Subskrybuj
Pisarz, krytyk literacki, eseista, historyk literatury oraz grafik. Pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Laureat nagrody Fundacji im. Kościelskich, Paszportu „Polityki”, Nagrody im. Ericha Brosta, Nagrody im. Andreasa Gryphiusa, Nagrody Fundacji Kultury, Nagrody Literackiej Gdynia, i innych....

Kryzys powieści szaleje nad Polską

Gdyby dzisiaj żył powieściopisarz Prus, ciężkie miałby życie w Polsce. Lalka jako debiut powieściowy młodego, nieznanego pisarza z Warszawy pewnie słabo by się sprzedawała w Empikach. A jeśli nawet zostałaby wydana przez jakieś małe wydawnictwo w Gorzowie Wielkopolskim albo w Środzie Śląskiej, do Empików w ogóle by nie trafiła. I mało kto chciałby z własnej nieprzymuszonej woli ślęczeć nad losami dziwaka Rzeckiego, bo mało kto by o niej wiedział.

Kryzys powieści szaleje u nas obecnie jak tajfun na Jamajce. Nie to, co w innych krajach. Na przykład mówi się u nas, że w takiej Francji wielkim pisarzem jest dzisiaj Francuz Houellebecq. Że on pisze bardzo wielkie rzeczy. Że Francja ma wielką powieść, bo gdyby nie miała wielkiej powieści, nie miałaby Nagrody Goncourtów. Że to jest wielka literatura, szczyty, Himalaje europejskiego ducha dzisiejszego.

Przeczytałem parę powieści Francuza Houellebecqa i jakoś nie zauważyłem, że to są Himalaje. Więcej nawet – odkryłem, że wolę czytać Polaka Andrzeja Stasiuka niż tego genialnego Francuza. Czy zatem wynika z tego, że Polak Stasiuk ma lepsze pióro niż Francuz Houellebecq? Wygląda na to, że ma, choć już słyszę sforę, która krzyczy, że nie. Ale ja mimo to myślę sobie, że Stasiuk jest lepszym pisarzem niż Houellebecq. Więcej: wolę go nawet czytać bardziej niż ostrą obywatelkę Jellinek, boginię światowego Nobla, chociaż wielu uzna taką opinię za przesadzoną, a może i niedorzeczną. W tym sensie powieść polska jest dzisiaj lepsza niż powieść francuska i austriacka.

Przeczytałem też kiedyś słynną powieść Jonathana Littella Łaskawe i nawet o niej coś napisałem. Jest to przypadek ciekawy, jeśli chodzi o rozważania nad kryzysem powieści. Łaskawe bowiem to klasyczna bardzo dobra zła powieść traktująca o ważnej sprawie, której autor nie miał prawie żadnych skrupułów, jeśli chodzi o mocne efekty ocierające się o kicz. W Polsce nikt nigdy takiej powieści nie ośmieliłby się napisać, bo wszyscy boją się tknąć ostrym piórem tabu Holokaustu, a Littell się ośmielił. Ale jak tu odpowiedzieć na podstawowe pytanie, czy powieść, którą należy określić jako „dobra zła”, jest dowodem na kryzys powieści, czy też nie jest?

Dyskusje o stanie polskiej powieści nudzą mnie śmiertelnie. Wolałbym, żeby znalazło się w Polsce czasopismo, które zaprosiłoby paru polskich powieściopisarzy do dyskusji o życiu. Rozmowy o życiu bowiem znacznie bardziej służą literaturze niż rozmowa o literaturze. Zaprosić tak paru pisarzy i zapytać ich, co myślą o kardynale Dziwiszu, czy kardynał Dziwisz nadaje się na powieść, co myślą o Janie Pawle II, czy Jan Paweł II nadaje się na powieść (bo filmy raczej nie wychodzą), co myślą o Rosji i Putinie, czy Putin nadaje się na powieść, co myślą o aborcji, o prawie do eutanazji, o drańskiej robocie Amerykanów na Bliskim Wschodzie, czy Afganistan nadaje się na powieść, co myślą o Bogu, czy Bóg nadaje się na powieść, co myślą o życiu seksualnym księży, czy celibat nadaje się na powieść, bo wcale nie zmienia istoty ludzkiej w istotę aseksualną, co myślą o Jarosławie Kaczyńskim, samobójstwie, mieście Gdańsk, jak sobie wyobrażają życie pośmiertne, czy boją się kobiet oraz czego najbardziej nienawidzą? Myślę, że byłaby to rozmowa pożywniejsza niż międlenie kryzysu powieści, bo mogłaby to być dyskusja o – jak mówił Miłosz – „tematach do odstąpienia”, o pomysłach na powieść, na powieściowego bohatera, na powieściową fabułę, a to chyba znacznie pożywniejsze.

Rzecz jednak znacząca, że nikt w Polsce takiej dyskusji nie wszczyna i pewnie nikt nie ma ochoty w niej uczestniczyć. Redaktorzy wolą ględzenie o kryzysie powieści, chociaż prawie nikogo w Polsce żaden kryzys powieści nie obchodzi, gdyż mało kogo obchodzi literatura, może poza garstką szlachetnych maniaków, do jakich należę.

Ja sam żadnego kryzysu nie odczuwam, bo słyszę o nim prawie od urodzenia, więc kryzys to dla mnie nie nowina. Ja przyzwyczajony. Pamiętam dyskusje sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy to w Polsce żyli ludzie tacy jak Andrzejewski, Kuśniewicz czy Iwaszkiewicz, a wyrzekanie na kryzys powieści było powszechne. Że nie ma polskiej powieści. Że nie ma wielkiego obrazu przemian. Że lustra na gościńcu próżno szukać. Że języka polscy pisarze nie mogą odnaleźć. „Życie Literackie” Machejka żywiło się takim pokarmem. Dlatego choć kryzys szaleje jak tajfun, piszę swoje książki o Gdańsku, o samobójstwie, o Bogu, o Rosji, a nawet o Ameryce, o osobie Fryderyka Nietzschego, o pracowniku uczelni wyższej, który wylądował na dworcu, o niemieckim doktorze Hanemannie, którego trochę lubię, a trochę nie lubię, o Synu Bożym, który stał się makijażystą, czy o pewnej pannie, która uratowała „Jezusa” od ukrzyżowania. I więcej: choć kryzys szaleje, te powieści…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Katolicy otwarci: Czy Kościół trzeba ratować?