„Uderz w kamień [niem. Stein], a wytryśnie mądrość”. Taką oto dedykację, opartą na grze słów, napisał Edycie Stein – poproszony przez nią o to podczas balu maturalnego – prof. Roehl, dyrektor wrocławskiej Victoriaschule.
Wówczas, w roku 1911, ten kalambur był tylko pobożnym życzeniem starego belfra, odnoszącym się do przyszłości jednej z jego świetnie zapowiadających się uczennic – z czasem okazał się prawdziwym proroctwem. Jego prawdziwy sens odkryto, rzecz jasna, dużo później. Podobnie jak głębię symbolicznego znaczenia daty urodzin Edyty. Przyszła ona bowiem na świat we Wrocławiu 12 października 1891 r., w żydowski Dzień Pojednania, Jom Kippur. W ten właśnie dzień, w czasach, w których istniała jeszcze Świątynia jerozolimska, „arcykapłan wkraczał do [miejsca] Świętego Świętych i składał ofiarę pojednania za siebie i za cały lud”. Matka Edyty, Augusta Stein, która do końca życia pozostała pobożną Żydówką, „przywiązywała do tego faktu ogromne znaczenie i to, bardziej niż wszystko inne, sprawiło, że najmłodsze dziecko [czyli właśnie Edyta] było jej szczególnie drogie”. Dla pani Augusty tak szczególna data urodzin córki stanowiła znak Bożego wybrania. Może dlatego z takim trudem godziła się z życiowymi wyborami Edyty: najpierw z porzuceniem przez nią wiary, a potem z definitywnym, jak sądziła, odejściem od judaizmu: konwersją na katolicyzm, i w końcu z decyzją o zamknięciu się na zawsze w murach Karmelu.
Edyta była najmłodsza, urodziła się zaś – warto to dopowiedzieć – w rodzinie wielodzietnej. Jej rodzice, Augusta i Siegfried Steinowie, mieli jedenaścioro potomstwa, z czego czworo zmarło dosyć wcześnie. Mała Jitschel, jak nazywali ją najbliżsi, niedługo cieszyła się urokami beztroskiego dzieciństwa – kiedy miała zaledwie półtora roku, umarł nagle jej ojciec, a pani Augusta musiała wziąć na siebie ciężar prowadzenia rodzinnego przedsiębiorstwa handlu drewnem. A ponieważ sama „była córką kupca, zaś natura obdarzyła ją specyficznie kupieckimi zdolnościami”, rychło wyprowadziła firmę z długów i doprowadziła do jej rozkwitu.
Dzięki talentom matki rodzina Steinów stała się dość zamożna – oczywiście bez przesady. Wszak „nie było łatwo wyżywić i ubrać siedmioro dzieci – napisze po latach Edyta w mających charakter autobiograficzny Dziejach pewnej rodziny żydowskiej. – Nigdy nie głodowaliśmy, lecz przyzwyczajono nas do największej prostoty i oszczędności i coś z tego zostało nam do dzisiaj”.
Modlitwa tęsknoty
Jitschel już w dzieciństwie i wczesnej młodości dała się poznać jako osoba nader rozwinięta intelektualnie i spragniona wiedzy, wrażliwa i umiejąca postawić na swoim. Jako najmłodsza i uwielbiana przez rodzeństwo (między nią a najstarszym bratem Paulem było aż 19 lat różnicy), czuła w sobie ogromny potencjał. „W marzeniach – napisze w autobiografii – widziałam przed sobą wspaniałą przyszłość. (…) Byłam przekonana, że jestem przeznaczona do wielkich rzeczy i nie mieszczę się w ciasnym, mieszczańskim świecie, w którym się urodziłam”. Wcześniej niż inni – na własną prośbę – zaczęła szkolną edukację, a potem, pod wpływem jakiegoś kryzysu wewnętrznego, zdecydowała się ją przerwać. To właśnie wtedy utraciła wiarę w Boga i „całkowicie świadomie i z własnej woli” porzuciła jakiekolwiek praktyki religijne. W wieku 14 lat z właściwą sobie bezkompromisowością określała się jako ateistka. Z czasem powie o tym okresie życia, że „jej jedyną modlitwą była tęsknota za prawdą”.
Niechęć do nauki przeszła jej po roku – a rok ten spędziła w Hamburgu, pomagając starszej siostrze, Elsie Gordon, która miała już wówczas trójkę dzieci. Po powrocie do Wrocławia szybko udało jej się nadrobić zaległości i została przyjęta do gimnazjum, gdzie stała się rychło (tak samo jak i wcześniej) jedną z najlepszych uczennic.
Po maturze panna Stein wiedziała już, że jej powołaniem są wyższe studia. Nie była tylko pewna, jaki powinna wybrać kierunek. Nic dziwnego zatem, że pierwsze semestry jej edukacji – na uniwersytecie we Wrocławiu – miały charakter dość przypadkowy. Edyta słuchała wykładów z germanistyki, historii, psychologii i filozofii. I nie czuła się zmęczona. Była raczej rozczarowana. Po latach przyzna, że na wrocławskich studiach najwięcej dały jej prowadzone poza zajęciami uniwersyteckimi debaty na temat reformy szkolnictwa (w ramach tzw. grupy pedagogicznej) i wizyty w rozmaitych zakładach wychowawczych, a także działalność społeczna na rzecz emancypacji kobiet.
Pewnego rodzaju objawieniem stała się dla niej lektura Badań logicznych Edmunda Husserla. Nie zastanawiała się długo: postanowiła opuścić Wrocław i jechać do Getyngi, gdzie wykładał twórca fenomenologii. Zdała sobie bowiem sprawę, że w tym momencie jedynie on mógł zaspokoić jej pragnienie prawdy.
I nie zawiodła się. Husserl odkrył przed nią drogę, która w przyszłości zapewni jej miejsce w podręcznikach historii filozofii. Więcej: stanie się powołaniem „do bezwzględnej rzeczowości i rzetelności [myślenia], do radykalnej intelektualnej uczciwości”. W Getyndze Edyta Stein poznała nowych przyjaciół, m.in. Annę i Adolfa Reinachów, Hedwig Conrad-Martius, Hansa Lippsa (z którym wiązała nadzieje na wspólne życie), Romana Ingardena… Duży wpływ wywarło na nią spotkanie z Maxem Schelerem. Krąg getyńskich fenomenologów pełen był ludzi szukających wiary, odkrywających chrześcijaństwo. Dochodziło nieraz do spektakularnych konwersji. Edmund Husserl żartował nawet, że powinno się go z tego powodu… kanonizować.
Ta przyjazna wobec religii atmosfera udzieliła się również Edycie Stein. „Było to pierwsze zetknięcie z nieznanym mi dotąd światem – napisze kilkanaście lat później. – Jedne po drugich opadały ze mnie więzy racjonalistycznych przesądów (…)”.
Studia filozoficzne i pracę nad doktoratem poświęconym aktowi „wczucia” przerwał wybuch I wojny światowej. Większość kolegów (m.in. prof. Reinach) zaciągnęła się do armii. Stein, czując się pruską patriotką, nie chciała być gorsza: wróciła do Wrocławia, zapisała się na kurs pielęgniarski, a potem podjęła pracę w szpitalu zakaźnym w Hranicach na Morawach (na oddziale chorych na tyfus) – na tyłach frontu karpackiego. Tam po raz pierwszy zetknęła się ze śmiercią.
Po likwidacji wojskowego lazaretu Edyta, nie mogąc doczekać się kolejnego wojennego przydziału, zajęła się swą dysertacją. Obroniła ją – z oceną summa cum laude (tzn. „z najwyższą pochwałą”) – latem 1916 r. we Fryburgu Bryzgowijskim, dokąd przeniósł się prof. Husserl. Wkrótce potem została jego asystentką. Do jej obowiązków należało m.in. opracowanie manuskryptów twórcy fenomenologii, co – po pierwszym okresie euforii – zaczęło z czasem przyprawiać ją o rozpacz. Wszak była filozofem, a nie sekretarką – nawet jeśli jej pracodawcą miał być sam Husserl. Już po kilku miesiącach pracy w liście do przyjaciół pisała, że porządkowanie rękopisów mistrza stało się dla niej „prawie nie do zniesienia”: „Doprawdy nie mam ochoty gromadzić nowych stosów papierów, na które on w ogóle nie spojrzy. Byłabym wtedy wolniejsza, aby znów zacząć coś na własną rękę…”.
W tej sytuacji szybko doszło do zasadniczej rozmowy z Husserlem, po której dr Stein złożyła swą rezygnację. Pomimo tego nieporozumienia oboje rozstali się w przyjaźni. Edmund Husserl doskonale rozumiał, że jego wybitna uczennica chciałaby uzyskać habilitację. W tym celu wystawił jej znakomitą opinię. Niestety, ówczesne niemieckie uniwersytety nie były jeszcze gotowe do nadawania kobietom stopni doktora habilitowanego. Jej wniosek został odrzucony.
Zniechęcona Edyta Stein wróciła do Wrocławia, gdzie prowadziła cieszące się popularnością prywatne seminarium fenomenologiczne. Jednym z jej ówczesnych studentów był późniejszy wybitny socjolog Norbert Elias.
„Świt” chrześcijaństwa a judaizmW tym czasie nastąpił w niej wyraźny zwrot w kierunku chrześcijaństwa. Pchały ją ku niemu lektury, spotkania z…