Subskrybuj
Publicystka, wieloletnia redaktorka „Tygodnika Powszechnego”, w którym pełniła m.in. funkcje sekretarza redakcji i zastępcy redaktora naczelnego, członkini zespołu miesięcznika „Znak”. W latach 1989–1993 – posłanka na Sejm z ramienia Solidarności, a potem Unii Demokratycznej. Ostatnio opublikowała...

Kuroń, Sopoćko, Musiał

Mój Kościół jest Kościołem grzeszników i proroków. Mówię oczywiście o prorokach w sensie najszerszym, czyli o ludziach w wyjątkowy sposób oddanych Kościołowi albo bliskich jego misji. I wierzących tak mocno, jak tylko to jest możliwe. Dlatego odnoszenie się Kościoła jako instytucji i wspólnoty do wielu z nich budziło we mnie poczucie, że mój Kościół potrafi być niesprawiedliwy. O poczucie wdzięczności pytam siebie za każdym razem, gdy przypominają mi się tacy ludzie jak Jacek Kuroń, ksiądz Michał Sopoćko czy ksiądz Stanisław Musiał SJ.

Jacek Kuroń

Postawa Kościoła wobec Jacka Kuronia boli mnie jakoś szczególnie. Może dlatego, że jego „niereligijne chrześcijaństwo”, wybiegające daleko poza urzędnicze sprawdziany religijności, zostało sprawdzone doświadczalnie. Czystość intencji potwierdzał przez całe życie: jako wychowawca młodzieży w latach pięćdziesiątych, jako działacz opozycji demokratycznej (a swą opozycyjność zamanifestował po raz pierwszy w 1964 roku, podpisując z Karolem Modzelewskim list otwarty do członków partii, nie mając za sobą nawet minimalnego poparcia społecznego), jako minister pracy i polityki społecznej, dla którego zawsze najbardziej liczyli się wykluczeni.

Kościół nie ujął się jednak za Jackiem, gdy pomawiano go o przeszłość agenturalną (co można wyczytać choćby w publikacjach historyka Piotra Gontarczyka) albo niesprawiedliwie oskarżano. Wystarczy przypomnieć jedno z takich wystąpień przeciwko Jackowi, z lipca 1995 roku, kiedy ojciec Tadeusz Rydzyk w programie telewizyjnym Puls Dnia obarczył Jacka Kuronia odpowiedzialnością, z racji prowadzenia przez niego „czerwonego harcerstwa” w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, za zbrodnie stalinizmu, łącznie z Katyniem i wywózkami na Sybir. Zasugerował także, że dziesięć lat spędzone przez Jacka w więzieniach było elementem politycznej gry.

Krzywdzono człowieka, więc czekałam na głos kościelnego autorytetu, który by publicznie oświadczył: „Tak się nie godzi, to nie po chrześcijańsku”. Nie wydaje mi się, bym oczekiwała zbyt wiele. Jacek, mimo że nie można mu było wydać zaświadczenia z kancelarii parafialnej o jego katolickości, wydawał się przecież pochodzić z samego sedna chrześcijaństwa przez swoje całkowite i bezinteresowne oddanie bliźniemu, które można stawiać innym za wzór. Gdyby Jackowi było dane spotkać Matkę Teresę, zapewne padliby sobie w ramiona, bo tyle ich łączyło. Mimo że Jacek przez całe życie zachowywał dystans wobec religii instytucjonalnej, a Matka Teresa została zaliczona przez Kościół w poczet błogosławionych.

Ksiądz Michał Sopoćko

Sięgając do osób, wobec których problem wdzięczności staje niebywale ostro, muszę opowiedzieć o postaci właściwie zapomnianej: księdzu Michale Sopoćce, spowiedniku siostry Faustyny i, po jej śmierci, niestrudzonym apostole Bożego Miłosierdzia.

Usłyszałam o nim jeszcze jako dziecko, mieszkając w Wilnie. Mojemu ojcu bardzo zależało, by swoje córki, czyli moją starszą siostrę Teresę i mnie, zabierać jak najwcześniej do kościoła, a jednocześnie nie zniechęcać do liturgii wysłuchiwaniem przedłużających się nabożeństw. Zabierał nas na msze bez kazania, które trwały około pół godziny, i do kościołów z piękną oprawą muzyczną, na przykład do Świętego Michała, kościoła sióstr bernardynek, których kapelanem był właśnie ksiądz Sopoćko. Siostry miały pięknie ustawione głosy, profesjonalną organistkę i… wysokie ławki pod chórem. Dzięki temu widziałyśmy z Teresą wszystko doskonale, w tym księdza Sopoćkę sprawującego Eucharystię przedsoborowym zwyczajem, czyli odwróconego tyłem do wiernych.

Mój ojciec przyjaźnił się z nim, ale nie przypuszczam, bym wtedy, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, wiedziała, czym jest koronka do Bożego Miłosierdzia. Prawdopodobnie nauczyłam się jej podczas jednej z tych nocy sowieckiej okupacji Wilna z lat 1939–1941, kiedy zamiast spać modliliśmy się – jakże egoistycznie! – by to nie nas wywieziono w głąb Związku Radzieckiego. Wywózki trwały przecież do ostatnich godzin przed wejściem Niemców do miasta.

Pamiętam, że kiedyś przyjechano po rodzinę, która mieszkała w oficynie naszej kamienicy na ulicy Zamkowej. Moja koleżanka, która akurat u nas była, zaczęła strasznie płakać, bo na odkrytej platformie byli już jacyś ludzie, w tym siostry zakonne. Nie wiem dlaczego, ale się nie bałam (rzadko kiedy w życiu się bałam) i starałam się ją pocieszyć, mówiąc: „Nie martw się, Pan Bóg się z nimi policzy”. Głęboko wierzyłam, że kiedyś musi nastąpić sprawiedliwość…

W starciu z radziecką biurokracją, która działała idealnie wtedy, kiedy chciała kogoś dopaść, trudno było wyczekiwać skądkolwiek ratunku czy pocieszenia. Sowiecka fala zagarniała tych, którzy mogli stanowić dla niej zagrożenie: nauczycieli, rodziny wojskowych, lekarzy, prawników, zatrzymując się, przynajmniej na razie, przed progami innych domów. Wtedy nie można było liczyć na sprawiedliwość, prędzej na miłosierdzie, dlatego słowa: „miej miłosierdzie dla nas i całego świata”, stawały się jedynym wsparciem.

Wojenne doświadczenia zweryfikowały kościelny dystans wobec objawień siostry Faustyny i kultu Bożego Miłosierdzia, jaki dał o sobie znać rok przed wybuchem wojny w sceptycznej wypowiedzi metropolity wileńskiego, arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego. Ludzie wybrali inaczej niż hierarchia, ale wojna się skończyła, a stanowisko Kościoła instytucjonalnego nie uległo zmianie. Ksiądz Sopoćko pisywał listy do Rzymu i przygotował od strony teologicznej wprowadzenie w Kościele święta Bożego Miłosierdzia. Petycję wystosowali polscy biskupi. Na niewiele się to zdało: w 1958 roku Święte Oficjum wykluczyło możliwość ustanowienia święta, a rok później wręcz zakazano propagowania kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez siostrę Faustynę. Księdza Sopoćkę musiało to zaboleć, ale nie wyhamowało jego starań. Z Białegostoku, gdzie osiadł po repatriacji z Wilna, wciąż pisał do Rzymu, prosił, tłumaczył… Wspomniane dekrety unieważniono dopiero w 1978 roku, trzy lata po jego śmierci.

Jest dla mnie tajemnicą, jak można być czemuś tak wiernym, mimo przeciwności i osamotnienia, tak długo czekając na uznanie swoich racji. Bo przecież jego posłannictwo świat w końcu przyjął, a gorącym orędownikiem Bożego Miłosierdzia stał się Jan Paweł II. I choć we wrześniu 2008 roku, ponad osiem lat po kanonizacji siostry Faustyny Kowalskiej, ksiądz Sopoćko został beatyfikowany, mam wrażenie, że niewielu, także w samym Kościele, jest takich, którzy pamiętają, komu zawdzięczają przechowanie tej właśnie prawdy, że Bóg jest nie tylko sprawiedliwy, ale i miłosierny.

Ksiądz Stanisław Musiał SJ

Kim był ksiądz Stanisław Musiał, jezuita, przypominać nie trzeba. Choć od jego śmierci w 2004 roku upłynęło dopiero kilka lat, wydawane są zbiory jego tekstów, ufundowano nagrodę jego imienia, pisana jest biografia, odbyło się kilka sympozjów poświęconych jego osobie i działalności.

Staszek był jednym z tych ludzi, którzy kwestię ułożenia stosunków katolicko-żydowskich stawiali niesłychanie klarownie i odważnie. To między innymi jego determinacji i poczuciu taktu zawdzięczamy przeniesienie w 1987 roku klasztoru sióstr karmelitanek z terenu obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, co zakończyło bardzo bolesny konflikt. Staszek niestrudzenie piętnował przejawy antysemityzmu wśród kleru, którego przykłady opisał w dramatycznym tekście Czarne jest czarne (1997).

Jego głos protestu dał się słyszeć pod koniec lat dziewięćdziesiątych podczas obłędnej akcji stawiania krzyży na Żwirowisku obozu w Auschwitz, gdzie w czasie wojny mordowano więźniów. Ale też – to już przypomina się znacznie rzadziej – w licznych wystąpieniach przeciwko przywiązaniu Kościoła do środków bogatych.

W felietonie Biskup Jan potrzebny od zarazpisał, że gdyby święty Jan Chryzostom, opiekun ubogich, żył dzisiaj, „mielibyśmy zamiast monstrualnej bazyliki w Licheniu fundację stypendialną dla dzieci z byłych pegeerów. Budowalibyśmy zamiast sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prezydencja na czas kryzysu