Subskrybuj

Wypalanie traw. Fragment najnowszej książki

Ventersdorp to niepozorne, liczące zaledwie dwa tysiące mieszkańców miasteczko farmerów w Prowincji Północno - Zachodniej Republiki Południowej Afryki. Dzięki żyznym ziemiom mogłoby uchodzić za raj ukryty w głębi Czarnego Lądu. Rajem chciał je uczynić także charyzmatyczny przywódca Burów, samozwańczy generał, zagorzały obrońca apartheidu Eugène Terre'Blanche, zamordowany w okrutny sposób 2010 r.

Kto był ofiarą, kto katem? Kto prześladowanym, a kto ciemiężcą? Jak w istocie realizowany był system segregacji rasowej? Czy za jego zniesieniem stały wzniosłe ideały, czy wyrachowana strategia polityczna?

Za ratuszem i sądem droga biegnie dalej wzdłuż sklepów z żywnością i towarami rolniczymi, przed którymi zatrzymują się półciężarówki właścicieli okolicznych farm. Farmerzy, śliniąc palce, odliczają przy kasach banknoty i nieufnymi spojrzeniami śledzą czarnoskórych subiektów, którzy wkładają zakupy do papierowych toreb i kartonów i ładują na samochody.

Na rogatkach, za stacją benzynową Caltex, mijając wielki sklep Overland z napojami alkoholowymi, miejska ulica przeradza się w drogę R30 i biegnie dalej przez pusty step do czarnego Tshingu, który choć liczy kilkanaście tysięcy dusz, wciąż uważany jest tylko za ubogie i nędzne przedmieście białego dwutysięcznego Ventersdorpu.

W Tshingu droga znów się rozwidla. Jedna odnoga zawraca w prawo i znów jako krajowa magistrala N14 pędzi dalej przez tysiąc kilometrów aż do Springbok na brzegu Atlantyku. Po drodze przeciska się przez nieliczne miasta: Coligny, Delareyville, Vryburg, Upington i Kuruman, oazę na skraju pustyni Kalahari, gdzie szkoccy misjonarze doktor David Livingstone i Robert Moffat nawracali miejscowych Tswanów, Hotentotów i Buszmenów na chrześcijańską wiarę. Im dalej na zachód, tym częściej kukurydziane pola ustępują grodzonym kolczastym drutem, zszarzałym pastwiskom dla owiec i strusi, a przy drodze pojawiają się stada mangust i surykatek, wypatrujących czegoś niespokojnie w oddali.

Druga odnoga szosy, węższa i skromniejsza, nie skręca, lecz przecina magistralę N14 i wiedzie przez kukurydziane pola wprost do Klerksdorpu. Podążając nią, kilkanaście kilo-metrów za Ventersdorpem, mija się Ratzegaai, gdzie miał swoją farmę Eugène Terre’­Blanche. Na tej właśnie drodze czekali na policjantów jego zabójcy.

Choć nigdy nie piastował w Ventersdorpie żadnego urzędu ani nawet się o niego nie ubiegał, był w miasteczku królem.

Jego władza nad miastem i jego mieszkańcami pochodziła nie z wyboru, lecz po prostu z tego, jaki był. Odkąd pamiętano, zawsze potrafił zawładnąć ich umysłami, odgadnąć, co myślą i czują miejscowi Burowie, czego się obawiają, o czym w skrytości śnią. Był jednym z nich, miał takie same pragnienia, lęki i myśli. W przeciwieństwie do innych nie bał się jednak o tym głośno mówić, co zapewniało mu niekwestionowany rząd dusz w białym miasteczku.

Nie tylko mówił to, czego inni wypowiedzieć nie mieli odwagi, ale jeszcze potrafił to zrobić pięknie, ułożyć z najlepszych słów, jak wiersze, które także pisywał. Słuchali go, bo gdy przemawiał, mieli wrażenie, że sami mówią. Terre’Blanche napawał ich wiarą, odwagą, uwalniał z samotności, dawał poczucie jedności i siły, jaką niesie bezimienny, gniewny tłum. Ślepo, a często bezwiednie robili, co im kazał. Ustanawiał w miasteczku prawa i zwyczaje. On zaś czerpał swoją potęgę właśnie z tego, że ludzie widzieli go takim, za jakiego chciał uchodzić i za jakiego sam się uważał.

Sława samozwańczego burskiego wodza z Ventersdorpu szybko obiegła cały Transwal, a z czasem cały kraj, od Kapsztadu po Pretorię i od Durbanu po Upington. Znali go i liczyli się z jego zdaniem ministrowie i prezydenci. I biali, póki sprawowali władzę, i czarni, którzy w końcu im ją odebrali.

I jedni, i drudzy mówili o Terre’Blanche’u z niepokojem, nazywali go człowiekiem niebezpiecznym, samozwańcem. Bali się, że swoje panowanie i prawa z miasteczka Ventersdorp zechce przenieść na cały Transwal.

Aby go obłaskawić, zapraszali go do stolicy na audiencje. On jednak wolał urządzać w niej wieczorne wiece przy pochodniach, przemawiać z wysokich trybun, z których wydawał się wyższy i potężniejszy, niż był w rzeczywistości, a jego tubalny, mocny głos brzmiał jeszcze donośniej, gdy groził rządowi, straszył końcem świata, morzem krwi i pożogą.

Przyjeżdżał do stolicy, kiedy chciał, i robił, co chciał. Kiedy zaś do jego królestwa w rodzinnym miasteczku wybrał się ostatni biały prezydent, by przekonywać mieszkańców Ventersdorpu, że jedynym sposobem uniknięcia wojny z czarnymi jest oddać im władzę, Terre’Blanche przegnał go na cztery wiatry.

Nie wahał się wywoływać awantur, a każda następna przynosiła mu jeszcze większą sławę. Uwaga i posłuch, jakimi się cieszył, utwierdzały go w przekonaniu, że rzeczywiście jest dla Burów przewodnikiem i generałem, jak dawni bohaterowie ze starych fotografii i olejnych obrazów, którzy prowadzili białych pionierów na wielką wędrówkę przez afrykańskie stepy, sawanny, pustynie i góry, przewodzili im w wojnach z afrykańskimi królami, a także z Brytyjczykami, rywalami w walce o panowanie nad południem Afryki.

W końcu sam ujrzał w sobie burskiego komendanta i ludowego bohatera, jakim zawsze chciał być. Wmówił sobie, że sprawuje rząd dusz, ponieważ upoważniają go do tego zasługi, a także urodzenie.

Do Ventersdorpu przyjeżdżało się tylko dla Eugène’a Terre’Blanche’a. To, że mieszkał w miasteczku, było jedynym, co wyróżniało je spośród innych, podobnych mu burskich dorpie, siedlisk na stepowym płaskowyżu Transwalu.

Do Ventersdorpu przyjeżdżało się dla Terre’Blanche’a, nawet jeśli nie było go w miasteczku. Zlał się z nim i jego mieszkańcami w jedność, jedną postać, którą ulepił według swojego uznania i której nadał własną twarz. Podglądając mieszkańców miasta czy choćby błąkając się po nim, nawet bez celu, miało się złudzenie obcowania z nim samym i tym wszystkim, z czym go łączono, co w nim podziwiano i co napawało odrazą. Co kusiło, przyciągało i co przerażało, odpychało.

Do Ventersdorpu przyjeżdżało się dla Terre’Blanche’a, ale podróże tam były też swoistą wędrówką do jądra ciemności, by w mieszkańcach miasteczka, jak w zwierciadle, przyjrzeć się samemu sobie, własnym lękom, uprzedzeniom, obsesjom i przesądom, głęboko i wstydliwie skrywanym pod pancerzem dobrych manier, wpojonych granic między dobrem a złem, tym, co wypada, a co nie, co jest dozwolone, a co nie uchodzi. Eugène Terre’Blanche, otwarcie i bez skrępowania głosząc coś, co wszystkich zawstydzało, czynił to mniej groźnym, oswajał. Zdejmował brzemię grzechu i potępienia, ale w zamian czynił z tego wyznanie wiary narzucone całemu miastu. Dawał usprawiedliwienie i poczucie wspólnoty tym, którzy z ulgą odkrywali pokrewieństwo myśli z innymi mieszkańcami miasteczka. A tym, którzy z przerażeniem dokonywali tego odkrycia, ale nie starczało im odwagi, by się z nim mierzyć lub przyznać do niego, choćby w myślach, oferował sposobność potępienia u innych zła, którego chcieli się z siebie pozbyć lub które chcieli ukryć. Do Ventersdorpu przyjeżdżało się dla Terre’Blanche’a, ale wielu przybywało tu także po to, by dokonać właśnie tego wstydliwego rytuału oczyszczenia i pokuty. Wspominając brata, Dora van Zyl podkreślała zawsze wielki, przemożny wpływ, jaki wywierał na ludzi. Szczególnie ujawniało…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak pamiętamy o Żydach?