Dwie najważniejsze książki Janusza Korczaka powstały w czasie wojny, w różnych okolicznościach, lecz w podobny sposób. Jak kochać dziecko pisał „w przerwach między jedną a drugą potyczką pierwszej wojny światowej” (Joanna Olczak-Ronikier), „na postojach, na łące, pod sosną, na pieńku”, jak sam to opisywał. Narzucił sobie rygor: pisać codziennie, nawet jeśli przerwy będą krótkie, czasu na zebranie myśli mało. Siadał osobno, wyjmował plik kartek, notował; na jednym z postojów ktoś go zapytał: „Czy warto na pół godziny?”. W ten sposób – z dala od otwartego dopiero co Domu Sierot, od spotkań z podopiecznymi i dyskusji ze współpracownikami – powstała książka zbierająca najważniejsze spostrzeżenia Korczaka dotyczące dziecka. Książka nie o wychowaniu, lecz – co podkreśla tytuł – o kochaniu.
Owszem, i wtedy zdarzały się przerwy w pisaniu, okresy zwątpienia. „Bywało, że przerwa miesięczna: po co się wygłupiać? To, co mądre, wie setka ludzi. Nadejdzie pora odpowiednia – powiedzą ci, co ważniejsze wprowadzą w życie” – komentował po latach. Potem jednak mobilizował energię, na przekór własnemu zmęczeniu, widokom, które podsuwała wojna, pisał o tym, co się dzieje, gdy na świat przychodzi dziecko: „Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu. A każda kropla tego twojego dziecka była parą chmury, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskiego. (…) Tyś tylko zebrała to wszystko, co było. (…) Takie to kruche, że je zabić może bakteria, która tysiąc razy powiększona jest dopiero punktem w polu widzenia… Ale to »nic« jest bratem z krwi i kości fali morskiej, wichru, błyskawicy, słońca, Drogi Mlecznej”.
Pisał o tym, jak łatwo myli się dziecko „dobre” z „wygodnym”, o dążeniu, by dla własnej wygody „uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą jego żądań i zamierzeń”. Patrzył na wyludnione wsie, gdzie „spalono już wszystko, co można było spalić”, i pisał o samotności dziecka, o niezrozumieniu, o dorosłych, którzy oszukują, i o tym, jak wraz z wiekiem narasta bunt przeciwko tej hipokryzji. „Dziecko ma sumienie, ale jego głos milczy w drobnych codziennych utarczkach, natomiast wypływa tajona niechęć do despotycznej, więc niesprawiedliwej, władzy silnych, więc nieodpowiedzialnych”.
Recepty na lepszy świat
Korczak nienawidził tej wojny, nie cierpiał swojego w nią uwikłania. Nawet kiedy znajomi wystarali się dlań w końcu o przeniesienie z frontu na zaplecze (opiekował się przytułkami dla dzieci w Kijowie), kontynuował rozpoczętą pracę, żeby nie oszaleć. Według Joanny Olczak-Ronikier swoje notatki traktował jak testament, jak zbiór recept „na stworzenie lepszego świata niż ten, w którym przyszło mu żyć”. Pisał z doskoku, ale to, co stworzył, nie jest księgą aforyzmów, lecz traktatem; on sam nie potrafił żyć „aforystycznie” i nie do takiego życia chciał przygotować wychowanków. Wolność to u Korczaka osobliwa twardość: umiejętność wzniesienia się ponad własny interes, także ponad własne cierpienia, przy zachowaniu nieobojętnego, rozumiejącego (rozumienie znaczy u niego więcej niż współczucie) stosunku do innych. Również w języku bywał „twardy”, przekraczał ówczesne granice dobrego smaku, oskarżał, kpił. Tłumaczył potem: „Pisałem tę książkę w lazarecie polowym, pod huk armat, w czasie wojny; sam program wyrozumiałości nie wystarczał”.
Niespełna trzydzieści lat później, w maju 1942 r., Korczak znów jest w środku wojny. Widzi, jak wali się w gruzy to, co stworzył, w co wierzył, jak on sam przeistacza się w kogoś, kim być nie chciał. Dokucza mu chore serce, przepuklina, puchną mu nogi. Cierpi na depresję, co rano zmusza się do wstania z łóżka, choć najchętniej przesypiałby całe dnie, z których każdy dostarcza mu nowych powodów do wyrzutów sumienia. Walczy z całym światem o kilkaset powierzonych jego opiece dzieci, przeczuwając, że czeka go klęska. Zresztą każdy dzień w getcie jest klęską, skoro żeby nakarmić jednych, trzeba zabrać chleb innym.
Zaczyna pisać Pamiętnik, jedną z najwybitniejszych książek, jakie powstały w czasie II wojny światowej. „Nazwa »pamiętnik« myli, to forma o wiele bardziej skomplikowana”, pisze w jego biografii Joanna Olczak-Ronikier. „To najbardziej przejmujący utwór Korczaka: pozbawiona sentymentalizmu i współczucia, bliska wiwisekcji beznamiętna obserwacja samego siebie na tle upiornej rzeczywistości. Jakby patrzył gdzieś z góry przez teleskop na mury getta, zatłoczone ulice, ciała umarłych przykryte gazetami. Na małą Geńkę kaszlącą za przepierzeniem z dykty, na swój rozpad fizyczny i niechętny upór, żeby przezwyciężyć niemoc, wstać, podjąć walkę o przetrwanie powierzonej sobie gromady. Pisano w getcie dzienniki, by dać świadectwo prawdzie, przekazać grozę tamtego czasu potomnym. U Korczaka teraźniejszość rozgrywa się na dalszym planie i tylko czasem pojawia się w skondensowanej, dramatycznej scenie. Głównym tematem jest jego własne życie, oglądane z perspektywy śmierci, próba nadania mu definitywnego kształtu i sensu. (…) Egocentryzm? Czy rozpaczliwy bunt przeciwko masowej, odpersonalizowanej zagładzie?”.
„Literatura na serio”Korczak pracuje nad tekstem nocami; tylko wtedy nie jest nikomu potrzebny. Znów pisze z doskoku, nerwowo, chaotycznie, wydzierając chwile na notowanie czasowi, którego ma coraz mniej. Trudno za nim nadążyć, niemal każde zdanie, każdy fragment wymaga tu przypisu. Mieszają się plany czasowe, sprawy osobiste i ogólnoludzkie, obserwacje i przemyślenia, tematy „sprzed wojny”, „z wojny” i te, które dotyczą przyszłości. Powstaje coś, co przekracza wszelkie ramy, co samo sobie jest zasadą. Pisanie zawsze było dla niego aktem wolności, nigdy jednak stawka nie była aż tak wysoka. Tym razem wolność manifestuje się w rozwichrzeniu, w rezerwie wobec reguł, w zupełnym zapomnieniu, o czym wypada pisać, a o czym nie wypada, czy kogoś się zgorszy, zrani, wzruszy czy pozostawi obojętnym, czy będzie się…