Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Wychodzenie z prowincji

Państwo wszelkimi dostępnymi środkami: edukacyjnymi, naukowymi, politycznymi i propagandowymi skutecznie kolonizuje naszą świadomość historyczną wyobrażeniami rycersko-szlachecko-powstańczymi, tak jakby stanowiły one jedyną treść historii Polski.

Zauważył Pan kiedyś, że prowincjonalizm to poczucie ubezwłasnowolnienia, przekonanie, że nic ode mnie nie zależy. Kiedy ta postawa stała się powszechna wśród polskiego społeczeństwa?

Pojęcia prowincji i centrum mają sens nie tylko przestrzenny, ale także mentalny. Być centrum to również być sprawcą, liderem historii świata. Zakłada to poczucie, by odwołać się do Stanisława Brzozowskiego, dojrzałości dziejowej. Prowincja natomiast jest niedojrzała, nietwórcza, receptywna, a nawet bezwolna. Od schyłku I Rzeczypospolitej i czasu rozbiorów Polacy żyli w złożonym splocie relacji zniewalających. Gdy jest się wielokrotnie pozbawionym wolności zarówno w wymiarze politycznym, gdyż państwo zostaje podzielone między zaborców, jak też w stosunkach społecznych, które do końca XIX w. pozostają anachroniczne, nieomal feudalne, to trudno mieć poczucie sprawstwa swoich dziejów.

Prawdziwy koniec Królestwa Polskiego – by posłużyć się tytułem książki Ryszarda Przybylskiego – następuje po upadku powstania listopadowego. Do 1830 r. poczucie okrojonej wprawdzie, ale polskiej przynależności państwowej było jeszcze dość trwałe. Do powstania stanęło umundurowane polskie wojsko, działał Sejm i inne władze, dokonano detronizacji obcego monarchy. Po upadku powstania listopadowego przychodzą jednak dotkliwe rusyfikacyjne represje, które po klęsce powstania styczniowego dopełniają dzieła uzależnienia. Królestwo Polskie istnieje już tylko w tytulaturze cara Wszechrosji, w rzeczywistości pozostając rosyjską prowincją. W Galicji akurat jest inaczej, bo tam po reformie autonomicznej wprowadzono język polski zarówno do szkół i obu uniwersytetów,jak i do administracji, sądownictwa i polityki. Jednak w obu pozostałych zaborach panowało przytłaczające poczucie, że nie tylko zagrożony jest język ojczysty, ale i samej polskości trzeba bronić.

Lista czynników składających się na poczucie uzależnienia czy zniewolenia jest bardzo długa i nie została niestety jak dotąd starannie opracowana. Ostatnie dwa wieki widzimy najczęściej bądź jako czas heroicznego oporu i duchowych zwycięstw romantyzmu, bądź osiągnięć realizmu, pozytywnej pracy u podstaw. Tymczasem były to skrajne postawy wyrażane przez elity twórcze, a codzienność, także inteligencji, nie tylko chłopów, była inna. Dość powszechne było mentalne rozdwojenie między posłuszeństwem w pracy dla obcego aparatu władzy, koniecznej dla utrzymania rodziny, a prywatną czy domową nienawiścią do zaborcy. Ta schizoidalność, poświadczana wieloma źródłami, nie została należycie rozpoznana i opisana, a stanowi ona psychiczne podłoże zjawisk współczesnych. Leży na przykład u źródeł charakterystycznego dla Polaków splotu postawy roszczeniowej wobec państwa i lekceważenia, a nawet pogardy dla niego. Ta połowa naszych współmieszkańców, która odmawia udziału w życiu publicznym, zapewne tkwi w tym splocie.

Od Joachima Lelewela aż do dziś odwołujemy się wciąż do mitu polskiego pierwszeństwa w walce o wolności i prawa człowieka albo do mitu Polski jako przedmurza chrześcijańskiej Europy. W wymiarze duchowym próbujemy zrekompensować gorszą pozycję materialną. Czy w ten sposób można pokonać kompleks prowincji?

To prawda, co Pani mówi, ale warto odnotować pewną różnicę – cała polska tradycja demokratyczna, od Kościuszki i Lelewela do dwudziestowiecznych radykałów i socjalistów, jest dziś zakryta, jeśli nie zapomniana. Natomiast legenda przedmurza ma się dobrze, zwłaszcza w jego wersji radykalnej i obrotowej (naokoło czają się wrogowie) i często się odzywa.

Proszę zauważyć, że państwo wszelkimi dostępnymi środkami: edukacyjnymi, naukowymi, politycznymi i propagandowymi skutecznie kolonizuje naszą świadomość historyczną wyobrażeniami rycersko-szlachecko-powstańczymi, tak jakby stanowiły one jedyną treść historii Polski.

My, którzy mamy korzenie chłopskie lub plebejskie i nie pochodzimy wcale z Kresów Wschodnich ani z Kongresówki, tylko ze Śląska, Wielkopolski, Pomorza, Galicji i innych regionów Polski, nie musimy się czuć dziedzicami przegranych powstań. Oczywiście to nie znaczy, że mamy odrzucić wartości, które z tą wersją historii zostały związane. Dojrzała świadomość historyczna jest jednak zawsze złożona, wielonurtowa. Jeżeli nie zdajemy sobie sprawy z istnienia w naszej tożsamości stron ciemnych i innych niż zachwalane właściwości, to wtedy jesteśmy przez nie nieświadomie obciążeni, w pewien sposób okaleczeni. I pełzniemy w przyszłość, choć zdaje się nam, że wzlatujemy!

Kompleks prowincji przejawia się między innymi i w tym, że ciągle musimy wysuwać przed siebie tych Mickiewiczów, Chopinów, Koperników, budować niezliczone pomniki Piłsudskiego i Jana Pawła II; tak by oni nas zakryli, bo my sami boimy się być sobą. Im więcej, proszę Pani, porządnych podwórek, tym mniej trzeba pomników. Na szczęście to też się zmienia, ale powoli, zbyt wolno – przypływ pomników ciągle trwa. Wychodzenie z prowincji nie może polegać na mocarstwowych iluzjach, bo nigdy nie będziemy Stanami Zjednoczonymi, Chinami ani Rosją, no i nie będziemy też Watykanem, więc nie ma co uważać się za świątynię. Możemy natomiast siebie samych i swoje otoczenie urządzić tak, że będzie ono wzorem dla innych – i to wystarczy! Duńczycy czy Norwegowie nie są mocarzami, ale sami dla siebie i dla innych nie są prowincją. Dlaczego? Dlatego, że w wielu ważnych dziedzinach życia są bardzo dobrzy, a w niektórych najlepsi na świecie!

Wspomniał Pan, że jako społeczeństwo mamy chłopskie korzenie, dlaczego zatem tak rzadko odwołujemy się do tej tożsamości?

Przez ostatnie dekady panowała wśród elit społecznych tendencja do „bezpochodzeniowości”, wszyscy byli ogólnymi inteligentami, czyli ludźmi bez właściwości. Choć Polskę zmienili przede wszystkim ludzie pracy, to nie stali się oni nową arystokracją zasługi. Lepiej więc było plebejskie pochodzenie ukrywać. Chyba zaczyna się to powoli zmieniać. Myślę, że w najbliższych latach zyskiwać będą na znaczeniu społeczne czynniki tożsamości narodowej. Choćby dlatego, żeby uwyraźnić wielonurtowość, wielokulturowość, nawet wielobarwność naszego społeczeństwa. Tożsamość indywidualna i zbiorowa nie jest ufundowana jedynie na wyznaniu religijnym, kulturze wysokiej czy państwowej tradycji militarnej. W jej skład wchodzi wiele powszednich elementów, takich jak językowe brzmienia, rodzinne obyczaje, sekrety stołu i alkowy, jak dawniej mówiono. Jedne z nich przemijają bezpowrotnie w nowych warunkach, inne niespodziewanie odżywają. Czy ktoś się spodziewał odrodzenia polskiej kuchni i to w jej wersji chłopskiej? A coś takiego właśnie się dzieje, jak i to, że chłopskie pochodzenie przestało być ukrywane. Choć akuratnie falami płyną też dyfamacje.

W naszej kulturze utrwaliły się dwa obrazy chłopa. W pierwszym dominuje poczucie ucisku, zależności, ciągłego zagrożenia i płynącej stąd nieufności mieszkańców wsi. Drugi odsłania chłopski rozsądek – chłop w swej mądrości przywiązany jest do ziemi, nie porywa się z motyką na słońce, polegając tylko na własnej pracy, ma silne poczucie własnej godności. W jaki sposób te obrazy rzutują na nasz stosunek do wsi jako podłoża naszej tożsamości?Pytanie to jest trudne, gdyż sięga do najgłębszych, ukrytych psychospołecznych złóż tożsamości. To, co Pani wskazała, to wręcz klasyczne, mocno utrwalone stereotypy, które wciąż reprodukujemy, gdyż stabilizują komunikację i pozwalają sprowadzać złożoność świata do prostych prawd. Niestety, utrudniają też budowanie nowoczesnej tożsamości, ponieważ są schematyczne, a nie dynamiczne. Chłop jest najpierw człowiekiem, a to znaczy właśnie: istotą psychicznie złożoną, splecioną z różnych cech, nierzadko sprzecznych, słowem – dynamiczną. Oczywiście czynniki tak mocne, jak patriarchalne gospodarstwo…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wszyscy jesteśmy chłopami