Subskrybuj
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.

Kabanos i metafizyka

Pierwociny diagnoz, formułowanych dzisiaj przez socjologów i filozofów ponowoczesności, znaleźć można w korespondencji dwóch polskich pisarzy, którzy na co dzień bardziej niż z rozpasanym konsumpcjonizmem zmagali się z deficytem papieru.

Sławomir Mrożek – podobnie jak Bruno Schulz – najintensywniej odsłania się w listach, które nie są zwykłą wymianą informacji, ale duchowym pamiętnikiem dramaturga. Na co dzień raczej milczący (by nie powiedzieć – mrukliwy), nieśmiały, lekko wsobny. W obfitej korespondencji pokazuje swoją drugą twarz: jest to oblicze zanurzonego po pachy w codzienności, targanego nieraz wielkimi emocjami intelektualisty, przebywającego nieustannie w przestrzeni z jednej strony wyznaczanej przez kwestie o największym kalibrze filozoficznym, a z drugiej przez sprawy skrzeczącej rzeczywistości. „Jednocześnie muszę prać skarpetki i zastanawiać się nad Zagadką Wszechbytu” – napisał w jednym z listów do Wojciecha Skalmowskiego wydanych kilka lat temu.

Podobnie rzecz wygląda w piątym (po opublikowanych także w ostatnich latach listach do Jana Błońskiego, Erwina Axera i Adama Tarna) tomie korespondencji autora Tanga: „(…) konsumuję kabanos, cukier, dżemy i smalec, które dobra mama-teściowa posyła tutaj w paczuszkach (…)” pisze do Stanisława Lema już z włoskiego Chiavari. Autor Bajek robotów odpisuje w tym samym duchu: „Metafizyka, ba! Metafory. Ha. Mój Boże, najbardziej uspokoiła mnie wiadomość o smalcu czy kabanosie”. W tej wymianie zdań znajduję świetną figurę tego, co w najnowszym tomie Mrożkowej epistolografii najważniejsze – olbrzymią rozpiętość skali, znamionującą kompletny projekt nie tylko artystyczny, ale także egzystencjalny. Diagnoza ta dotyczy zresztą obu wielkich pisarzy – zarówno bowiem Sławomir Mrożek, jak i Stanisław Lem, przy całym swoim pesymizmie i na przekór warunkom, w których przyszło im żyć, ciągle próbowali rozbijać pancerz nie tylko otaczającej ich szarości, ale także ograniczenia własnego pisarstwa. Korespondencja Mrożka i Lema – poza wszystkim innym – jest bowiem fascynującym świadectwem krytycznej uważności, z jaką traktowali się pisarze. Choć czytali się wzajemnie bardzo pilnie, to jednak nie zawsze rozumieli swoje teksty.

Obsesja „po piórze”

W pierwszym liście – tym z 1956 r. – Mrożek zwraca się jeszcze do Lema per „Panie Stanisławie”. Za chwilę jednak oficjalne formy ustąpią miejsca bardziej spektakularnym popisom stylistycznym. Młodszy o dziewięć lat autor Wesela w Atomicach jest nieco skromniejszy, natomiast twórca Dzienników gwiazdowych nie ma właściwie żadnych hamulców. „Staszku”, „Stanisławie”, „Drogi Staszku” – tak najczęściej rozpoczyna swoje epistoły Mrożek. Lem daje popis apostroficznej kreatywności: „Mrogi Drożku”, „Sławomirze Miru Sławny”, „Hospodynie Literatury Polskiej”, „Wasza Protuberancjo” – to tylko kilka tytułów, jakimi twórca Solarisa obdarza swojego młodszego kolegę. Lem potrafi całe okresy epistolograficzne napisać w archaizująco-neologicznej konwencji językowej, pokazującej jak świetnie panuje nad polszczyzną. To on jest tutaj „hospodynem”, to on potrafi zakręcić frazą tak, że w pięty idzie. Jakby chciał udowodnić, że właśnie on – „fantasta” – rozdaje tu literackie karty. I choć metodę tę doprowadza do granic językowej komunikatywności (kilka listów w swojej groteskowej wariacji stylistycznej balansuje na granicy czytelności), to jednak właśnie on sadowi się tutaj na pozycji autora dominującego.

Mrożek, owszem, podejmuje rzuconą rękawicę. Robi to jednak zdecydowanie mniej spektakularnie, ujawniając od początku swoją bardziej filozoficzną, znaczoną wewnętrznym smutkiem naturę. Wspomina o naszym absolutnym braku wpływu na los, „plugawy jakiś się czuję” – pisze. Zazdrości Lemowi „alkoholizowania się”. „A co zrobić – pyta retorycznie – jeżeli organizm mój, choć znosi, to jeszcze bardziej od alkoholu smutnieje?”. Mimo depresyjnej aury, listy autora Rzeźnito także literackie rarytasy, choć pisane bez właściwej Lemowi stylistycznej dezynwoltury, subtelniejsze w tonie, rzekłbym – bardziej mroczne. Nie przeszkadza to jednak Sławomirowi Mrożkowi ciągle pisać o sprawach najprostszych – jeżdżeniu na nartach („pisze do Ciebie dziesięciokrotny zdobywca Gubałówki”), urokach małego włoskiego miasteczka („prowincja to rozkosz”), czy bardziej ekstrawaganckich wyczynach jego mieszkańców („taksówkarz 60-letni nie wytrzymał wreszcie, tylko rozebrał się do naga i nago krążył po mieście”). Lem nie jest dłużny – przesyła Mrożkowi krakowskie plotki, dykteryjki krążące w artystycznym środowisku, streszczenia artykułów z prasy. W jego listach najczęściej powracają zaprzyjaźnieni Jan Błoński i Jan Józef Szczepański. No i samochody – wielka pasja obydwu pisarzy. Znawstwo, z jakim ci dwaj intelektualiści wypowiadają się na temat motoryzacji, mogłoby zaskoczyć niejednego wziętego mechanika. Ale i ta materia ujawnia głębsze nieco niż rozmowa o budowie dyferencjału czy tunelu wału kardanowego cechy obu pisarzy – tam, gdzie Lem niczym inżynier-konstruktor długimi okresami rozprawia o fabrycznych własnościach „Warbura” lub „Octavii”, tam Mrożek jest liryczny i czule pisze o swoim – niezbyt, jego zdaniem, racjonalnym – uczuciu do „Volkswagena”: „Wiesz, jak z tym jest, na to nie ma argumentów. Jak przed każdą prawdziwą miłością, bojąc się jej, wiedząc, przeczuwając, że ona mnie zgubi, chciałem pójść za głosem rozsądku, znaleźć przeciwlekarstwo. (…) Nie udało się”. Samochody powracają w Mrożkowych epistołach regularnie i zapewniają materialny…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Michał Heller: Kulturę tworzą naukowcy