Subskrybuj
Tłumacz, dramatopisarz, dr filozofii. Napisał książkę o modernizmie katolickim (Producenci margaryny? Marian Zdziechowski i polski modernizm katolicki, 2018) i uczył się teatru u Iwana Wyrypajewa. Przekładał Billa Gatesa, Juliję Jakowlewą i Sharon Stone

Godne, bo płodne. Seks małżeński w doktrynie Kościoła katolickiego

Małżonkowie stosujący antykoncepcję spotykają się z zarzutem źle uformowanego sumienia i wykraczania przeciw prawu Bożemu. Czy obecne stanowisko Kościoła katolickiego w sprawie antykoncepcji jest jedynym możliwym na gruncie katolickich założeń? Czy nie jest to forma przemocy argumentacyjnej, o której trudno powiedzieć, że kształtuje prawe i prawdziwe sumienie?

Seks w ujęciu etyki katolickiej nie jest sferą, gdzie reguły stwarzają się same, zupełnie spontanicznie. Sferą, której można nie poświęcać refleksji, zakładając, że sama z siebie rozwija się wspaniale. W związku z aktywnością seksualną człowieka pojawiają się pytania o to, co jest dobre, co jest moralne, co służy samemu człowiekowi. Pojawia się też automatycznie potrzeba określenia i wykluczenia tego, co jest złe.

Katolicka etyka seksualna zakłada, że odpowiedzi na te pytania nie można zostawić jedynie sumieniu jednostek. Dopiero bowiem „sumienie dobrze uformowane jest prawe i prawdziwe” (KKK, 1783). Formacja sumienia wymaga zaś pewnych określonych norm ogólnych, które Kościół podaje – jak sam twierdzi – w oparciu o słowo Boże (Ewangelię) i refleksję rozumu.

Kościół katolicki stwierdza, że współżycie seksualne może być godziwe jedynie w małżeństwie (por. KKK, 2360–2400). Na tym jednak nie koniec. Etyka katolicka wychodzi od przesłanki, że samo małżeństwo nie gwarantuje jeszcze godziwości współżycia seksualnego. To intuicyjnie wydaje się oczywiste. Jeśli któreś z małżonków stosuje przemoc fizyczną lub psychiczną wobec drugiego małżonka i wbrew niemu, każdy zgodzi się, że nie jest to działanie dobre i moralne.

Kościół katolicki nie tylko dopatruje się jednak niemoralności w takich powiązanych z przemocą działaniach, ale uznaje za złe wszelkie współżycie pozytywnie obezpłodnione. Wyklucza tym samym wszelkie akty seksualne z zastosowaniem sztucznych form antykoncepcji. To stanowisko jest powszechnie znane i równie powszechnie uznawane za niezwykle rygorystyczne. Co więcej, taki kształt oficjalnej doktryny stanowi żywotny problem dla wielu katolickich małżonków. Z religijnego punktu widzenia uciekanie się do użycia sztucznych środków antykoncepcyjnych jest równoznaczne z popełnieniem grzechu, i to w większości wypadków grzechu ciężkiego, śmiertelnego, który „niszczy miłość w sercu człowieka wskutek poważnego wykroczenia przeciw prawu Bożemu” (KKK, 1855).

Małżonkowie stosujący antykoncepcję, nawet jeśli w sumieniu nie czują, że popełniają grzech, podpadają pod zarzut źle uformowanego sumienia i zdaniem Kościoła obiektywnie wykraczają przeciw prawu Bożemu, a więc nie powinni przystępować do komunii. Jeśli zaś przyznają się publicznie do stosowania sztucznej antykoncepcji, sieją ponadto zgorszenie. Bardzo często zarzuca się im również nieznajomość i ignorowanie nauki Kościoła, zakładając, że argumenty za odrzuceniem sztucznej antykoncepcji są bez zarzutu i przemawiają do każdego wierzącego i myślącego człowieka.

Nie zgadzam się z takim ujęciem sprawy. Po pierwsze, nie uważam, żeby przesłanki, na których zbudowana jest katolicka etyka seksualna, były niepodważalne, a sposoby argumentacji zupełnie bez zarzutu. Jeśli  jest tak, jak podejrzewam, to – po drugie – odgórne i kategoryczne odsądzanie od czci i wiary katolików stosujących sztuczną antykoncepcję stawia doktrynę moralną Kościoła ponad indywidualnym sumieniem, a przecież – jak naucza katechizm, cytując ustalenia II Soboru Watykańskiego – „Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. »Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej«” (KKK, 1782). Katolicka etyka seksualna opiera się wszak nie tylko na rozważaniach czysto rozumowych, ale głównie na normie personalistycznej zakorzenionej w przykazaniu miłości. Ufundowanie na Ewangelii powoduje, że wiele konkretnych rozwiązań ma wprost proweniencję religijną (a nie na przykład biologiczną). Poza tym małżeństwo jest sakramentem, a akty małżeńskie jedną z form jego realizacji. W związku z tym nie można twierdzić, że mówiąc o seksie małżeńskim, nie znajdujemy się na płaszczyźnie religijnej.

Moje podstawowe pytanie brzmi: Czy obecne stanowisko Kościoła katolickiego w sprawie antykoncepcji jest jedynym możliwym na gruncie katolickich założeń? Czy nie jest to forma przemocy argumentacyjnej, o której trudno powiedzieć, że kształtuje prawe i prawdziwe sumienie?

Antropologiczne fundamenty etyki

Istnieje w każdym człowieku natura ludzka, która warunkuje pewne konstytutywne zasady stojące „ponad okolicznościami historycznymi” (Persona humana, § 3). Te zasady stanowią prawo naturalne opierające się na naturalnym porządku stworzonym przez Boga, a więc w ostateczności na ustalonym przez Stwórcę „prawie wiecznym”. Kościół uznaje, że Pismo Święte, a w szczególności Ewangelia, objawiają zasady owego porządku. Tym samym cała antropologia katolicka opiera się na interpretacji Pisma, a jednocześnie jest wykładnią obiektywnego porządku rzeczywistości. Kościół wierzy zatem, że udziela prawdziwej i jedynej możliwej odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek?

Kim więc jest? Odpowiedź, na której opiera się katolicka etyka seksualna w swoim obecnym kształcie, została systematycznie sformułowana w napisanej w 1960 roku książce Miłość i odpowiedzialność. Jej autorem był ówczesny krakowski biskup pomocniczy Karol Wojtyła. Ze wspomnianej książki korzystał później Paweł VI, przygotowując encyklikę Humanae vitae – podstawę katolickiej wykładni odnośnie do etyki seksualnej. Wpływ Wojtyły widać nie tylko w warstwie antropologicznych założeń. Encyklika powtarza właściwie wszystkie zawarte w książce Miłość i odpowiedzialność rozwiązania konkretnych problemów.

###banner###

Należy przeto przeformułować nieco wyjściowy problem i zapytać: kim jest człowiek według Wojtyły? Człowiek jest osobą. Wszelkie postępowanie jego samego i innych wobec niego musi uwzględniać tę prawdę. Musi się więc ono kierować tak zwaną normą personalistyczną. Jej treść jest następująca: „Osoba jest takim bytem, że właściwe i pełnowartościowe odniesienie do niej stanowi miłość” (Miłość i odpowiedzialność, s. 43). Norma personalistyczna opiera się na przykazaniu miłości bliźniego (zob. Mk 12, 31), dodatkowo uwzględniając jedną z jego konsekwencji – mianowicie, że człowiek nigdy nie może być środkiem do celu, ale zawsze celem. Omawiana zasada jest kluczowa i na niej opiera się całokształt etyki katolickiej. Mając ją w pamięci, trzeba przejść do konkretów.

Wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia?

Podstawowa norma godziwości współżycia małżonków określona w encyklice Humanae vitae jest taka: „konieczną jest rzeczą, aby każdy akt małżeński zachował swoje wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia ludzkiego”(Humanae vitae, 11). Co znaczy to sformułowanie? Przecież wiadomo – i Kościół mówi o tym otwarcie – że w cyklu kobiecym są zarówno okresy płodne, jak i niepłodne. Małżonkowie zaś mogą podejmować współżycie również w okresach niepłodnych i jest to dobre moralnie (Humanae vitae, 16). Jeżeli natomiast nie chcą w danym momencie począć dziecka, to powinni się ograniczyć jedynie do okresów niepłodnych. Do tego przecież sprowadza się odpowiedzialne rodzicielstwo i Naturalne Planowanie Rodziny, czyli wyznaczanie okresów niepłodnych za pomocą metody objawowo-termicznej.

W jaki sposób akt seksualny w okresie niepłodnym miałby zachować „wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia”? Przecież nie ma żadnej realnej możliwości, aby w takim akcie doszło do zapłodnienia. Potwierdzają to propagatorzy NPR, dowodząc, że stosowanie się do okresów niepłodnych czyni możliwość poczęcia mniej prawdopodobną niż w przypadku antykoncepcji sztucznej.

Być może jednak owo niewielkie prawdopodobieństwo poczęcia jest istotne i wystarczy, aby zapewnić aktowi seksualnemu w okresie niepłodnym wspomniane „wewnętrzne przeznaczenie”. W takim razie należy stwierdzić, że tego rodzaju współżycie nie różni się pod tym względem od współżycia z zastosowaniem większości metod antykoncepcji sztucznej, gdyż w ich przypadku również istnieje niewielka możliwość poczęcia. Jeśli utożsami się „wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia” z choćby minimalną biologiczną możliwością poczęcia, nie sposób odróżnić od siebie metod naturalnych i sztucznej antykoncepcji. Jeżeli zaś te pierwsze są godziwe, nie widać powodu, dla którego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Piękni dwudziestoletni idą po władzę