Konflikty pamięci w byłej Jugosławii nie są rzeczą nową, aczkolwiek wizja Bośni, czy szerzej: Bałkanów, jako terenu nieustannych i odwiecznych wojen jest nieprawdziwa. Stanowiły one przerwy w długich okresach mniej lub bardziej udanej koegzystencji. Dowodem na to jest architektura sarajewskiej Baščaršija, gdzie synagoga, meczet, cerkiew i kościół są od siebie oddalone o rzut kamieniem. Przez długi czas nikomu nie przychodziło do głowy, że ktoś będzie te kamienie rzucał.
Sprawiedliwe zapomnienie
Warto spojrzeć, jak w Bośni radzono sobie z konfliktami pamięci. Po II wojnie światowej zwycięzcy komuniści narzucili własną wizję przeszłości i wielu odetchnęło z tego powodu z ulgą. Tito zbudował tę wizję na micie Braterstwa i Jedności. Komuniści, z założenia wieloetniczni, jeszcze zacieklej niż z okupantami walczyli z rozmaitymi narodowymi ugrupowaniami zbrojnymi. Ten mit pozwalał wszystkim uniknąć odpowiedzialności za historię. Podobnie jak w konflikcie lat 90., także podczas II wojny światowej działały formacje bardziej i mniej zbrodnicze, ale wszystkie miały wystarczająco dużo na sumieniu, by uznać, że taka wiązana transakcja im się per saldo opłaca. Tyle tylko że Braterstwo i Jedność było tylko jednym z elementów tego niepisanego porozumienia. Drugim była zasada, że niesprawiedliwość będzie rozdzielana sprawiedliwie między wszystkich. Przykładem może być Chorwacka Wiosna, czyli ruch z początku lat 70. na rzecz chorwackiej tożsamości w Jugosławii. Tito brutalnie go stłumił, a potem dla świętego spokoju zaaresztował także serbskich intelektualistów w Belgradzie, którzy akurat niczego się nie domagali. Chodziło o to, by pokazać, że niesprawiedliwość jest rozdzielana sprawiedliwie między wszystkich.
Miało to konsekwencje zarówno w odniesieniu do pamięci, jak i współczesnej sytuacji. Skoro nikt nie mógł mówić w imieniu jakiegokolwiek narodu – ponieważ prawo do zabierania głosu miała wyłącznie Liga Komunistów w Jugosławii – to znaczy, że nikt nie mógł w imieniu Chorwatów prosić o wybaczenie za zbrodnie popełnione podczas wojny na Serbach i, w mniejszym stopniu, na muzułmanach. Nie pojawił się chorwacki Willy Brandt, bo system skutecznie uniemożliwiał komukolwiek mówienie w imieniu narodu. W związku z tym ofiary i ich potomkowie nie usłyszeli ze strony sprawców słowa: „wybaczcie”. I uznali, być może irracjonalnie, że skoro Chorwaci nie proszą o wybaczenie, to uważają pewnie, że nie ma takiej potrzeby. Innymi słowy, uznali, że gdyby Chorwaci mieli okazję, to znów zrobiliby dokładnie to samo, co w przeszłości. Tyle że tym razem, pomyśleli Serbowie, to my będziemy pierwsi. I byli. Serbowie, ofiary zbrodni chorwackich podczas II wojny światowej, stali się głównymi oprawcami podczas wojny lat 90. ubiegłego wieku. Kierowali się głównie propagandą, która twierdziła, że „jeżeli nie będziemy ich zabijać, to oni zabiją nas”. Brak tego „wybaczcie” był jednym z elementów, który tę propagandę uwiarygadniał. W efekcie znów wybuchła wojna, najpierw w Chorwacji, potem w Bośni, gdzie tym razem siły serbskie dopuściły się ludobójstwa. A potem wojna skończyła się bardzo złym pokojem.
Światy równoległeZnowu jak po zakończeniu II wojny odetchnięto z ulgą – „przynajmniej przestali nas zabijać”. Tylko że coś trzeba było z tą przeszłością zrobić. Tym razem nie było już siły podobnej komunistom po II wojnie światowej, która mogła narzucić wszystkim swoją wizję historii. Powstały za to trzy równoległe wersje przeszłości, pozostające ze sobą w idealnej sprzeczności, wykładane w tym samym czasie, niekiedy w tych samych budynkach. Dla mnie jednym z najbardziej przejmujących miejsc w Bośni jest szkoła powszechna w miejscowości Fojnica pod Sarajewem. Podzielona jest ona murem, z osobnymi wejściami dla dzieci chorwackich i muzułmańskich. Jest to ta sama Fojnica, w której franciszkanie z dumą pokazują w klasztorze firman od sułtana, wydany natychmiast po podboju Bośni w XV w. i gwarantujący franciszkanom pełnię swobód. Czasami warto się zastanowić, co rozumiemy jako postęp. Pod koniec lat 90. bośniacka badaczka Bronislava Baranović zbadała podręczniki szkolne. Nie przypuszczam, by od tamtej pory sytuacja uległa drastycznej zmianie. Jej zespół przeanalizował 749 rozdziałów podręczników szkolnych do historii, w serbskim, chorwackim i boszniackim systemie nauczania. Warto pamiętać, że w Bośni mamy dwanaście rządów – osiem rządów kantonalnych, rząd kantonu Sarajewo, rząd Federacji Bośni i Hercegowiny, Republiki Serbskiej i państwa Bośnia i Hercegowina. 12 rządów na głowę mieszkańca, na niewiele ponad 4 miliony nieszczęsnych ludzi i trzy systemy nauczania – serbski, chorwacki, muzułmański. Nawet gdyby relacje były jak najbardziej pokojowe, taka sytuacja nie mogła doprowadzić do niczego dobrego. Zobaczmy, co ustaliła Baranović. W żadnym z badanych podręczników historia inna, niż własnego narodu, nie była wspominana w więcej niż jednej czwartej rozdziałów. Pamiętajmy, że nie mówimy o stosunkach między Islandczykami a Mauretańczykami, ale o relacjach między sąsiadami z jednej ulicy. Nie pojawiają się oni w trzech czwartych rozdziałów podręczników historii. To cierpienie własnego narodu było głównym tematem 42% rozdziałów z podręczników chorwackich, 14% rozdziałów z podręczników boszniackich – co przy okazji pokazuje różnicę w postrzeganiu tego cierpienia. W podręcznikach boszniackich w 19 wypadkach pisano o wojnach obronnych, które toczyli Boszniacy, i tylko o 1 wojnie zaborczej. W chorwackich podręcznikach wojen obronnych było już 40, a zaborczych „aż” 4. W serbskich podręcznikach wojen tych było 58, ale w 10 przypadkach była mowa również o wojnach zaborczych. Gdy weźmiemy pod uwagę, że znakomitą…