Rozumiem wciąż powracające tęsknoty za wielkimi, epickimi formami prozatorskimi, sam jednak takich nie odczuwam. Najbardziej frapujące są dla mnie pytania o polityczność literatury oraz jej związki z publicystyką. Formą sztuki zaangażowanej po 1989 r. ma być sztuka krytyczna. Twórcy związani z lewicą, wrażliwi na szkodliwe według nich zjawiska społeczne sięgnęli sprytnie po termin dobrze się kojarzący: po pierwsze – z dojrzałym realizmem powieści XIX-wiecznej, po drugie – ze sprzeciwem wobec ciasnego socrealizmu. Nie trzeba pogłębionej analizy, by wskazać na owe konteksty jako leżące u genezy wygodnego dla lewicy terminu. W ten sposób zaistniało przeciwstawienie literatury krytycznej i literatury prawicowej. Lecz tu rodzi się problem. Jeśli bowiem sztuka krytyczna to taka, której twórcy kontestują rozmaite zjawiska społeczne i polityczne, to za czołowych krytyków III RP uznałbym szeroko rozumianą prawicę. Jednak – z wyjątkiem grupy ośmiu konserwatywnych intelektualistów, dyskutujących w drugiej połowie lat 90. klasyczne teksty filozoficzne, którzy przyjęli szyld Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej – termin „krytyka” przylgnął do lewicy. Jaki jest efekt? Prawica w sztuce wypiera się kierunku własnego zaangażowania.
Czy istnieje „literatura prawicowa”? Rafał Ziemkiewicz odpowiada krótko – czegoś takiego nie ma. Istnieje zaś – mówi – „pewna wpływowa koteria w krytyce literackiej i mediach, która domaga się, by literatura opisywała nie realnie istniejącą III RP, ale jak w czasach socrealizmu, rzeczywistość postulowaną – »państwo, będące największym sukcesem w dziejach Polaków«. A pisarzy, którzy się temu nie podporządkowują, usiłuje wykluczyć taką właśnie etykietą”. Opinia ta, akcentująca stygmatyzującą funkcję tzw. salonu, jest pozbawiona siły perswazji. Z pewnością obrazi (a może i rozbawi?) nieprzekonanych. Owej mocy przekonywania nigdy za dużo, bo wbrew opinii autora Michnikowszczyzny, wielu potrafiłoby wskazać, kto tworzy tak definiowaną literaturę. Czy istnieje zatem w sztuce prawicowy pisarz? Zanim udzielimy jednoznacznej odpowiedzi, przyjrzyjmy się, kim mógłby on być.
O trzech takich, co piszą…
Pisarz prawicowy to taki, którego światopogląd jest znany i klasyfikowany jako prawicowy, ale jego twórczości, samej literatury prawicowość nie dotyczy. Znajomość poglądów twórcy może sprzyjać naszemu zainteresowaniu jego pracą literacką, bądź nas od niej odpychać, tak jak naszą ciekawość dzieła może osłabić szczególnie paskudna przywara autora. Zdarza się jednak, że zarówno różnice, jak i przywary pociągają. Literatura piękna daje się oczywiście politycznie używać, jednak najwyższy kunszt artystyczny i swoboda duchowa wymykają się nawet najsprawniejszym kategoriom ideologicznym. Znakomitym przykładem tak rozumianego pisarstwa i jednocześnie znanej i wyrazistej funkcji społecznej mógłby być Jarosław Marek Rymkiewicz. Nie chodzi tylko o poezję twórcy z Milanówka, ale przede wszystkim o słynną trylogię, na którą składają się Wieszanie, Kinderszenen oraz Samuel Zborowski.
Mimo iż autor ten nie odżegnuje się od politycznego zaangażowania, czytanie jego twórczości przez polityczne okulary nie wnosi niczego do interpretacji i rozumienia jego pisarstwa, a wręcz je wypacza. Jeszcze czym innym jest możliwość metapolitycznego komentowania literatury (trylogia Rymkiewicza zdaje się do tego zachęcać) i nawet jeśli taka metoda przynosi owoce, to nie prowadzi już tak jednoznacznie na prawo. Jednocześnie warto dodać, że o twórczość Rymkiewicza intelektualne koła konserwatywne spierają się nie od dziś. Powszechnie akceptowany jest patriotyczny etos pisarza (jego kategoria polskości i wspólnoty), zaś kontrowersje budzą pozachrześcijańska metafizyka i wyostrzony turpizm – fascynacja cielesną destrukcją.
Po drugie pisarz prawicowy to autor dzieła ważnego dla prawicy. Dzieła, które proponuje kategorie do diagnoz politycznych i społecznych, umacnia konkretne poglądy polityczne, dostarcza idei zarówno na poziomie świata przedstawionego, jak i uogólnień. Dobitnym przykładem takiej powieści jest Dolina nicości Bronisława Wildsteina, która znakomicie daje się interpretować społecznie, przynosi mnóstwo tematów interesujących i ważnych dla prawicy czasów postkomunizmu. Wystarczy wymienić wątki zmagań z układami w świecie upolitycznionych mediów, lustracji, bezwzględnego karierowiczostwa oraz dramatu ofiar transformacji. Jednocześnie Dolina nicości – jako rasowa powieść polityczna – nie poprzestaje na negatywnym oglądzie świata. Stawia zadania, otwiera perspektywy, pokazuje możliwości przemiany. Szczególną odmianą tak rozumianej twórczości zaangażowanej (o wydźwięku konserwatywnym) mogą być powieści Andrzeja Horubały. Autor opisuje w nich świat przegrany, upadły, rzeczywistość, która łamie jednostki walczące o ważne dla siebie wartości. Nie stawia jednak zadania, jak stawiali je – poprzestańmy na klasykach – Żeromski czy Kaden-Bandrowski. Pamflety Horubały, choć nie dostarczają haseł na partyjne banery, pozwalają rozpoznać ideową pozycję autora i drążą sumienie.
Po trzecie wreszcie, pisarz prawicowy to taki, który używa zwrotów, żargonu, słów kluczy oraz sięga po charakterystyczne dla prawicowego kodu tematy. Zamiast literackiej kreacji bądź językowej transformacji rzeczywistości używa gazetowych postulatów, zamiast opowiadać historię, angażuje bohaterów w polityczne zapasy. To najmniej szczęśliwy przykład literatury, nawet jeśli prawdą jest, że książki powinno się pisać jedynie po to, by powiedzieć w nich to, czego nie ośmielilibyśmy się wyznać nikomu. I nie o intymność tu chodzi. Wielu upatruje w prawicowej publicystyce pisarskiej politycznego wyładowania frustracji, przemycenia pod literackim płaszczykiem treści, za którą wzięcie odpowiedzialności w formie publicystycznej byłoby jeśli nie niemożliwe, to wielce ryzykowne. W publicystyce nie daje się tak łatwo napisać, że ktoś jest obleśnym grubasem, bezczelnym złodziejem czy – sięgając po kolejną banalną zbitkę – groźnym bandziorem. W literaturze publicystycznej wystarczy jedno mrugnięcie okiem, i czytelnicy wpadają w transowy taniec – zainteresowani już się domyślą, wtajemniczeni reagują prawidłowo. Czy tak ma działać literatura?
W polskiej kulturze przyjęło się, że znani z codziennych batalii publicyści sięgają po różne formy wypowiedzi literackich dla wyrażenia swoich przekonań lub czysto doraźnych obserwacji. Publicystyczny trzon tych wypowiedzi odbiera im – jak powszechnie wiadomo – ciężar literacki. W ten sposób powstają co najwyżej zgrabne czytadła, w czym nie ma nic złego, a nawet widać tu potwierdzenie intuicji Gombrowicza: „Jak wy, i wraz z całym światem, staczam się w publicystykę”. Jednak tylko twórcom sięgającym literackich wyżyn próba łączenia wysokiego z niskim, literatury z publicystyką może przynieść dobre efekty. Czy przykładem czytadła może być Zgred Rafała Ziemkiewicza? Ostatnio, zdaje się, jednym z bardziej udanych w tej formie. Zgredaczyta się dobrze, to znakomite czytadło. Jednak zdecydowanie książka ta najciekawsza jest tam,…