W polskim Kościele jej problem zdaje się nie istnieć. Z męczącą polityką przegrywa już nie tylko ona sama, ale kwestie estetyki w ogóle. Tymczasem problemy ze sztuką sakralną ciągną się w Polsce od lat 80. We wstępie wydanej w tamtym czasie przez Znak książki Sacrum i sztuka Jacek Woźniakowski ubolewał nad nikłym zainteresowaniem hierarchów pięknem w świątyniach. W tamtej epoce problemy z kościelną sztuką, w tym przede wszystkim z architekturą, miały podstawy polityczne i materialne (tak mówiono).
A choć obecnie Kościół znakomicie radzi sobie finansowo i nie buduje świątyń za plecami władzy, to jednak w tej materii niewiele się zmieniło. Problem leży zatem gdzie indziej.
Będąc kilka tygodni temu w Tbilisi i okolicach, odwiedziłem świątynie gruzińskiego Kościoła prawosławnego. Odkryciem była dla mnie ikona, którą tym razem mogłem obserwować nie w warunkach muzealnego oglądu, lecz żywego Kościoła. Ikona nie rości sobie pretensji do ukazania osobowości jej autora, lecz skupia się na teologicznym przekazie, a równocześnie nie staje się eksperymentem artystycznym. Zaskoczeniem było dla mnie to, jak bardzo zabieg wykładania świątyń ikonami zabezpiecza sferę sacrumprzed kiczem lub mało udanym doborem wystroju ich wnętrz. Ukrywając autora, ikona daje gwarancję, że słabości twórcy oraz jego prywatne ekspresje będą w jakimś stopniu zamaskowane, nie zakłócą istoty – świętego wizerunku. Projektowanie osobistych odczuć na malarstwo sakralne utrudnia niekiedy jego odbiór. Drogą do przełamania kryzysu sztuki sakralnej nie jest sięganie do coraz bardziej wyrafinowanych osobowości twórczych. Może powinniśmy z większą estymą zwrócić się do pisarstwa ikonicznego? Choć Gruzja pozostaje krajem wczesnej transformacji, to wiele moglibyśmy się od niej nauczyć. Przy…
Dr filozofii, pracownik Instytutu Kulturoznawstwa UAM, zajmuje się m.in. polityką szkolnictwa wyższego i rolą religii w życiu publicznym.