Książka Romana Graczyka wzbudziła wiele emocji i refleksji. Główną falę dyskusji mamy już za sobą. Dyskutanci w zasadzie nie podważali faktów zgromadzonych przez autora, krytykując głównie jego warsztat za selektywny dobór faktów i prawomocność wnioskowania oraz polemizując z samymi wnioskami. Pod tym względem jest to dyskusja analogiczna do równolegle toczonej debaty nad książką Grossów.
W dyskusji nad książką Graczyka zabrakło systematycznej refleksji nad językiem zastosowanym do opisu zebranych faktów. Moim zdaniem przynajmniej w pewnym stopniu to właśnie użyty język zaprowadził autora, częściowo wbrew jego woli, na pozycje, które obecnie zajmuje i które są tak ostro krytykowane. Poniżej uzasadniam ten pogląd na najważniejszych przykładach, zastrzegając, że są to refleksje amatora, a nie językoznawcy.
Tytuł
Co oznacza pytajnik postawiony w tytule? We wszystkich znanych mi językach pytajnik za tezą oznacza zakwestionowanie tej tezy. Gdy postawimy go po słowach „czarny kot”, to oznacza on niepewność autora co do tego, czy to był kot lub czy był czarny. Zatem pytajnik w tytule to sygnał, że autor nie jest pewien, czy opisane przez niego wydarzenia należy zakwalifikować jako „cenę przetrwania”. Zwrócił na to już uwagę Robert Krasowski w „Rzeczpospolitej” (23 marca), ale nie poszedł dalej, by konsekwentnie zapytać: jeśli nie cena przetrwania, to co? Z kontekstu wynika dla czytelnika tylko jedna logiczna, domyślna alternatywa: zdrada. Roman Graczyk stwierdził w korespondencji ze mną, że nie to chciał powiedzieć; starał się tylko dać do zrozumienia, że cena była za wysoka, czyli że można było „wykupić się” taniej. Zatem już poprzez źle skonstruowany tytuł wysłał logicznie rozumującym czytelnikom fałszywy sygnał.
Współpraca
To chyba najczęściej używane w Cenie przetrwania?słowo, a zarazem najbrzemienniejsze w negatywne skutki językowe potknięcie autora. W normalnej polszczyźnie zakres pojęcia „współpraca” jest dobrze zdefiniowany: współpraca to wspólna praca, czyli wspólne działanie na rzecz tego samego celu. Innymi słowy współpraca implikuje intencję pomocy dla strony, z którą się współpracuje, a nie realizację własnego, odmiennego celu. Dlatego właśnie nikt do tej pory nie nazwał kontaktów Rady Głównej Opiekuńczej z Hansem Frankiem współpracą. W kontekście kontaktów z SB współpraca jest więc pojęciem wartościującym: oznacza zdradę, czyli przejście na druga stronę i pracę dla drugiej strony, bowiem to były kontakty stron pozostających w konflikcie. Tego słowa używamy też przecież dla opisania wyczynu kpt. Adama Hołysza, który zdradził SB i podjął współpracę z „Solidarnością”. Zatem użycie słowa „współpraca” niezależnie od intencji autora oznacza dla logicznie myślącego czytelnika to samo, co pytajnik w tytule: informuje, że autor w gruncie rzeczy ocenia te kontakty jako zdradę. Takie skojarzenie jest w polszczyźnie chyba automatyczne: zbyt wiele naczytaliśmy się o współpracy czy kolaboracji z okupantem lub zaborcą. Pamiętamy też, że na kolaborantach wykonywano wyroki. To jest wyjątkowo emocjonalnie obciążone słowo. Takie słowo nie nadaje się do opisu faktów. Zapewne w humanistyce nie ma tak ścisłego wymogu rozdzielania opisu od interpretacji jak w naukach przyrodniczych, ale jakieś analogiczne zasady zapewne obowiązują, a ta książka nie jest przecież beletrystyką, tylko dziełem historycznym. Użycie słowa „współpraca” oznacza kompletne pomieszanie opisu z interpretacją. Dla potrzeb opisu należało zastosować sformułowanie czysto deskryptywne, a nie wartościujące, na przykład „zgoda na kontakty”. Wtedy autor mógłby w części oceniającej zachowanie swojego bohatera zakwalifikować jego „zgodę na kontakty” jako „współpracę”, gdyby zdobył twarde dowody zdrady. Jestem przekonany, że gdyby taka dyscyplina językowa została zachowana, słowo „współpraca” pojawiłoby się w tej książce wyłącznie w odniesieniu do osób, które były konfidentami, i nikt by tego nie kwestionował. W miejscu „współpracy inédite ” znalazłoby się zapewne sformułowanie typu „kontakty szkodliwe lub zbędne dla środowiska”, gdyby autor uznał, że nie przyniosły one środowisku „TP” żadnego pożytku lub wręcz mu zaszkodziły. Z takimi ocenami można by merytorycznie dyskutować, ale nie sposób byłoby je mieć autorowi za złe. Roman Graczyk wiedział, że użycie słowa „współpraca” jest zabiegiem kontrowersyjnym, o czym świadczy dyskusja w ostatnim rozdziale. Myślę jednak, że nie do końca był świadom rozległości konsekwencji zastosowania tego słowa, gdyż wpadł jak wielu przed nim w pułapkę terminologii SB: studiując ich papiery, oswoił się ze swoistą esbecką nowomową i jemu samemu zakres pojęcia „współpraca” przesunął się w…