ulicy i za pocztą, a przed Zetdekiem, skręciłem ku zielonym oparom Parku Miejskiego. Żegnajcie, katedry, żyjcie długo, gronostaje. Słońce wchodziło na palcach światła w parkowe mateczniki i nic nie zwiastowało mających nadejść wydarzeń. Nie lękajcie się tej narracji rodem z kryminału za dwa złote, moje zwłoki nie zostaną znalezione na ścieżce zdrowia, z zaciśniętym wokół szyi łańcuchem od huśtawki. Znaleziony zostanę na ławce, żywy i pogrążony w twórczości. W owych czasach składałem swoje pierwsze wierszyki o tytułach takich jak „Samotność”, „Miłość”, „Szczęście”, „Ból” itp. I aura tego przedpołudnia wyzwoliła we mnie moce twórcze domagające się natychmiastowego spożytkowania. Gryzłem się więc z myślami, gryzłem długopis i od czasu do czasu dopisywałem kolejną głęboką i piękną frazę do powstającego „wiersza”. W pewnej chwili grzecznie, z zapytaniem, czy można, przysiadł się do mnie nieznany mężczyzna, niesłusznej budowy ciała i taki bardziej czarniawy. Trochę mi to utrudniało skupienie, ale co poradzić, ławka była wspólną własnością ostrowieckiego społeczeństwa. Potem facet się odezwał. Było to chyba coś w rodzaju przepraszamczymogęspytaćcotampiszesz. Zdaje się, że odburknąłem coś zdawkowo i zniechęcająco. A wtedy on powiedział: – Może wiersz? Było to jak cios obuchem gdzieś między ciemieniem a uchem. Było to jak promień słońca w kopalni, pół kilometra niżej, niż chowa się trupy. Było to jak spotkanie Mickiewicza i Słowackiego, którzy cudem odnaleźli się gdzieś w kosmosie i połączyli w mistycznym pocałunku niczym jurny Sojuz z mitycznym Apollem. Oniemiałem. Jak on to odgadł? Jasnowidz? Detektyw? Pokrewna dusza? – Skąd pan wie? – Hm… A może ja też piszę? Czyli pokrewna dusza. Po chwili toczyliśmy ożywioną rozmowę. Była to rozmowa niezwykła, dialog dwóch oświeconych i widzących więcej, toczony w samym środku bezdusznej miejskiej dżungli. No, w każdym razie w środku parku. Rozmawialiśmy o poezji. Jeśli chodzi o mnie, rozmawiałem o poezji pierwszy raz w życiu, bo przecież szkolne dukania moich polonistek i nieśmiałe dyskusje z koleżanką z klasy to nie było to. Toteż nie dziwcie się, iż ogarnęło mnie uniesienie. – Norwid mnie nie przekonuje – rzekłem z mocą. – A ja nawet opublikowałem jeden ze swoich wierszy w „Walce Młodych” – odparł lekko i skromnie mój duchowy brat. Od słowa do słowa dowiedziałem się, że Adam jest polonistą w jednej z ostrowieckich podstawówek, erudytą, człowiekiem niezwykłej wrażliwości i prawdziwym poetą, oraz że zaprasza mnie do siebie celem kontynuowania tej niezwykłej rozmowy i dokonania oględzin wzmiankowanego wiersza z „Walki Młodych”, iżby nie wyjść na konfabulanta. Nie miejcie mi za złe, że ukazuję dziś tamte wydarzenia z takiej a nie innej, niestałej perspektywy. Czuję się tak, jakbym poglądał na własną młodość z lotu kury. Są to wydarzenia i emocje odległe, a przecież każdy cios zadany wrażliwości młodzieńca, jego pierwszy wstyd, pierwszy duży gniew i pierwsze rozczarowanie zostają w nim na zawsze, choćby od tamtej pory co sto pięćdziesiąt kroków zabijał osiem smoków. Odwiedziłem Adama K. w domowych pieleszach chyba po kilku dniach. Pobieżnie przedstawił mi żonę, pamiętam też, że po blokowym mieszkaniu snuło się ich dziecko lub dzieci. Niczego się nie domyślałem. Niczego nie podejrzewałem. Zaprosił mnie do pokoju, gdzie w ramach gry wstępnej nie tylko zaprezentował mi swój wiersz opublikowany w „Walce Młodych”, który traktował o fioletowych koniach wylatujących z siwej mgły i dostał którąś nagrodę w jakimś konkursie, ale też wręczył mi pamiątkową książeczkę. Był to, o dziwo, miniaturowy tomiczek heteroseksualnego jak smok Leśmiana. Dzięki dedykacji w nim mogę dziś z taką dokładnością określić datę tych niepamiętnych epizodów. „Jackowi, aby pokochał poezję B. Leśmiana, aby tym bardziej związał swe serce z naturą”. Czytelny podpis, data 21.IX.1982. Zawsze myślałem, że jeśli spiszę kiedyś wspomnienia z mej młodości, jej czarni bohaterowie wystąpią w nich pod własnymi nazwiskami. Chyba nawet czerpałem z tej myśli satysfakcję, przypisaną przypadkom, kiedy doniosły akt dawania świadectwa Prawdzie jest jednocześnie psikusem. Było coś podłego w postępowaniu Adama K., ba, mimo mej świeżej pełnoletniości było to coś pedofilskiego, co nie brało pod uwagę mojej delikatności, mojej niedojrzałości i mojej nieporadności w mówieniu „nie”. Najbardziej żałuję właśnie tej nieporadności, że kiedy już jego łapsko w sposób jednoznaczny przesunęło się z mojego kolana na udo i kiedy zerwałem się na równe nogi, to powiedziałem coś tonem obrażonym, zamiast obraźliwym. Wiem przecież, jaką ulgę przynosi wykurwienie krzywdzicielowi prosto w oczy wiązanki kwiatów prawdziwie polskich. Ale cóż, minęły lata, wynaleziono internet i dziś niechęć i obrzydzenie mieszają się we mnie z litością, a nawet współczuciem. Co taki homoseksualista mógł zrobić ze sobą w takim Ostrowcu w takich latach osiemdziesiątych? No dobrze, mógł nie zakładać rodziny i nie dobierać się do chłopaków oddzielony od własnych dzieci i żony jednymi spaczonymi drzwiami, ale przecież pytanie nie brzmiało, czego mógł nie robić, ale co miał zrobić. Nie znam odpowiedzi. Wiem, że nawet z taką duchową sierotą jak ja niewiele mógł zdziałać. Niby miał w ręku wszystkie atuty, ale poza najważniejszymi, urodą i młodością. Nie mówiąc już o tym, że nie był kobietą. Uśmiecham się, bo dobrze było być młodym. Teraz znalazłem na wspomnieniowym forum internetowym wypowiedzi byłych uczniów Adama K. Mówią o nim jako o „dobrym i bardzo wrażliwym człowieku”. Nie są pewni, czy jeszcze żyje. „Wydaje mi się, że Pan Adam żyje, ale miał ogromne kłopoty i bardzo wielu ludzi obrzuciło Go błotem… Na pewno nie ma łatwego życia. Smutne to”. Włączyły mi się więc litość i zrozumienie. Teraz chyba najbardziej mnie dziwi ta jego żona. Jak ona mogła to znosić? Domyślam się, że skoro „wielu ludzi” obrzuciło jej męża błotem, nie byłem jedynym nastolatkiem…