Autor tej fotografii – przypadkowo, jak mniemam – dokonał rzeczy godnej artysty: pokazał wewnętrzną prawdę osoby, którą sportretował. Bo ks. Zieja nie tylko wyglądał na proroka , ale nim rzeczywiście był . Gdyby Kościół katolicki zechciał kiedyś wszcząć jego proces beatyfikacyjny (o co w tym miejscu proszę), a potem doprowadzić go do końca, Ksiądz Jan mógłby zostać ogłoszony patronem nonkonformistów. Tych, którzy – w imię Ewangelii – przeciwstawiają się zastanej rzeczywistości.
Zieja żył Ewangelią, o czym informuje tytuł rozmowy – rzeki przeprowadzonej z nim przez Jacka Moskwę, kiedy ksiądz zbliżał się już do dziewięćdziesiątki. Ta książka świetnie pokazuje koszta, jakie gotów był płacić za wierność sumieniu. Na przykład jesienią roku 1920, gdy o mało co nie trafił pod sąd za „osłabianie” żołnierskiego ducha, a mówił wtedy, że żadnej wojny nie da się pogodzić z chrześcijaństwem. A także później, w dwudziestoleciu, kiedy odmawiał pobierania opłat za posługi religijne i wbrew zakazowi kurii wziął udział w pogrzebie samobójczyni, a donosy na niego trafiały aż do Rzymu. I w latach 50. XX w., gdy jako jedyny ksiądz w całej Warszawie wymieniał w kanonie mszalnym imię internowanego prymasa, aż wreszcie hierarchowie kościelni, naciskani przez komunistów, zesłali go hen, pod Zakopane (przed aresztowaniem obronił go wówczas sam Cyrankiewicz, który pamiętał Zieję jeszcze sprzed wojny). Czy też 20 lat później, kiedy przystąpił do Komitetu Obrony Robotników, zwalczanego przez SB, zaś przez niektórych ludzi Kościoła do dziś uważanego za organizację masońską.
Z formalnego punktu widzenia ks. Zieja nie należał do środowiska „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”. Był jednak dla niego kimś…