Subskrybuj

Piękni dwudziestoletni idą po władzę

Po co młodym aktywistom polityka? Bo chcą coś zdziałać, zrobić karierę jak w korporacji lub po prostu być kimś znanym. Jedni są idealistami, inni koniunkturalistami. Kto liczy w przyszłości na poważną zmianę w polskiej polityce, może się rozczarować.

Dobrawa Morzyńska wstąpiła do młodzieżówki PO, bo chciała poznać z bliska ludzi, których dotychczas znała, jak mówi, „ze szklanego ekranu”.

Grzegorz Gruchalski został Młodym Socjaldemokratą, bo chciał zmieniać świat, a jego zdaniem największy wpływ na świat mają politycy, którzy uchwalają ustawy.

Michał Ciechowski już od pierwszej klasy liceum interesował się polityką. Odczekał do matury, a jak tylko zdał, zapisał się do młodzieżówki PiS.

Bogumił Kolmasiak jako nastolatek pochłaniał wręcz gazety i książki na temat polityki. W liceum nadeszła refleksja – warto by się samemu zaangażować. Przeszedł przez kilka partii i młodzieżówek, by dojść do Zielonych.

Dla wielu młodych ludzi start w czynnej polityce zaczyna się właśnie w młodzieżówkach, mimo że ich znaczenie w ostatniej dekadzie zmalało. W latach dziewięćdziesiątych były naturalnym etapem między politycznym pucybutem a prezydentem. Jednak wizerunek młodego działacza noszącego teczkę za liderem skompromitował się w oczach młodych ludzi. Zdegradował się też wizerunek samych partii politycznych. – Młodych zainteresowanych polityką przyciągają teraz modne środowiska ideowe, jednak ich wpływy są niewielkie – mówi Przemysław Radwan-Röhrenschef, dyrektor Szkoły Liderów w Warszawie, przez którą przewijają się młodzi politycy. – Mówiło się, że środowisko „Krytyki Politycznej” zastąpi partie lewicowe, a Projekt Polska – partie liberalne. Potrzebne są jednak jedne i drugie. Od młodzieżówek nastąpił wprawdzie odwrót, ale one nie zamarły. Pojawia się w nich sporo młodych radnych.

Nadal są więc powody, dla których ludzie chcą zapisać się do przeznaczonych dla nich przybudówek partyjnych. – Jaki kontakt ze środowiskiem, np.„Frondy”, ma zaangażowany ideowo prawicowy nastolatek spod Słupska? – pyta retorycznie Olgierd Annusewicz, politolog Uniwersytetu Warszawskiego. Rozpolitykowany prawicowo nastolatek, któremu nie wystarcza już Internet, idzie więc do miejsca, które znajdzie w swojej okolicy, czyli do biura PiS. A stamtąd do młodzieżówki.

Inny powód – kariera. Wciąż można ją zrobić startując w młodych strukturach. Nadal aktualna jest bowiem oferta, którą wielu obecnych wpływowych polityków kiedyś przyjęło: nosisz tę teczkę za liderem i stajesz się dzięki temu jego człowiekiem, a lider ma w zamian oddaną sobie, lojalną grupę wychowanków. To oferta raczej dla bezideowców, którym wszystko jedno, w jakiej partii zrobią karierę, byle była to partia przynajmniej od czasu do czasu rządząca. Albo taka, która zagwarantuje im szybką i efektowną karierę.

Jednak wspólnym mianownikiem motywacji ludzi, którzy zasilają młody aktyw, jest chęć działania. I to natychmiastowa, bez czekania na efekty starcia idei w rozdyskutowanych polityczno-intelektualnych środowiskach.

Jak trafiłem do polityki

Czy będą to sejmowe masy, liderzy, czy osoby, które w ogóle nie wytrwają na tej drodze – pokaże czas. Rozmawiając z nimi teraz, można jednak zastanowić się, jak będzie wyglądała polityka za dwadzieścia lat, bo to spośród nich będą rekrutować się przyszłe elity. O tym, jacy są i jacy mogą być, mówią ich wybory i oceny polityczne, motywy, dla których zajęli się tą działalnością, ich zaangażowanie, dotychczasowe przedsięwzięcia i plany.

Dobrawa Morzyńska ma 21 lat. Na Politechnice Gdańskiej studiuje International Management, ma już licencjat z europeistyki. W wieku 16 lat, kiedy uczyła się jeszcze w liceum – gdańskiej Topolówce znanej z opozycyjnej przeszłości, obecnie szczycącej się nazwiskami absolwentów znanymi w polityce i dziennikarstwie – wstąpiła do Młodych Demokratów. Teraz należy do władz stowarzyszenia – Zarządu Regionu Pomorskiego. Należy też do PO. Pracuje na pół etatu w biurze zarządu regionu partii jako pełnomocnik platformy internetowej. Administruje stroną PO, koordynuje strony powiatowe. Od ubiegłego roku jest radną Pruszcza Gdańskiego.

Do Młodych Demokratów Morzyńską wprowadził kolega z liceum. Zabrał ją na spotkanie z Jarosławem Wałęsą. Poszła, bo zawsze chciała poznać polityka, zobaczyć z bliska człowieka znanego z telewizji, posłuchać, jak wygląda jego praca od kuchni. Słuchała zafascynowana, jak opowiadał sejmowe plotki – kto z kim knuje, jak przepychano za kulisami ostatnią ważną ustawę, kto i na co ma szanse i jaką kto ma ksywę. – W telewizji słuchało się frazesów, tu można było dowiedzieć się więcej – podsumowuje tamto pamiętne dla niej spotkanie.

Skoro jednak poszła na spotkanie z politykiem dlatego, że chciała poznać człowieka znanego z telewizji, to dlaczego nie wybrała znanego artysty, czy jeszcze bardziej popularnego serialowego aktora? Czy polityk jej imponował? Czy imponował bardziej niż artysta? Czy uważa, że polityk ma większy wpływ na umysły ludzi niż wybitny pisarz, czy reżyser? Dlaczego poszła właśnie na spotkanie młodzieżówki partyjnej? Dlaczego wybrała politykę? Odpowiada tak: – To pewnie przez dom, wyniosłam to z domu.

Jak opowiada, polityka w jej domu bywała częstym tematem rozmów. W latach osiemdziesiątych mama Dobrawy „była waleczna” i „biegała z petardami”. Kiedy Dobrawa dorastała w domu, zawsze były gazety. Czytała wszystkie, ale głównie wciągał ją „Wprost” Marka Króla sprzed kilku lat, czytała też „Politykę” i „Przekrój”. Z babcią oglądała w telewizji posiedzenia komisji sejmowej w sprawie afery Rywina. Pamięta to jako jeden z momentów granicznych – przesłuchania śledczych i zeznania czołowych postaci polskiej polityki i dziennikarstwa wciągnęły ją w świat polityki bezpowrotnie. Jednak pytana o szczegóły tej fascynacji mówi o „śmiesznych rzeczach”, które tam się działy, na przykład o sprawie skarpetek „pedałów” według Anity Błochowiak.

Michał Ciechowski z młodzieżówki PiS ma 26 lat. Wstąpił do niej po maturze, w 2005 roku, a kilka miesięcy później do PiS. Właśnie trwała kampania wyborcza. – Pojechałem na konwencję PiS do Warszawy, to była ta słynna Konwencja w Pałacu Kultury, pierwsza taka nowoczesna w Polsce, urządzona według amerykańskich wzorów – opowiada. – Robiła wrażenie. Kiedy znalazłem się na tej wielkiej sali, zobaczyłem te tłumy ludzi i usłyszałem, jak trzy tysiące osób krzyczy te same hasła, poczułem, że jestem w swoim świecie i że ze swoimi poglądami nie jestem sam – opowiada. Teraz Michał Ciechowski prowadzi w Krakowie biuro poselskie Andrzeja Adamczyka i europejskie – Zbigniewa Ziobry.

Jako nastolatek lubił porównywać programy informacyjne w telewizji. Oglądał niemal wszystkie serwisy i sprawdzał jak te same wiadomości są w nich prezentowane w odmienny sposób. Potem czytał to wszystko jeszcze w prasie codziennej i tygodnikach. To był jego żywioł.

W liceum denerwowało go, że podręcznik do historii kończy się na 1945 roku, jakby później już nic się na świecie i w Polsce nie wydarzyło. Szukał więc książek na własną rękę i czytał. To kolejny żywioł. – Czytałem wszystko o III RP, co się działo po kolei po 1989 roku, ile partii powstawało, upadało, wchodziło do sejmu, o powstaniu AWS i jak wiele partii weszło do tej formacji, potem rozpad AWS, powstanie PiS, Kaczyński – wymienia jednym tchem tematy, które go pasjonowały.

Jednak zainteresowanie polityczne, historyczne i społeczne można wykorzystać w różnych dziedzinach aktywności – w dziennikarstwie, w organizacjach pozarządowych, dlaczego Ciechowski wybrał akurat politykę? – Interesuje mnie działalność samorządowa, to daje namacalne efekty, pracę magisterską na politologii pisałem o samorządach – odpowiada. I dodaje wesoło: – Pracę obroniłem z opóźnieniem, bo z powodu wyborów do europarlamentu, musiałem się zaangażować w kampanię. Wcześniej z opóźnieniem obroniłem licencjat o Turcji i Unii Europejskiej. To był rok 2007 i wybory parlamentarne…

Czy znajomi ze studiów nie dziwili się, że angażuje się w kampanię tak niemłodzieżowej partii jak PiS? Ciechowski nie przejmuje się takim rzeczami. Kiedy ktoś dyskutuje z jego argumentami, uszanuje jego racje i pozostanie przy swoich. Ale kiedy ktoś mu mówi, że nie lubi jakiegoś polityka, bo ten mlaska, to Ciechowskiemu opadają ręce i zmienia temat.

Grzegorz Gruchalski przedstawia się na swoim blogu: „Przewodniczący Federacji Młodych Socjaldemokratów w Warszawie. Członek Zarządu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Warszawie. Rzecznik prasowy FMS. Członek Rady Krajowej FMS. Przewodniczący Koła SLD „Zmiana” Warszawa-Wola. Student socjologii, fanatyk Czerwonych Diabłów z Manchesteru oraz koneser dobrej literatury”.

Do tego jeszcze jest szefem biura poselskiego Ryszarda Kalisza. Ma 22 lata. Studiuje w Szkole Głównej Handlowej interdyscyplinarny kierunek z elementami socjologii, ekonomii, psychologii, zjawisk społecznych. Pracuje w firmie z branży internetowej.

Nie ma najmniejszych problemów, żeby wyjaśnić, dlaczego wybrał akurat politykę, a nie na przykład dziennikarstwo. – W polskim systemie tylko partie mogą odegrać jakąś rolę, tylko one mogą coś zmienić. Media mogą oddziaływać na polityków, mogą ich opisywać i oceniać, ale dziennikarze czy publicyści nie są kreatorami rzeczywistości. Mogą relacjonować debatę publiczną, ale nie są jej motorem. To partie przygotowują projekty ustaw, to one wprowadzają je w życie, dziennikarze mogą nakreślić partiom, gdzie iść, ale życie organizują partie.

A Gruchalski chce być z tymi, którzy decydują, a nie z tymi, którzy tylko proponują. Dlatego związał się z partią, a nie na przykład z klubem „Krytyki Politycznej”, w którym modnie jest realizować dziś lewicowe zainteresowania. „Krytyka”, choć modna, też tylko proponuje.

Do młodzieżówki wstąpił, kiedy miał 16 lat. Był w szeregach najmłodszy. Szybko awansował. Już po roku został wiceprezesem warszawskiego koła młodych socjaldemokratów, a przewodniczącym jest od półtora roku. Czy nie wstydził się przed kolegami, że związał się z aktywem, z partyjną przybudówką? – Młodzi ludzie nie interesują się polityką, wielu z nich nie potrafi rozpoznać premiera. Nie rozumieją, że polityka wpływa na ich życie. Jak można nie interesować się sprawami, które nas dotyczą? – odpowiada.

Bogumił Kolmasiak ma 24 lata. Skończył socjologię na warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, studiuje stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. On też miał 16 lat, kiedy związał się z partyjną przybudówką. Wstąpił do Młodego Centrum – młodzieżówki Unii Wolności, a właściwie tego, co z niej zostało po odejściu części Młodych Demokratów – dotychczasowej młodzieżówki UW, do powstającej właśnie PO. – To była młodzieżówka, która wykazywała cechy organizacji pozarządowej. Organizowała koncerty charytatywne, parady, debaty. Fajna szkoła działania, nie tylko politycznego.

Kolmasiak dobrze się czuł w Młodym Centrum. Odpowiadało mu też to, jaką partię wspiera jego stowarzyszenie. – Miałem zaufanie do wyborów politycznych moich starszych kolegów – mówi. Problem pojawił się w latach 2005–2006, kiedy Partia Demokratyczna zawiązała koalicję przedwyborczą z SLD w ramach projektu Lewica i Demokraci. – W sprzeciwie wobec powstania LiD przystąpiłem do Forum Liberalnego – opowiada o swojej politycznej przeszłości Kolmasiak. – Nie odpowiadał nam dyskurs towarzyszący LiD, a koncentrujący się tylko na PiS.

Wystartował w wyborach samorządowych, jako Forum Liberalne, ale z list PO. – Zdobyłem ciekawe doświadczenie, czyli prowadzenie własnej kampanii wyborczej – opowiada. Obkleił plakatami miasto. Dziś wspomina, że na zdjęciu na plakacie wyglądał jak Nosferatu – groźne spojrzenie, burza włosów i jeszcze źle dobrana marynarka. Może dlatego wyniki głosowania były mierne. Zdobył sto pięćdziesiąt głosów, a żeby wejść do rady dzielnicy Śródmieście trzeba było dostać ich sześćset. W innych dzielnicach wystarczyło siedemdziesiąt. Jednak Kolmasiak nie poczuł zniechęcenia. – Jeśli chce się funkcjonować w polityce, trzeba startować w wyborach, nawet jeśli to walka beznadziejna – podsumowuje.

Mimo porażki nadal działał w Forum Liberalnym. Z kolegami organizował debaty polityczno-społeczne w popularnych warszawskich klubach, do dziś prowadzi portal Polska Liberalna. Jednak z czasem Forum zaczęło się rozpadać. Część działaczy odeszła do PO, część do innych partii. – Nie było rąk do pracy, aktywności nie starczało nawet do tego, by przyjść na spotkanie – wspomina Kolmasiak. Wtedy zaczął się kształtować pomysł rozwinięcia Stronnictwa Demokratycznego. I to było kolejne miejsce, w którym Kolmasiak zaczął z zapałem, a skończył rozczarowany brakiem chęci działania i aktywności kolegów. Więc odszedł, bo jak powtarza, partia to instytucja, dzięki której można coś zmienić, a nie taka, w której się tylko trwa. Od kilku miesięcy działa w Zielonych. Zajmuje się obsługą techniczną strony partii, pisze relacje z wydarzeń. – Jeśli chce się zmienić rzeczywistość, trzeba wejść w partię, nawet pozaparlamentarną – mówi.

Ideowość i pragmatyzmCzy w polityce, którą za dwadzieścia lat będą uprawiać ci ludzie, znajdzie się miejsce na wizję i wartości? Proces odideologizowania życia publicznego wydaje się nieodwracalny. – Sejm z lat dziewięćdziesiątych był agorą idei, teraz to sala z maszynkami do głosowania – mówi Przemysław Radwan-Rohrenschef, dyrektor Szkoły Liderów. Na dzisiejszym etapie rozwoju polityki nie chodzi już o to, by przekonać wyborców do swojej wizji świata, jak to było w pionierskich czasach polskiej demokracji, tylko o to, by rozpoznać oczekiwania elektoratu i sformułować program, który na nie odpowie. Jak będzie w przyszłości? Być może proces się odwróci. Nastąpi przesilenie i młodzi ludzie zniechęceni bezideowością dzisiejszych partii zwrócą się w stronę wielkich wizji? A może pogłębią trwającą już tendencję. To zależy między innymi od tego, po co przyszli do polityki i co chcą dzięki niej osiągnąć. Czy to ideowcy o rozpalonych głowach? A może to pragmatycy, którzy partię traktują jak korporację, czyli miejsce, w którym trzeba sobie najpierw zaplanować, a potem realizować ścieżkę kariery, przy czym ani nazwa korporacji, ani partii nie ma znaczenia, poza tym, że powinna być dobra. W młodzieżówkach są typy z obu sortów, chociaż, jak twierdzi Przemysław Radwan-Rohrenschef, tych drugich jest już mniej. Postawa koniunkturalna była w młodych formacjach charakterystyczna w późnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy to młodzieżówki były naturalnym stopniem kariery. – Jak się wpadło w dobre miejsce, była szansa, że się pójdzie dalej – mówi. – Teraz ci, którzy tak funkcjonują idą od razu do partii. Stopień zaangażowania ideowego młodego działacza łatwo ocenić pytając go, dlaczego wstąpił właśnie do tej, a nie innej młodzieżówki. Dlaczego wybrał tę, a nie inną partię. Odpowiedzi dają równie złożony obraz jak teoria. Dobrawa Morzyńska wybrała Młodych Demokratów, bo wiedziała, że jeśli ma się związać z jakąś partią, to tylko z PO. Uzasadnia to tak: – W PO jest możliwość dyskusji, czego w innych partiach nie ma, różnorodność, wachlarz rozmów, które prowadzą do kompromisu. W taki właśnie sposób, zaskakująco zbieżny z wizerunkiem kreowanym przez przywódców PO, widziała tę partię jako 16-letnia licealistka. Pamięta, jak była na Openerze i na telebimie śledziła wieczór wyborczy po ostatnich wyborach prezydenckich. Przez jakiś czas wydawało się, że może wygrać Jarosław Kaczyński. Morzyńska stała w tłumie młodych ludzi, który buczał, kiedy pojawiało się nazwisko prezesa PiS. Ona truchlała. Dlaczego? Odpowiada, że bała się powrotu tego, co już było, wetowania ustaw, kłótni o krzesło. O ideach to by było tyle. Grzegorz Gruchalski od dzieciństwa przejawiał wrażliwość społeczną. Jako mały chłopiec znosił do domu chore psy i koty z okolicy. Jako młody chłopak dostrzegając nędzę sąsiadki emerytki, wydłubywał ostatnie drobniaki ze skarbonki i kupował staruszce bułki. Jako licealista wiedział, że chce budować świat, w którym jego sąsiadka nie zostanie ze swoją nędzą sama. Tak mogłaby się zacząć opowieść o kształtowaniu się wizji świata Grzegorza Gruchalskiego, ale… nie zacznie się. Gruchalski stanowczo zaprzecza, kiedy pytam, czy właśnie tak odkrywał w sobie lewicową ideowość. Siedzi prosto na krześle, ręce ze splecionymi palcami trzyma wyciągnięte na stole, patrzy prosto w oczy, mówi z kamienną twarzą. I deklaruje: – Nie można mylić rozdawnictwa z lewicowością. Rozwija: – Rozdawnictwem nie będą rozwiązania systemowe, które stworzy państwo. A lewicowość Gruchalskiego kształtowała się w domu. Dziadek, dawny działacz PZPR podsuwał wnukowi „Trybunę”. Oglądał też wspólnie z wnukiem wiadomości. Wskazywał: ten mówi dobrze, ten źle. – A ja go słuchałem – mówi Gruchalski. Dlaczego jednak indoktrynacja, jak sam to nazywa, ze strony dziadka nie przyniosła efektów odwrotnych do zamierzonych? W poprzednim pokoleniu synowie działaczy partyjnych…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Piękni dwudziestoletni idą po władzę