Subskrybuj
Redaktorka miesięcznika „Znak”, socjolożka, absolwentka MISH UJ. Przez rok studiowała na rzymskim uniwersytecie La Sapienza. Stypendystka Fulbrighta, laureatka grantu badawczego Narodowego Centrum Nauki. Napisała rozprawę doktorską Upamiętnianie społeczności żydowskich w byłych sztetlach we współczesnej Polsce....

Przez społeczeństwo przemawiają emocje

Hasłami, które najczęściej mobilizują ludzi do wyjścia na ulicę, są zwykle te związane ze sprawiedliwością. Mogę na przykład odczuwać jako niesprawiedliwość to, że nie mam na nic wpływu. Jeżeli niezadowolenie staje się wspólne, to nieporównywalnie szybciej dochodzi do jego manifestacji w działaniu. Ludzie podejmują wtedy aktywność, ponieważ wiedzą, że nie są sami, że reprezentują zbiorowość i wspólne wartości.

Marta Duch-Dyngosz: Czy dziś częściej niż kiedyś odwołujemy się do emocji w debacie publicznej, czy emocjonalność jest po prostu zaniedbanym do tej pory przedmiotem badań?

Prof. Piotr Sztompka: Chodzi o badania, czy o życie? Bo to są dwie różne płaszczyzny. Jeśli chodzi o życie społeczne, to wydaje mi się, że bynajmniej nie mamy do czynienia z zanikiem emocjonalności. Owszem było to wiarą oświeceniowych myślicieli i tych zajmujących się nowoczesnością, którzy sądzili, że dojdzie do tego, co Max Weber nazywał odczarowaniem świata i że jednym słowem czysta racjonalność zwycięży. Wydaje mi się, że wiek XX dość mocno zakwestionował tę tezę. O ile jeszcze w przypadku wojen można mówić o racjonalności we wchodzeniu w konflikty między państwami, o tyle w przypadku ludobójstwa bardzo trudno wskazać rozumowe przesłanki – przykładem mogą być choćby stosunkowo świeże przypadki etnicznych i religijnych rzezi w Rwandzie. Racjonalność terrorysty wysadzającego się w powietrze dla jakichś szaleńczych idei po to, by zabić niewinnych ludzi, to kalkulacja, która już zupełnie przekracza naszą wyobraźnię. XX wiek był czasem, kiedy fakty społeczne zakwestionowały, że ludzie działają, dokonując chłodnej kalkulacji. Druga połowa wieku też jest okresem działania wielkich ruchów społecznych – ekologicznego, feministycznego, pokojowego, później antyglobalistycznego, a dzisiaj ruchu „oburzonych”.

Wielkie mobilizacje emocji?

Tak. Dodałbym zresztą do tego i „Solidarność”, która przecież w dużej mierze była motywowana emocjami. Zwolnienie jednej pracownicy stoczni gdańskiej – Anny Walentynowicz, stało się tą iskrą, która rozpoczęła lawinę zdarzeń. Ci z nas, którzy to pamiętają, ze zdumieniem patrzyli, jak cały kraj zaczyna żyć wydawałoby się mało znaczącym momentem, a ludzie mobilizują się w niewyobrażalnie wielkiej skali – jak ktoś wyliczył, 10 milionów było bezpośrednio zaangażowanych w ruch, a prawdopodobnie drugie tyle było kibicami, którzy tylko oklaskiwali i liczyli na to, że się uda. Są to więc takie zjawiska, których nie da się wytłumaczyć inaczej, niż poprzez wskazanie ogromnej roli właśnie czynnika emocjonalnego w ludzkich działaniach. Zatem, jeśli mówimy o faktach społecznych, to nie ulega wątpliwości, że emocje były, są, i będą czynnikiem niezwykle istotnym w wymiarze społecznym.

Czy ma Pan na myśli w takich wypadkach nasze prywatne emocje?

Nie do końca. Właściwie są trzy płaszczyzny, na których występują emocje. Pierwsza jest indywidualna. Dajmy przykład. Jestem niezadowolony i mam poczucie wyrządzonej mi krzywdy, bo chociaż pracowałem rzetelnie, mam długi staż pracy, nagle zostaję zwolniony. To jest wymiar jednostkowy. Przypuśćmy jednak, że w jakiejś miejscowości kilkaset osób traci pracę jednocześnie. Wszyscy zapewne odczuwają oburzenie z tego powodu. Zatem niezadowolonych jest więcej, ale wciąż wszyscy przeżywają to indywidualnie. Mamy do czynienia ze zjawiskiem innej skali, ale jedynie pod względem ilościowym, statystycznym. Przypuśćmy teraz, że ci ludzie mają pewną płaszczyznę, na której nawiązują kontakt – placyk osiedlowy, wspólny klub, gazetka, z której się dowiadują, że jest ich wielu albo korzystają z mediów, w których mogą dyskutować o problemie i znaleźć potwierdzenie swoich emocji. Jednym słowem zaczyna się tzw. urabianie kolektywnego znaczenia tego faktu. Do tego dodałbym jeszcze znaczenie nowych technologii, które sprawiły, że ta wymiana opinii jest niebywale łatwa. Zatem media, spotkania, rozmowy są tym, co nazywam „przemysłem urabiania znaczeń zbiorowych”, gdzie ludzie sobie wypracowują wspólną emocję – w tym przypadku gniew zaczyna być stanem zbiorowym. Bo jeżeli niezadowolenie staje się wspólne, to nieporównywalnie szybciej dochodzi do jego manifestacji w działaniu. Ludzie podejmują wtedy aktywność, ponieważ wiedzą, że nie są sami, że reprezentują zbiorowość i wspólne wartości.

Co z emocjami w badaniach?

Wróćmy do drugiej części pytania, nie o fakty, ale refleksję nad nimi. Nauki społeczne są ubogie w badania nad emocjami z uwagi na to, że oświeceniowy paradygmat związany z racjonalnością i widzeniem człowieka przede wszystkim przez pryzmat homo oeconomicus dominował przez bardzo długi czas. Chociaż początki nauk społecznych były zainteresowane emocjami. Wśród tych, którzy na ten temat pisali rzeczy absolutnie aktualne i już o krok od nauk społecznych, byli Adam Smith, Adam Ferguson, czy wielki teoretyk socjologii Émile Durkheim. Potem jednak zwyciężył empiryczny punkt widzenia, w którym liczą się fakty, obserwacje, dominują teorie racjonalnego wyboru, które nawet emocje sprowadzają do chłodnej kalkulacji, np. altruizm do chęci uzyskania poklasku albo zwiększenia swojego prestiżu. Ostatecznie pod koniec XX w. pojawiają się badania, a przede wszystkim teoretyczne prace, które próbują przenieść na teren społeczny wiele zagadnień zarezerwowanych do tej pory dla psychologii. Tak jak stało się z kategorią zaufania.

Są dwa momenty, w których problematyka emocji wkracza do nauk socjologicznych. Pierwszy już opisałem. Następuje on wtedy, gdy widzimy, że fakty dotyczące pojedynczych ludzi – to jedno, fakty dotyczące mas – drugie, a fakty dotyczące wspólnot – to coś zupełnie innego. Drugi polega na tym, że socjologowie dostrzegli, że kiedy emocje są manifestowane w sytuacji zbiorowej, to zmieniają swój kształt – radykalizują się. Chodzi tu o psychologię tłumu, która na początku XX w. była badana przez Gustawa Le Bona i Gabriela Tarde’a, a później podjęta została przez gałąź badań nad zachowaniem zbiorowym. Nie stanowiła ona jednak nigdy głównego nurtu w socjologii. Są zatem dwie drogi: pierwsza, w której emocje indywidualne przekształcają się w zbiorowe, a następnie we wspólnotowe, druga to kontekst społeczny wyrażania emocji, który je wzmacnia. Myślę, że w tych dwóch aspektach socjologia może dodać wiele do tego, co psychologia na temat emocji już wie.

Emocje takie jak strach czy nadzieja są efektem oddziaływania procesów społecznych i wartości kulturowych. Czy można wyróżnić jakieś grupy społeczne, które ze względu na swoje miejsce w strukturze zbiorowości, czy stosunek do dominujących wartości kulturowych, są szczególnie podatne na konkretne emocje?

Społeczeństwo nie jest monolitem, ale składa się z różnych grup, wspólnot, zbiorowości. Wydaje mi się, że w przypadku emocji najistotniejsze jest usytuowanie ludzi hierarchicznie w różnych wymiarach – ekonomicznym, ze względu na prestiż, edukację i władzę. Ludzie są nierówni i na to nie ma rady. Brak różnic jest tylko filozoficznym marzeniem. Już Kołakowski powiedział, że jakakolwiek próba ich zniesienia unieszczęśliwia wszystkich. Są przecież sytuacje, w których nierówność jest akceptowalna. Problem polega na tym, że może przestać taka być, kiedy świadomość nierówności przekształca się w poczucie niesprawiedliwości. Otóż hasłami, które najczęściej mobilizują ludzi do emocjonalnych działań, do wyjścia na ulicę, są właśnie te związane ze sprawiedliwością.

Kiedy mogą się pojawić?

Kiedy pojawia się porównanie. Wiemy, że nie ma absolutnej miary sprawiedliwości, ale jest miara relatywna. Pierwszy typ odczucia niesprawiedliwości – najczęstszy – pojawia się wówczas, gdy ludzie uważają, że ich wynagrodzenie bądź inne nagrody są zbyt niskie w stosunku do zasług i pracy. Wiadomo, że ludzie nigdy nie są do końca zadowoleni z własnego losu, ale silniejsza emocja prowadząca do buntu i niezadowolenia przychodzi wówczas, gdy okazuje się, że jest gorzej, niż było dawniej. Kolejna możliwość to sytuacja, gdy uważamy, że zasługujemy na więcej – używając sloganu z ostatnich wyborów. Porównujemy wtedy stan obecny z możliwą przyszłością. Następna możliwość, która jest w stanie wywołać poczucie niesprawiedliwości, to zestawienie swojej sytuacji z położeniem podobnych nam ludzi żyjących gdzie indziej.

Idąc dalej: mogę na przykład odczuwać jako niesprawiedliwość to, że nie mam na nic wpływu, że jestem w sytuacji, którą kiedyś Stanisław Ossowski nazwał kompleksem liliputa. Znaczy to, że nie czuję, aby coś ode mnie zależało. Jestem pionkiem, o którego losach decydują siły znajdujące się nade mną, w szczególności polityczne elity. To poczucie niesprawiedliwości znowu się pogłębia albo zyskuje jakiś ważny wymiar, kiedy żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, bo wtedy jego ideologia nakazuje nam wierzyć,  że „we the people”mamy na coś wpływ. To właśnie demokracja jest tą siłą, która nie tylko mobilizuje społeczeństwo obywatelskie do aktywności, ale także do niezadowolenia. W innym systemie, w którym obywatel jest jedynie wykonawcą powierzonych mu zadań, tylko niewielka grupa może odczuwać negatywne emocje z powodu braku wolności. Są to głównie dysydenci, grupa najbardziej wrażliwych i uświadomionych politycznie ludzi, którzy uważają dany system za źle funkcjonujący. Większość obywateli wycofuje się po prostu z działalności publicznej, żyje w swoich małych mieszkankach, w prywatności. Im to nie doskwiera. Natomiast w krajach, w których istnieje demokracja, wszyscy ludzie (z wyjątkiem tak zwanych „pasażerów na gapę”, którzy po prostu chcieliby przeczekać i zobaczyć, jak będzie) mają potrzebę posiadania wpływu politycznego na swoje życie. Blokowanie tego powoduje frustrację i silne emocje związane z niesprawiedliwością. Jest jeszcze jeden wymiar, gdzie można mówić o dysproporcji, mianowicie, kiedy jakaś grupa czuje się niedoceniona ze względu na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Homoseksualista idzie do nieba