Wobec pytania, czym jest polskość, staję bezradny. Każda próba odpowiedzi jawi się bowiem jako nieostateczna i możliwa do zakwestionowania. I nie jest to jedynie zwyczajowe zastrzeżenie, które zwykli umieszczać naukowcy na początku swoich rozważań, ale rodzaj źródłowego doświadczenia. Wiem, że każda wizja polskości ma swoich adwersarzy, gotowych w każdej chwili ją zanegować. Gdzie zatem szukać polskości? W którymś z jej obozów? W syntezie zwaśnionych idei? Ta bezradność z jednej strony paraliżuje, z drugiej jednak daje nadzieję. Bo właśnie w tej walce różnych rozumień polskości wydarza się być może to, co w polskości najistotniejsze.
Bezradność bierze się przede wszystkim z faktu, że każda krystalizacja pojęcia polskości jest partykularna. Moje prywatne rozumienie polskości zostaje przeciwstawione jakiemuś innemu. Co więcej, moje prywatne rozumienie wchodzi w konflikt z rozumieniem, które wypracowały sobie rozmaite wspólnoty, przyznające się do polskości. Pluralizm poglądów nie jest oczywiście czymś wyjątkowym, ale w odniesieniu do idei, które usiłują dotknąć tego, co wspólnotowe, staje się szczególnie problematyczny. Czy w ogóle jednostka ma prawo do własnego, osobistego rozumienia polskości? Czy nie jest to kategoria społeczna, które zakłada, że to, co prywatne, musi się w jakimś sensie podporządkować temu, co wspólne? W ostateczności to pytanie można wyostrzyć: czy polskość jest czymś prywatnym, czy czymś zbiorowym? Polskość można oczywiście przeżywać indywidualnie, ale jednocześnie przeżywająca ją osoba zanurzona jest w jakiejś grupie. Istnieje zatem napięcie pomiędzy tymi dwiema sferami.
To napięcie jednak nie wyczerpuje się w przeciwstawieniu jednostki wspólnocie. Nie jest przecież tak, że istnieje jakieś jedno wspólnotowe rozumienie polskości, które można przeciwstawić polskościom prywatnym. W dyskursie publicznym ścierają się różne wizje, zwolennicy każdej z nich uważają swoje rozumienie za bliższe prawdy, za bardziej dotykające istoty.
Nie jest chyba dobrą drogą ugodowe destylowanie z tych sprzecznych nieraz wizji tego, co łączy. Ten wspólny mianownik być może w ogóle nie istnieje, a jeśli nawet uda się znaleźć taki zbiór wartości i idei, który będzie możliwy do zaakceptowania przez wszystkich, zapewne nie wystarczy on do opisania tego, czym polskość jest. Zamiast odpowiedzi na pytanie o polskość otrzymamy zbiór abstrakcyjnych idei, letnich i na tyle ogólnych, że nie wzbudzają żadnych emocji.
Można jednak pójść inną drogą. Jeśli u podstaw myślenia o polskości istnieje napięcie, to być może ono stanowi o istocie fenomenu. Polskość to ciągła walka o Polskę, o jej kształt, o jej rozumienie. Polskość to ciągła dialektyka idei, symboli i emocji, które zakleszczone nie mogą znaleźć sposobu wyjścia z konfliktu. Być może polskość wydarza się właśnie w tym sporze. Żadne wykrystalizowane stanowisko nie jest ostateczne, gdyż zawsze pozostaje na dnie świadomość, że istnieje mocna grupa ludzi, która go nie podziela. Tę świadomość można w sobie zdusić, można ją ignorować, można też próbować wykluczyć inaczej myślących z ideowej wspólnoty. Metod jest wiele. Ale każda z nich wyrasta z tego samego doświadczenia: Polska nie jest tylko moja. Polskość zatem to niezbyt komfortowe poczucie napięcia, antynomia swojskości, którą przynosi własna wizja Polski i obcości, którą napawa nas obecność innych, nieraz wrogich, wizji.
Wydaje się, że ta walka jest obecna od samego początku. Od początku, czyli odkąd? To ważne pytanie i historycy idei mają zapewne kilka odpowiedzi na ten temat. Od kiedy polskość stała się problemem, wyzwaniem dla myślenia? Ze wszystkich możliwych odpowiedzi wskazałbym jedną: myślenie o polskości zaczęło się, kiedy Polski zabrakło. Myślenie o polskości wypełniało nieobecność samej Polski. Od końca XVIII wieku zaczęto się zastanawiać, dlaczego Polska została utracona, jak tę Polskę odzyskać lub jak ratować to, co z niej zostało. I chyba od zawsze w tym sporze ścierały się dwa obozy. W różnych okresach obozy te polaryzowały się wedle różnych linii napięć, więc chyba nie do końca uprawnione jest wytyczanie jakichś dwóch jasno skrystalizowanych idei. Różnice stanowisk wyznaczały bowiem nie czyste idee, ale realne problemy, które domagały się jakiegoś rozwiązania. Może więc lepiej mówić o pewnej strukturze napięcia, a nie o samych ideach.
Czy zaakceptować sytuację polityczną, czy też bezkompromisowo walczyć o niepodległą i suwerenną Polskę? Czy normalnie żyć i pracować, czy też spalać się na ołtarzu Ojczyzny? Jeśli w ogóle wolno pokusić się o wskazanie jakieś podstawowej linii sporu, bez wchodzenia w historyczne niuanse i abstrahując od subtelności myśli poszczególnych teoretyków polskości, to można chyba wskazać napięcie pomiędzy zwyczajnością a nadzwyczajnością. Dla jednych Polska była i jest tym, co się wydarza w codziennym życiu: pracy, nauce, chodzeniu do szkoły, rozmowach. Dla innych Polska to zadanie, które wymaga nadzwyczajnych środków, ponieważ samo jest skrojone niemal ponad ludzką miarę. Wedle tego podziału można też rozrysować w tym sporze to, co Polsce zagraża.
Największym dramatem polskości staje się to, że jedna Polska zagraża tej drugiej. Porządek zwyczajny jest bowiem zagrożony przez wszelką nadzwyczajność i na odwrót. Nadzwyczajność widzi w zwyczajności zdradę, a zwyczajność w nadzwyczajności szaleństwo. To powoduje, że ten spór jest nieskończony i niemożliwy do ukończenia. Gdzieś pomiędzy walczącymi pojawiają się jednostki usiłujące godzić wodę z ogniem, ale najczęściej zostają zgniecione w tym morderczym uścisku tytanów.
Ważne jest, by zobaczyć, że te dwie Polski nie są jasno rozpisane na głosy jakichś grup społecznych czy formacji politycznych. Nie są też dane raz na zawsze. Zwyczajność z niezwyczajnością walczy bowiem także wewnątrz tych grup, ale przecież areną tego sporu jest również myślenie indywidualnego człowieka.
Co leży u podstaw tego napięcia? Można oczywiście próbować wskazać rozmaite tradycje myślowe i ludzkie temperamenty. Zapewne to napięcie obecne jest nie tylko w sporach o Polskę, tylko pojawia się na wielu innych polach. Tu jednak przedmiotem namysłu jest polskość. Nowożytne rozumienie polskości krystalizuje się w wieku XIX, gdyż właśnie wtedy jedną z centralnych kategorii myśli społecznej staje się naród.
Dla Polaków ten czas, który zwiastował wiele przesileń w ładzie społecznym i politycznym Europy, był czasem szczególnym. Nasze myślenie o polskości kształtowało się w momencie, w którym Polski nie było. Polskość była więc od początku ideą bezdomną, ideą na wygnaniu. Sądzę, że właśnie ten kontekst odcisnął na niej najgłębsze piętno. Myślenie o czymś, czego nie ma, niemal zawsze zamienia się w marzenie. W myśleniu o polskości Polska staje się ziemią obiecaną. Czymś, o czym się śni i marzy, a czego nie doświadcza się wokół siebie. To, co było dane, to były strzępy Polski, zależnej od zaborców, prześladowanej i rozgrabionej. Ta perspektywa staje się tym silniejsza, gdy o polskości myśli się nie w krakowskim salonie czy poznańskim majątku, tylko na emigracji, w Paryżu. Najpoważniejsze i najżywotniejsze idee polskości powstawały wtedy najpierw wśród wygnańców. Polska jako ziemia obiecana jest marzeniem o kraju miodem i mlekiem płynącym. Jest marzeniem o kraju, w których istotne dla Polaków wartości zostaną wcielone. Takie myślenie zakłada, że kiedyś uda się te cele…