Subskrybuj
Polski socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu; przez wiele lat pełnił funkcję kierownika Katedry Socjologii na University of Leeds. Laureat Nagrody im. Theodora W. Adorno i Nagrody Księcia Asturii w dziedzinie komunikacji i...

Nowoczesna obietnica wygody

Moralność nie jest przepisem na wygodne życie. Wręcz przeciwnie: jest ona receptą na życie pełne samoograniczeń i samopoświęceń, a nade wszystko wypełnione po brzegi dręczącą niepewnością, czy aby wszystko, czego dobro wymagało, zostało zrobione.

Obietnicą nowoczesnego ładu, rzadko na głos wypowiadaną, ale tym nie mniej na serio przyjmowaną, jest znalezienie rozwiązania każdego z dręczących człowieka kłopotów i problemów. Zuchwała to obietnica, aż kusi, by ją uznać za arogancką – ale wielce ponętna i nieodparcie uwodliwa, a to dzięki zawartemu w przypisie zapewnieniu, że znalezienie rozwiązania jest jeno kwestią czasu i należytego wysiłku; a także przyrzeczeniu, że z chwilą, gdy rozwiązanie się znajdzie, będzie ono prędzej czy później człowiekowi udostępnione. W bliskim sąsiedztwie nowoczesnej obietnicy mieszczą się zazwyczaj dwa równie milcząco i nagminnie przyjmowane założenia: że „problemem” jest cokolwiek, co czyni życie nie tak wygodnym, jak by się chciało, i że problem jest „rozwiązany” wówczas, gdy usunięte zostaną techniczne kłopoty z pozbyciem się niewygody. Na horyzoncie nowoczesnej przygody majaczy życie wolne od niewygód.

Żadna inna epoka tak ambitnych horyzontów sobie nie nakreślała. Przypomnijmy, że olbrzymia część pisanej historii upłynęła w przekonaniu, że jedynymi obietnicami, których Bóg udzielił, eksmitując ród ludzki z rajskich ogrodów (w których dla narodzin pojęcia „niewygody” brakło okazji), było zdobywanie chleba w pocie czoła i rodzenie w bólach. Życia wygodnego Bóg nie obiecywał. A komentując Bożą wstrzemięźliwość, teologowie i filozofowie zauważali, iż nie mógł go On na dobrą sprawę obiecać ludziom, skoro zakosztowali już owocu z drzewa poznania dobra i zła – jako że wiedza o tym, że postępki mogą być dobre lub złe, czyni byt ludzki niewygodnym raz na zawsze i oczyszczenie go z niewygody uniemożliwia. To ta właśnie wiedza skuteczniej zapobiega powrotowi potomków Adama i Ewy do raju niż strzegące ponoć bramy raju cheruby i umieszczony na wschód od Edenu „miecz płomienisty i obrotny” (Genesis 3, 24). Z cherubami i mieczami do białości nawet rozpalonymi przemyślność ludzka w technice ucieleśniona pewnie i da sobie radę – ale czy zdoła zaradzić udrękom sumienia? Zainstalowane raz na zawsze przez wiedzę nabytą z drzewa poznania dobra i zła sądy sumienia surowsze są w swych wyrokach od sądów ustanowionych najprzemyślniej choćby skomponowanym ludzkim prawem i posługujących się najprzebieglej nawet skomponowanymi kodeksami prawnymi. To za sprawą owych sądów sumienia zanosi się na to, że nowoczesna obietnica pozostanie niespełniona. Jednak za sprawą prawa stanowionego przez ludzi zachęconych i ośmielonych nowoczesną obietnicą zanosi się też i na to, że poszukiwania jej spełnienia nigdy nie zaniechamy.

Moralność – czyli niedająca się wytrzebić, stłumić czy uśpić świadomość, że poza wszystkimi ich właściwościami, takimi jak użyteczność bądź daremność czy sprawianie przyjemności lub przykrości, czyny ludzkie są też dobre lub złe – jest główną bodaj przeszkodą na drodze do spełnienia nowoczesnej obietnicy; nieporównanie trudniej tę przeszkodę usunąć niż niedobory w technice i w znajomości rzeczy: kłopoty z założenia tymczasowe wszak tylko, a więc przejściowe.

Moralność nie jest przepisem na wygodne życie. Wręcz przeciwnie: jest ona receptą na życie pełne samoograniczeń i samopoświęceń, a nade wszystko wypełnione po brzegi dręczącą niepewnością, czy aby wszystko, czego dobro wymagało, zostało zrobione, zaś wszystko, co trzeba i można było uczynić, by wyrządzenia zła uniknąć lub jego dokonaniu się zapobiec, dokonane zostało.

Postulat życia wygodnego i dezyderat życia moralnego skazane są na popadanie w konflikt. Rzadko kiedy udaje się im żyć w zgodzie; konflikt wzajemny jest w ich stosunkach regułą raczej niż okazjonalną przypadłością. Z odmiennych wszak wypływają one założeń, a i odmiennych miar się domagają przy ocenie ludzkich postępków. Dążenie do życia wolnego od niewygody kłóci się z pragnieniem życia moralnego; tego, czego pierwsze doradza się trzymać, drugie przykazuje się wystrzegać; to, co pierwsze pochwala, drugie gani – i odwrotnie. Samoograniczenie, samopoświęcenie, dobrowolne wyrzekanie się komfortu, jaki mógłby stać się udziałem człowieka, gdyby wygodą się tylko kierował, godzi w najbardziej fundamentalną z nowoczesnych zasad pomyślnego/udanego życia. A znów mierzenie jakości życia łatwością pozbywania się przykrości nie da się pogodzić z potrzebą samowyrzeczeń raz za razem insynuowaną przez dążność do życia moralnego. Konflikt wartości i podpowiadanych przez nie ocen jest tu realny, wszędobylski, nieustający i najprawdopodobniej nieusuwalny.

U podłoża tego konfliktu tkwi „społeczna natura” człowieka. Człowiek jest „istotą społeczną”, powiadamy – mając na myśli to, że poza społeczeństwem jego istnienie (to znaczy specyficznie ludzki sposób bycia-w-świecie) jest niemożliwe. Już Arystoteles utrzymywał, że poza społeczeństwem żyć mogą tylko aniołowie i zwierzęta, zaś Sokrates, wielki filozof, ale nie anioł, pasji pełen, ale nie zwierzę, przełożył wychylenie misy cykuty nad banicję z Aten. To, co człowieka cechuje – także i świadomość własnej jednostkowości, na której pewne formy społeczne (choćby nasza współczesna forma kultywująca konsumpcyjne postawy wobec świata) nadbudowują zafascynowanie własnym, indywidualnym interesem czy własną wygodą – zawdzięcza człowiek społeczeństwu; przy jego braku cokolwiek, co wyróżnia istoty ludzkie ze świata zwierzęcego, byłoby nie do pomyślenia. A znów życie w społeczeństwie to życie wśród innych i z innymi. Nowoczesna obietnica wygody dodaje: życie w obronie przed innymi (jak to Jean-Paul Sartre lakonicznie podsumował: „Piekło to inni”). Moralność zaś oponuje: życie dla innych. Obie mają swoje racje; sęk w tym jednak, że owe racje nie dadzą się ze sobą pogodzić. Jednostka i społeczeństwo żyją w symbiozie, bez której żadne z nich zaistnieć, a tym bardziej przetrwać by nie mogło; ale w tej symbiozie roi się od waśni i zderzeń sprzecznych interesów. Także od sprzecznych wartości i priorytetów. Inaczej być nie może – bo nawiguje ta symbioza nieustannie między Scyllą tłamszenia jednostkowej autonomii a Charybdą wątlenia i kruszenia więzi międzyjednostkowych – a obie skały i rafy podwodne na równi grożą jej zatopieniem. Ani żyć bez siebie jednostka ludzka i ludzkie społeczeństwo nie mogą, ani życie pospołu nie może przychodzić im łatwo.

Jednostka z jej zaaferowaniem obroną przed innymi i społeczeństwo z jego wymaganiem życia dla innych jednako muszą iść na kompromisy. I idą, choćby opornie i z głęboką niechęcią. Kompromis to wszak z reguły rozwiązanie nie w pełni zadowalające dla żadnej ze skłóconych stron: formuła kompromisu żąda od obu stron rezygnacji z jakiejś części ich postulatów. Jest on z tego powodu stanem z natury swej chybotliwym i tymczasowym; nie jest zakończeniem zwady czy pertraktacji, ale zaproszeniem i bodźcem do ich kontynuowania lub wznawiania. Kompromis jest zaprzeczeniem ostatecznych rozwiązań, zakończonego sporu i rozstrzygnięcia, która z antagonistycznych wartości (jeśli którakolwiek) ma rację, odmawiając racji swej przeciwniczce. Znaczona kompromisami bieżnia sztafety pozbawiona jest linii finiszu – i nie ma końca dłoniom, przez które pałeczka sztafety przechodzić jeszcze będzie… Już samo zawarcie kompromisu sygnalizuje, że spór wartości jawi się, przynajmniej na razie, jako nierozstrzygalny. A jak wiemy aż nadto dobrze z doświadczenia, stan „na razie” ma największą ze wszystkich stanów szansę wiecznego trwania.

Spór, którym redakcja „Znaku” (nie ona pierwsza – a głowę daję, że i nie ostatnia) postanowiła się zająć, jest jedną z wielu form czy „uszczegółowień” omawianej tu metakontrowersji. W tym przypadku jest to spór między „partią wyboru” i „partią życia”: spór, podobnie jak pokrewne mu manifestacje owej metakontrowersji, nierozstrzygalny – a więc skazany na żywot znaczony niekończącą się serią kompromisów. Sytuacja to łatwa do przewidzenia, ilekroć każda ze zwalczających się wzajem partii ma swoje racje, ale żadna z racji nie da się przyjąć bez popadnięcia w dysonans poznawczy z inną. „Partia wyboru” odwołuje się do zasady wolności wyboru i prawa osoby ludzkiej do samostanowienia (czego składnikiem integralnym jest wyartykułowane w amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, jednym z podstawowych dokumentów założycielskich nowoczesności, prawo do „pursuit of happiness” – zabiegania o osobiste szczęście); a więc do zasady w naszym przynajmniej kręgu cywilizacyjnym, a coraz bardziej na całym obszarze nowoczesnego życia, uznanej za jedno z podstawowych i nienaruszalnych praw człowieka, i z tego tytułu za dezyderat niekwestionowalny i niepodważalny. Tyle że w kontekście interesującego nas tu sporu „partia wyboru” rozciąga tę zasadę na prawo do decyzji o życiu innego człowieka – i na tym polu nie może nie zderzyć się z „partią życia”, która powołuje się dla odmiany na etyczną zasadę odpowiedzialności za Innego – a w szczególności za jego życie, dobrostan i możność samostanowienia, czyli kierowania się własnym wyborem właśnie (zwrócę tu uwagę, że najwnikliwszy w moim przekonaniu filozof moralności ery nowoczesnej, Emmanuel Levinas, bardzo często powołujący się w swych pracach na przykazania etyczne, nazywa w swych pismach po imieniu jedno tylko z dziesięciorga przykazań, przykazanie „Nie zabijaj” – uważając je prawdopodobnie, i nie bez podstaw, za sui generis „metanakaz”, przedwstępny a nieusuwalny warunek realności wszystkich pozostałych przykazań etycznych, a więc i moralności jako takiej). Wynikający stąd spór jest nierozstrzygalny z tego powodu, że realizacja żadnej z dwu zasad nie może się obejść bez częściowego choćby pogwałcenia, zignorowania, zlekceważenia lub przynajmniej odsunięcia na bok drugiej; a znów człowieczeństwo godne tego miana (z czym bojownicy obu partii w cichości ducha, a przyciśnięci do muru także i publicznie, się godzą) wymaga przestrzegania obu zasad naraz. Sytuacja podobna do po wielekroć opisywanej dialektyki wolności i bezpieczeństwa – które to wartości są obie naraz warunkami nieodzownymi godziwego czy po prostu znośnego ludzkiego życia, ale żadna nie może ubiegać się o większe dla siebie poszanowanie bez tego, by nie nadwyrężyć poszanowania drugiej i nie domagać się ustępstw z jej strony. Sprawa, zauważyć wypada, nie jest tak przejrzysta, jak moje dotychczasowe rozważania mogłyby sugerować. „Partia wyboru” i „partia życia” przedstawione tu były jako „typy idealne” (w sensie nadanym temu pojęciu przez Maksa Webera), które to twory myślowe różnią się „logiczną czystością” od ich empirycznych odnośników, zanurzonych w realnym, przyziemnym świecie nieporównanie bardziej od świata typów idealnych niechlujnym; świecie, w którym rzadko, jeśli w ogóle, trafiają się działania o motywach tak jednorodnych, jak chciałyby tego „typy idealne” zamieszkujące świat filozoficznej analizy. By jeden tylko, ale nader dobitny przykład tu podać: w prywatnej korespondencji profesor Zeidler-Janiszewska zwróciła mi uwagę na to, że obok „dążenia do własnego szczęścia czy obrony autonomii jednostek” inne jeszcze motywy skłaniają wielu ludzi w naszym kapitalistyczno-rynkowym-społeczeństwie, a więc w warunkach chronicznej niepewności i obaw o przyszłość, do opowiedzenia się, choćby i bez entuzjazmu, za postulatami „partii wyboru”: m.in. właśnie motyw jakby żywcem zaczerpnięty z filozofii „partii życia” – motyw bezwzględnej odpowiedzialności za dobro Innego, w tym wypadku potomka. Zastrzeżenie to winno nam służyć jeszcze jednym przypomnieniem, że szanse schludnego rozwiązania omawianej tu kontrowersji są, oględnie mówiąc, znikome. Jak to jednak czytelnik z pewnością już zauważył, snułem tu w zasadzie (jeśli pominąć ostatnie zastrzeżenie) rozważania filozoficzne, które odróżnić wypada…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Medycyna wygrywa z naturą