Na ogół nie zwraca się współcześnie uwagi na to, co dialektyczne, i na to, co patetyczne. Religijny wykład chce przedstawić patos i wykluczyć to, co dialektyczne, i dlatego jest, mimo dobrych chęci, niekiedy krzykliwą mieszaniną, często wewnętrznie bałamutnym patosem, mieszaniną różnego rodzaju estetyki, etyki, religijności A i chrześcijaństwa, a przez to niekiedy przeczy sam sobie, „ale występują w nim piękne miejsca”, szczególnie piękne dla tego kogoś, kto ma według jego wskazówek działać i żyć. To, co dialektyczne, mści się dzięki ukrytemu ironicznemu wyszydzaniu wielkich gestów i słów, ale przede wszystkim dzięki ironicznemu osądowi dotyczącemu religijnego wykładu, głosząc, że dobrze się go słucha, ale niepodobna go stosować w życiu. Nauka chce wykorzystać dialektykę i dlatego wprowadza ją do sfery abstrakcji, przez co problem zostaje ponownie wypaczony, ponieważ jest on z natury egzystencjalny, a właściwa dialektyczna trudność znika po jej wyjaśnieniu w sferze abstrakcji, która przecież od egzystencji abstrahuje. Jeśli dialektyczno-religijny wykład przeznaczony jest dla ludzi wrażliwych, którzy się szybko pobudzają i przez to wiele tracą, prędko w swym zapale gasną, to spekulatywna analiza przeznaczona jest dla myślicieli; ale żaden z wykładów i żadna z analiz nie nadaje się dla ludzi działających, i mocą działania egzystujących.
Przyswajanie chrześcijaństwa
Różnicę między tym, co patetyczne, a tym, co dialektyczne, należy dokładnie określić, gdyż religijność A nie jest bynajmniej niedialektyczna, ale nie jest paradoksalnie dialektyczna. Religijność A jest dialektyką uwewnętrznienia; wyraża stosunek do wiecznego zbawienia, w dodatku tak, że stosunek ten nie jest uwarunkowany czymkolwiek; [religijność A] jest dialektycznym uwewnętrznieniem stosunku, a więc jest uwarunkowana wyłącznie przez to uwewnętrznienie, które ma charakter dialektyczny. W przeciwieństwie do tego religijność B, jak ją będziemy w przyszłości nazywali, albo religijność paradoksalna, jak ją nazywaliśmy, albo religijność, która to, co dialektyczne, ma [niejako] na drugim miejscu, formułuje warunki tak, że nie służą one dialektycznemu pogłębieniu uwewnętrznienia, lecz zawierają określone coś, które bliżej nazywa wieczne zbawienie (podczas gdy w przypadku A bliższe określenie uwewnętrznienia jest jedynym jego określeniem), ale nie dzięki temu, że jego przyswojenie sobie przez jednostkę zostaje bliżej określone, ale poprzez to, że bliżej określa wieczne zbawienie, lecz nie jako zadanie dla myślenia, ale właśnie paradoksalnie jako coś odpychającego, pobudzającego, staje się bodźcem do powstania nowego, [wyższego rodzaju] patosu.
Jednostka musi najpierw posiadać religijność A, zanim może być mowa o tym, by zwróciła uwagę na dialektyczny charakter religijności B. Dopiero wtedy, gdy jednostka w pełnym napięciu egzystencjalnego patosu ustosunkowuje się do wiecznego zbawienia, dopiero wówczas może być mowa o tym, że zwróci ona uwagę na to, jak to, co dialektyczne, secundo loco spycha ją w objęcia patosu absurdu. Z tego widać, jaką głupotą jest chęć ustosunkowywania się człowieka do chrześcijaństwa z pominięciem patosu, gdyż zanim w ogóle może być mowa o zwróceniu uwagi na to, co chrześcijańskie, człowiek musi najpierw egzystować w religijności A. Tymczasem dość często spotyka się odwrotne sytuacje, to znaczy przyswajano sobie bez oporów Chrystusa, chrześcijaństwo, to, co paradoksalne, oraz absurd, krótko mówiąc – wszystko, co chrześcijańskie, pod postacią estetycznego galimatiasu, zupełnie tak, jak gdyby chrześcijaństwo było pożywką dla głuptasów, ponieważ jest samo w sobie nie do pomyślenia i właśnie dlatego, że nie można go pomyśleć, uznawano je za najtrudniejsze do przyswojenia dla jednostki, gdyby miano w nim egzystować – było najtrudniejsze do przyswojenia sobie szczególnie dla najtęższych umysłów.
Religijność A możemy napotkać w pogaństwie, a w chrześcijaństwie może to być religijność każdego człowieka, który nie jest w pełni zdecydowanym chrześcijaninem, niezależnie od tego, czy był ochrzczony, czy nie. Rozumie się samo przez się, że łatwiej jest żyć, będąc tandetnym wydaniem chrześcijanina i zarazem czuć się kimś pozornie najlepszym, przecież jest się ochrzczonym, otrzymało się w darze egzemplarz Biblii i śpiewnika, czy więc nie jest taki człowiek chrześcijaninem, ewangelicko-luterańskim chrześcijaninem? Ale to jego sprawa, sprawa tej jednostki. W moim przekonaniu religijność A (w której to sferze sam żyję) wymaga od człowieka tak dużego wysiłku, że zawiera w sobie zawsze wystarczająco dużo zadań koniecznych do spełnienia; moim zamiarem jest uczynienie stania się
chrześcijaninem trudnym, ale nie trudniejszym niż ono samo w sobie jest, także nie trudnym dla głupich ludzi i łatwym dla wykształconych umysłów, lecz jakościowo trudnym i z istoty swej jednakowo trudnym dla każdego człowieka, ponieważ w gruncie rzeczy każdemu jest jednakowo trudno zrezygnować z rozumu i myślenia, oprzeć swoje życie na absurdzie, a największą trudność przedstawia jednak dla tego, kto ma wybitny umysł; wystarczy sobie uświadomić, że nie każdy, kto dla chrześcijaństwa nie postradał rozumu, tym samym dowodzi, że go posiada. To jest moim zamiarem, to znaczy w tym stopniu, w jakim ktoś eksperymentujący robi wszystko z własnej woli i dla siebie, i w konsekwencji może mieć jakieś zamiary z tym związane. Każdy człowiek, najmądrzejszy i najbardziej prymitywny, może dostrzec różnicę jakościową między tym, co rozumie, a tym, czego nie rozumie (to, co względne, powoduje powstanie nieporozumienia, jak na przykład wtedy, gdy mądra głowa porównuje siebie z człowiekiem prostym, zamiast zrozumieć, że to samo zadanie dane jest w szczególności każdemu z nich, a nie formułuje się tu zadania porównywania siebie z kimś innym), a następnie może odkryć, że istnieje coś, co znajduje się w bezpośredniej sprzeczności z jego myśleniem i rozumem (oczywistym jest, że będzie to rezultat największego wysiłku, jaki w realizację tego zadania należy włożyć; wymagać to będzie nadzwyczajnej koncentracji umysłu; tych, którzy tę różnicę podkreślali, Sokratesa i Hamanna, dzieli 2 tys. lat). Jeśli jednostka na tym absurdzie oprze całe swoje życie, zrobi to na mocy absurdu i byłaby oszukana, gdyby udało się udowodnić, że absurd, który wybrała, nim nie jest. Jeśli tym absurdem jest chrześcijaństwo – jest wierzącym chrześcijaninem ; jeśli jakiś człowiek jednak zrozumie, że chrześcijaństwo nie jest absurdem, wtedy nie jest już eo ipso wierzącym chrześcijaninem (niezależnie od tego, że został ochrzczony, konfirmowany, posiada Biblię i śpiewnik, nawet wtedy, gdyby to było jego najnowsze wydanie, długo oczekiwany śpiewnik), i to dopóty, dopóki nie uzna zrozumienia jako omamu i dostrzeże, że zrozumienie absurdu jest nieporozumieniem, dopóki tego punktu widzenia nie odrzuci i nie odniesie się do chrześcijańskiego absurdu. Jeśli bowiem religijność A nie stanie się terminus a quo, [czyli punktem wyjściowym – przyp. K. T.] dla paradoksalnej religijności, wówczas religijność A stoi ponad religijnością B, gdyż wtedy paradoksu, absurdu itd. nie należy zrozumieć sensu eminenti (to znaczy – nie może zostać absolutnie zrozumiany zarówno przez mądrych, jak i przez ludzi ograniczonych), lecz wtedy zarówno kategorie absurdu, jak i paradoksu są używane w znaczeniu estetycznym i dotyczą może nawet czegoś cudownego, osobliwego pośród wielu innych szczególnych zdarzeń i cudownych faktów, które wprawdzie są cudowne [forunderligt], ale jednak są możliwe do poznania. Spekulacja musi (o ile nie chce znieść wszelkiej religijności, aby nas en massewyprawić do obiecanego raju czystego bytu) być konsekwentnie zdania, że religijność A, będąc religijnością immanencji, stoi ponad religijnością B – ale dlaczego spekulacja nazywa ją wtedy religijnością chrześcijańską? Chrześcijaństwo nie może się tym zadowolić, by stać…