Subskrybuj
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

Między grozą a miłosierdziem

Choćby Bóg był złudzeniem jeśli chodzi o istnienie, to pozostaje On jedyną rzeczywistością jeśli chodzi o dobro.

Kim jest Bóg dla rozrzuconych po świecie ludzi różnych kultur i języków, którzy w Niego wierzą? Kim jest, niezależnie od tego, jak Go sobie wyobrażają, po jakiemu o Nim mówią; niezależnie od tego, iloma boskimi postaciami zaludniają swój Olimp albo niebiosa, jak te postaci nazywają, jak się do nich modlą i o co je proszą? Bóg jest władcą czy wsparciem? Budzącą szacunek – a nieraz postrach – potęgą wprawdzie sprawiedliwą, lecz nieubłaganie stojącą na straży narzuconych człowiekowi praw, domagającą się kultu i starannie odprawianych rytuałów? Czy może jednak kimś bliskim, choć niepojętym, na kim można się wesprzeć w chwilach słabości i zwątpienia? Świętą grozą, czy przenajświętszym miłosierdziem?

Oczy BuddyGórska prowincja Mae Hong Son to trudno dostępna enklawa u podnóża Himalajów wciśnięta między Birmę a północną Tajlandię; pozbawiona dostępu do świata mozaika plemion rozsiadłych po swoich dolinach i tam borykających się z nieurodzajną glebą. Stąd też zwaśnieni monarchowie i okoliczni książęta nie dbali o zabór tak kłopotliwego miejsca. Góry i doliny zaludnione przez plemiona mówiące różnymi językami, wyznające różnych bożków, ale klepiące tę samą biedę, uniknęły więc przemarszów wrogich armii i tratowania ich zagonów przez kolumny bojowych słoni. Dopiero Brytyjczycy, zagarniając Birmę, wzięli pod swoje panowanie te dzikie ostępy i watahy miejscowych pogan przebierających się od święta w różnobarwne stroje, ale nieznających żadnego cywilizowanego języka ani obyczaju. Nie na długo starczyło ich kolonialnego prawodawstwa, szkockiej whisky i irlandzkich misjonarzy, bo pogonili ich Japończycy, po których pozostały do dziś rdzewiejące w dżungli kolumny samochodowych wraków, których nikomu nie chce się usuwać. Kiedy uciekli ostatni najeźdźcy, oddano ten kawałek niełaskawej ziemi królowi Syjamu, którego przodkowie nieczęsto tu zaglądali. Jeśli jest tu cokolwiek niezwykłego do oglądania, to tylko kolorowo ubrani górale, którzy w dzisiejszych czasach nauczyli się zarabiać na tradycyjnych strojach i zapomnianych obyczajach, wyszli ze swoich dolin, porozkładali stragany w pobliżu miasteczka, gdzie za pieniądze pozują do zdjęć turystom. Ludzie Padaung demonstrują tam swoje kobiety o szyjach sztucznie wydłużonych przez nakładane od dzieciństwa mosiężne pierścienie i w wieku dojrzałym już tak wiotkich, że – gdyby zabrać to metalowe rusztowanie – kręgi szyjne nie wytrzymałyby ciężaru głowy. Znacznie liczniejsi – choć nie tak efektownie wyglądający – Biali i Czarni Karenowie zazdroszczą im tej łatwo wymienialnej na walutę tradycji, ale nie mając nic lepszego, pracowicie prezentują swe samodziały, handlują trzcinowymi plecionkami, srebrem i przemycanymi z Birmy drogimi kamieniami, dzieląc się zyskami z miejscową policją. Przybysz o jasnej skórze, wchodząc do wioski, nie wie, czy napotka buddystów, animistów, czy potomków dzikusów ochrzczonych kiedyś przez prezbiteriańskich albo episkopalnych misjonarzy. Wszystko jedno: zawsze będzie mile przyjęty jako potencjalny nabywca i hojny zapewne płatnik. – Kim jest duch, któremu składasz ofiary z ryżu i owoców, i, jak powiadasz, czasem się spotykasz? – ośmieliłem się spytać wioskowego szamana, gdy już trochę się z nim zaprzyjaźniłem z pomocą drobnych prezentów i buteleczki taniej gorzały wyrabianej w tych stronach z melasy pozostałej po produkcji cukru trzcinowego. Tym niemniej, spodziewałem się reprymendy, a może i obrazy, bo jakże tak obcesowo indagować kapłana na temat jego świętości. Szaman jednak uśmiechnął się całą gębą upapraną na czerwono od leniwie przeżuwanego betelu. – Jak to, kim? – zdziwił się. – To nasz przyjaciel, mieszka w tamtym dużym drzewie, czasem przenosi się na skałę. Nam jest z nim dobrze, bo pomaga ludziom w ich sprawach, jemu też dobrze z nami, bo dbam, aby codziennie dostawał coś do jedzenia, a w święto palimy mu kadzidełka. Bez nas pewnie by sobie nie poradził, biedaczek. – A co ci mówi na spotkaniach? – Prawdę powiedziawszy, nic nie gada, ale ludzie potrzebują dowodów jego istnienia, więc coś tam bajam. Mnie też z nimi dobrze, bo dbają o swego szamana, a ja odprawiam im sądy i godzę spory wybuchające przy świniobiciu. – Więc okłamujesz współplemieńców! – ośmieliłem się. – Skądże! – oburzył się szaman, którego zawodowy honor został urażony. – Duch przemawia, kiedy naprawdę potrzeba. Ja jestem od tego, żeby ludzie się nie zniechęcili i nie poszli do baptystów albo muzułmanów. Zresztą podobno naszych dziadków chrzcili tu jacyś misjonarze i jesteśmy u nich zapisani, ale ta nauka dziwna jakaś i za trudna dla tutejszych ludzi. Z obawą więc zbliżyłem się do wioski muzułmanów. To potomkowie plemion z dzisiejszego Bangladeszu, którzy osiedlili się w Birmie, a potem uciekając przed wojną domową, znaleźli schronienie w górach zachodniej Tajlandii. – Co mówi wam Allach w tak odległym zakątku? – spytałem miejscowego duchownego. – Jak to, co? – zdziwił się. – Wszystko jest zapisane w Koranie. Co jeść, kiedy świętować i że kobiety mają nosić chusty na głowach. Bijemy mu pokłony przy modlitwie pięć razy dziennie z twarzą zwróconą na zachód, bo tam jest Mekka. Za to opiekuje się nami, chroni przed birmańskimi powstańcami i tajską żandarmerią. – A jak dajecie sobie radę z nieczystym zwierzęciem, bo widzę te same świnki co u buddyjskich albo chrześcijańskich sąsiadów? – Na pewno nie obrazi się, jak taką zjemy. A może masz butelczynę melasówki? Nie dziw więc, że z zaciekawieniem i nadzieją wspięliśmy się wraz z moim szwedzkim przyjacielem na wzgórze ponad stolicą prowincji do pagody Kung Mu opisywanej jako miejsce, gdzie przyjmowani są zagraniczni goście na medytacyjne pobyty. Przecież buddyzm zasłużenie cieszy się renomą religii łagodnej i tolerancyjnej; tu dopiero dowiemy się czegoś budującego o przyjaźni między człowiekiem a bóstwem! Aby zostać przyjętym przez starszego stopniem duchownego odpowiedzialnego z racji znajomości języka za kontakty z cudzoziemcami, trzeba było chwilę poczekać. W pozbawionych drzwi pomieszczeniach przechadzali się mnisi w żółtych szatach, czasem pokornie przemykali miejscowi świeccy. – Jak można! – grzmiał ktoś podniesionym głosem, a mój przyjaciel jako bywały w tych stronach i znający miejscowy język tłumaczył mi to szeptem. – Ofiary pieniężne i żywnościowe trzeba przynosić do klasztoru każdego dnia rano! Nie lenić się! Inaczej złe duchy dotkną was chorobami, a w następnym stadium reinkarnacji wasze dusze wcielą się w parszywe psy! Cichaczem zajrzeliśmy do następnego pomieszczenia, gdzie właśnie przełożony gromił grupkę zestrachanych wieśniaków. On także nas dostrzegł, ale widać przekonany, że nie rozumiemy, o co idzie, jeszcze czas jakiś burczał gniewnie, aż wierni w kornych pokłonach wycofali się tyłem na znak najwyższego szacunku. – Nie przypuszczałem, że straszycie ludzi – powiedział po tajsku Szwed. Mnich zmienił się na twarzy, jakby nie wiedział, czy ma kontynuować reprymendę, czy przyjąć ton właściwy w rozmowie z cudzoziemcami. Wreszcie wydukał po angielsku: – Nie wiedziałem, że nas podsłuchujesz… – Oświecony nakazuje szacunek dla wszystkich istot – wtrąciłem nie w porę. – A jak mam wymóc na wieśniakach choć trochę dyscypliny? – mnich poczuł się pewniej. – Szkoda, że nie jesteśmy w Nepalu, tam na każdej świątyni wymalowane są oczy Buddy i ludzie przynajmniej wiedzą, że Oświecony nie spuszcza wzroku z ich uczynków. Ale u…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Piękni dwudziestoletni idą po władzę