Subskrybuj
Dr filozofii, adiunkt na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Laureat Nagrody Tischnera za książkę Religia i sekularyzm. Współczesny spór o sekularyzację (2017).

Społeczeństwo obywatelskie jest drogą Kościoła

Wiek XX postawił przed polskim Kościołem liczne wyzwania: obronę religii przed totalitaryzmami, walkę o godność i wolność każdego człowieka. XXI stulecie przesuwa gwałtownie dziejowe akcenty. Dziś przed polskim Kościołem stoi pilne zadanie zbudowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego.

Już przeszło 200 lat Kościół katolicki zmaga się z ideą demokracji. Dzieje relacji tych dwóch pojęć: katolicyzmu i demokracji, są niezwykle burzliwe i posłużyć by mogły za kanwę doskonałej powieści romantyczno-kryminalnej. Dostrzegamy wielki tragizm tych dwojga, którzy choć skrycie kochają się namiętnie, zejść się na trwałe – czy to za sprawą zewnętrznych okoliczności historycznych, czy za sprawą ułomności własnego charakteru – nie mogą, a kilkakrotnie próbowali już nawzajem wbić sobie w plecy sztylet. Gdy mówimy: „Kościół i demokracja”, przychodzi nam na ogół do głowy problem sekularyzacji, rozdziału państwa i Kościoła, lekcji religii w szkole, krzyża wiszącego nad sejmową mównicą. Dyskusja nad powyższymi zagadnieniami to debata ponad wszelką miarę pasjonująca i ważna. Czy nie jest jednak tak, że my, katolicy, powinniśmy najpierw zadać sobie pytanie: Czym jest demokracja wewnątrz samego Kościoła? Czym, albo czy w ogóle, być powinna? Być może odpowiedzi na tak zadane pytania pozwolą katolikom zająć odpowiednie stanowisko w szerszym sporze o demokrację w państwie i demokrację na świecie.

Parafialna kampania wyborcza

Pytanie o potencjalną demokrację we wspólnocie Kościoła odsyła nas na ogół do problemu hierarchii, kolegialności biskupów, organizacji konklawe, prerogatyw papieża. To mylny trop. Strukturę Kościoła odnajdziemy w pełni dopiero na dole hierarchicznej drabiny. „Dzieje się” on najintensywniej na poziomie najmniejszych wspólnot i rodzin. Aby go zrozumieć i przeżyć, trzeba zacząć od swojej parafii. Kto tego nie zrobi, otrzyma fałszywy obraz Kościoła jako instytucji władzy. To właśnie w klasztornej wspólnocie i w lokalnej parafii hasło braterstwa czy eucharystycznej jedności staje się ciałem.

Jak wyglądają zatem stosunki społeczne w lokalnych Kościołach? Spróbujmy zbadać, jak działają lokalne rady parafialne i świeckie organizacje, jak gospodarzą te członki i jak troszczą się o całe Ciało. Okazuje się, że choć na poziomie prawa kanonicznego cały Kościół obowiązują te same hierarchiczne regulacje i normy, w praktyce jego części funkcjonują bardzo różnorodnie w zależności od lokalnej tradycji, atmosfery i interpretacji prawa.

Wędrówkę po lokalnych parafiach i wspólnotach europejskiego Kościoła rozpoczynam od Norwegii, kraju o chlubnej socjaldemokratycznej tradycji, ale także miejsca, gdzie nowożytna formuła religii po prostu się wyczerpała, a świątynie chrześcijańskie świecą pustkami. Rozmawiam z Kristine Gran Martinsen. Kristine studiuje na uniwersytecie w Oslo. W tym roku w demokratycznych wyborach została wybrana na liderkę ruchu skupiającego świeckich: Norges Unge Katolikker (Młodzi Katolicy Norwegii). Rozmach, z jakim przebiegała procedura wyłonienia nowej przewodniczącej, jest imponujący. Zrzeszenie katolickiej młodzieży składa się z lokalnych oddziałów. Każdy z nich wybiera demokratycznie swoich liderów – delegatów na ogólnokrajowe zebranie. Tam mamy właściwie do czynienia z regularną kampanią wyborczą. W tym roku o stanowisko ubiegało się dwoje kandydatów. Każdy przygotował informacje promujące swoją kandydaturę, obowiązkowo odbyły się oczywiście publiczna debata, runda pytań i na koniec głosowanie. Przemówienie szczęśliwej po wyborze Kristine przypominało mowę przywódcy zwycięskiej partii politycznej. „Chcę być tu dla Was!” – głosił nagłówek kościelnego serwisu internetowego cytujący pierwsze publiczne słowa nowej liderki.

Skrupulatność wyborczej procedury wcale nie dziwi. Kristine nie tylko jest osobiście odpowiedzialna za duszpasterski program organizacji zrzeszającej ponad 3000 członków, ale zarządza również budżetem związku, decyduje o wydawaniu kościelnych pieniędzy i ponosi prawną odpowiedzialność za swoje decyzje. W procesie wyborczym uderza jeszcze jeden szczegół. Kristine przeszła właściwie cały cursus honorum: od wielokrotnie sprawowanej funkcji delegatki i liderki lokalnego oddziału organizacji, przez funkcję redaktorki wydawanych przez Norges Unge Katolikker czasopism, po stanowisko przewodniczącej całej organizacji oraz członkostwo w Biskupiej Radzie ds. Planu Pastoralnego dla Dzieci i Młodzieży. Liczba administracyjnych stopni, które pokonała w swej kościelnej drodze Kristine (w wieku 22 lat!) może zawstydzić niejednego polskiego parlamentarzystę.

Trudno tu jednak mówić o karierze. Działalność Kristine to po prostu nieopłacana, odpowiedzialna i wymagająca służba. Jej wybór nie był technokratycznym rozstrzygnięciem, ale raczej wyrazem olbrzymiego zaufania – jak mówi – do osoby, którą większość delegatów dobrze zna i po chrześcijańsku bardzo kocha. To przecież dopiero początek życiowej drogi Kristine. Norges Unge Katolikker skupia ludzi do 35. roku życia. Nie martwię się jednak o przyszłość Kristine po opuszczeniu związku młodzieży. Z pewnością norweski Kościół będzie umiał wykorzystać jej doświadczenie i zaangażowanie. Kto wie, może za kilkadziesiąt lat Kristine będzie doskonałą kandydatką na kardynała?

Poszukajmy dalej. Pani Hanna Liedtke opowiada o radzie parafialnej w Schwarzenbeku, w diecezji hamburskiej w Niemczech. Schwarzenbek to malutkie 16-tysięczne miasteczko położone 30 km na wschód od Hamburga. Do parafii katolickiej należy tu około 2000 wiernych. Boryka się ona z typowym dla Niemiec problemem braku księży. Z tego powodu organizacyjnie połączona jest z dwiema innymi w jedno probostwo. Problem braku księży ma jednak paradoksalnie także i dobre strony: parafianie o swój kościół i wspólnotę troszczą się właściwie samodzielnie. Kapłan przyjeżdża z Hamburga sprawować sakramenty, ale wspólnota na co dzień radzi sobie sama. Pani Hanna podkreśla, że w tej kadencji nie zdecydowała się kandydować do rady parafialnej, bo to olbrzymie zobowiązanie, a działalność w radzie pochłania dużo czasu.

W probostwie łączącym trzy parafie działają dwie rady troszczące się o funkcjonowanie wspólnoty. Kirchenvorstand to rada kościoła. Zarządza budżetem parafii, decyduje o wydatkach, remontach. Oczywiście członkiem Kirchenvorstand jest też proboszcz, ale chociaż stoi on na czele rady, decyzje podejmowane są większością głosów i może się zdarzyć, że zostanie najzwyczajniej w świecie przegłosowany.

Druga rada – Pfarrgemeinderat – to bardziej rada parafialna. Zajmuje się sprawami organizacyjnymi, koordynuje działalność grup duszpasterskich przy parafii, organizuje parafialne imprezy, odwiedza osoby starsze we wspólnocie, pomaga im dojechać na niedzielną mszę św. Pytam panią Hannę o sposób, w jaki wyłaniane są obie rady. Okazuje się znów, że to bardzo skomplikowana, ale równocześnie niezwykle przejrzysta procedura. Kandydaci do owych dwóch rad muszą mieć ukończone odpowiednio 18 i 16 lat. Ustępująca rada sama wyszukuje potencjalnych kandydatów do nowego składu: czasami to nawet 4 do 5 osób na jedno miejsce. Oczywiście chętni mogą zgłaszać się również niezależnie. Potrzeba wówczas 30 podpisów popierających kandydaturę. Gorączka przedwyborcza zaczyna się już na miesiąc przed głosowaniem. W kościele wywieszane są listy kandydatów. Po niedzielnej mszy św. kandydaci mają prawo z ambony przedstawić się wiernym i zabiegać o głosy. W domu parafialnym, przy kawie, kontynuowane są „polityczne” rozmowy. Głosowanie odbywa się w niedzielę w kościele, choć można też głosować korespondencyjnie. Frekwencja nie jest bardzo wysoka (około 20% parafian), ale głosujący to właśnie ci, którzy regularnie przychodzą na msze i biorą udział w życiu parafii. Analizując słowa pani Hanny, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że parafia w Schwarzenbeku należy przede wszystkim do świeckich.

Demokracja pod kontroląZ diecezji hamburskiej palcem po mapie wędruję ponad 300 km na zachód. Koresponduję z Daną Hammingą, która opisuje mi, jak funkcjonuje Kościół katolicki w Holandii w mieście męczeństwa św. Bonifacego, w Dokkum w diecezji Groningen. Dana rozpoczyna swoją opowieść w czasie naszej rozmowy przez Internet od trafnej uwagi: „Jaki kraj, taki Kościół” – mówi. Jaka jest Holandia? To kraj ludzi dumnych z tradycji Erazma, kochających demokrację, szanujących pojawiających się tu od stuleci zamorskich przybyszów. Równouprawnienie, demokratyzacja, ale także krytyczne podejście do zastanej rzeczywistości społecznej widoczne są według Dany na każdym szczeblu społecznej drabiny: od rodziny po władze państwowe. Nic dziwnego, że lokalny holenderski Kościół również przeniknięty jest duchem wolności i równości. Dana Hamminga ze smutkiem patrzy na dzisiejszą sytuację katolików w Holandii. Świątynie pustoszeją na jej oczach, wymiera stare pokolenie przywiązane do czasów II Soboru Watykańskiego. Wśród holenderskich katolików powszechne jest zniechęcenie spowodowane oporem hierarchii kościelnej wobec postulowanych przez świeckich zmian. Dana wspomina Ruch 8 Maja, który awangardowi teolodzy zawiązali tuż przed wizytą Jana Pawła II w Holandii w roku 1985. Niestety,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wszyscy jesteśmy chłopami