Na kilkadziesiąt minut przez planowanym początkiem uroczystości jej scena właściwie już była zajęta, pełna mniej lub bardziej spektakularnych akcji. Część obrońców cały czas modliła się pod krzyżem, ale jednocześnie ich liderzy dążyli do aktywizacji tłumu zgromadzonego za barierkami. Pojawiły się znane z okresu Solidarności nawoływania: „Chodźcie z nami”, które wkrótce przekształciły się w skandowane hasło: „Jeśli jesteście Polakami, chodźcie z nami”, będące performatywnym wyzwaniem (i wykluczeniem): kto nie idzie z nami, kto do nas nie dołącza – nie jest Polakiem. Ponieważ zaś dołączenie było blokowane przez siły porządkowe, chcący dowieść swojej polskości tłum zaczął na nie napierać z ogromnym impetem. Powstał w ten sposób niezwykły obraz – metonimiczna scena narodowa, symboliczne centrum Polski zajmowane przez garstkę stojącą pod krzyżem i szturmowane przez tłum, który chce do niej dołączyć. Nic dziwnego, że na głowy broniących dostępu strażników posypały się najgorsze inwektywy: „gestapo”, „mordercy”.
Może budzić zdziwienie, że organizatorzy uroczystości nie zdecydowali się na usunięcie niewielkiej grupki obrońców z miejsca przygotowanego na potrzeby innych występów. Jest jasne, że władze i siły porządkowe nie chciały rozwiązań siłowych, zwłaszcza wobec obecności mediów i licznych potencjalnych przeciwników takiej akcji. Obrońców krzyża można było jednak usunąć rankiem, w chwili ustawiania barierek, kiedy na Krakowskim Przedmieściu było mało ludzi i bodaj jedna tylko kamera, z której zdjęcia znalazły się w filmie Ewy Stankiewicz. Jej obecność nie stanowiła problemu, o czym świadczy fakt, że późniejsze usuwanie obrońców spod krzyża było filmowane i w niczym nie zmieniało to przebiegu akcji. Wydaje się więc, że dowództwo sił porządkowych od początku zakładało pozostawienie obrońców na wydzielonej scenie. Później, gdy sytuacja była już bardzo napięta, a 18 obrońców zdołało zająć scenę przygotowaną na potrzeby uroczystości, zaczęły się nerwowe konsultacje i narady. Straż miejska i policja wydawały się gotowe do usunięcia protestujących. Co chwila dochodziło do przepychanek, jakby służby porządkowe chciały przetestować siłę ewentualnego oporu. Nikt jednak nie wydał polecenia usunięcia obrońców, być może z obawy o reakcje zgromadzonych i mediów, a być może w poczuciu, że przeniesienie krzyża i likwidacja tyle co ustanowionej sceny wcale może nie jest w interesie najważniejszych uczestników konfliktu.
Brzmi to może dziwnie, ale bezradność wszystkich władz odpowiedzialnych za przygotowanie uroczystości rodzi podejrzenia, że brakowało im albo wyobraźni, albo determinacji do realizacji zawartego niedawno porozumienia. O ile obawy związane z użyciem siły były zrozumiałe, o tyle zupełnym zaskoczeniem było to, co wydarzyło się pod Pałacem Prezydenckim w porze, na którą zaplanowano ceremonię przeniesienia krzyża.
Próba usunięcia*Zamiast zapowiadanej procesji i „oprawy liturgicznej” (cokolwiek by to znaczyło) pod krzyż przybyła grupka harcerzy, kilku urzędników z Kancelarii Prezydenta z doglądającym przebiegu wydarzeń ministrem Jackiem Michałowskim oraz… czterech księży z kościoła św. Anny, kompletnie nieprzygotowanych na sytuację, z jaką będą musieli się zmierzyć. Ich pojawienie się stanowiło ostateczny znak, że oto rozpoczyna się próba usuwania krzyża. Właśnie „próba usuwania”, a nie uroczystość przeniesienia, ponieważ żadnych znamion uroczystości pod Pałacem nie było. Gdy kurz po 13 sierpnia opadł, pojawiły się pytania, dlaczego po krzyż nie przyszli warszawscy hierarchowie z abp. Nyczem na czele i w tak lubianej przez Kościół „ubogaconej”, neobarokowej oprawie procesyjnej nie przenieśli go ceremonialnie i uroczyście na przygotowane miejsce. Pytania takie wydają się o tyle zasadne, że kierowane są pod adresem ludzi zajmujących się zawodowo między innymi odprawianiem rytuałów i organizowaniem ceremonii, a więc specjalistów, dowodzących w wielu przypadkach wielkiej wiedzy i talentów organizacyjnych i wykonawczych. Trudno przypuszczać, że warszawska kuria, która niecałe dwa miesiące wcześniej współorganizowała monumentalną uroczystość beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki, nie miała sił i środków, by wyposażyć w odpowiednią moc przedstawieniową ceremonię przeniesienia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Niewiarygodne wydaje się także przypuszczenie, że abp Nycz i jego współpracownicy nie zdawali sobie sprawy z powagi i znaczenia sytuacji. Wyrażana wielokrotnie obawa o to, że znak Męki Chrystusa zostanie wykorzystany do walki politycznej, sugerowała potrzebę zaangażowania się w zapobieżenie temu zagrożeniu nie tylko przez wydawanie komunikatów i moralizowanie w czasie kazań. O ile wiem, nikt nigdy nie udzielił żadnego wyjaśnienia w tej kwestii. Nie chcę podejrzewać kurii o podwójną grę i pozorowanie współpracy na rzecz przeniesienia krzyża przy jednoczesnym dążeniu do jego pozostawienia pod Pałacem. Bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem wydaje mi się pewna ostrożność czy też niechęć do zajmowania eksponowanego miejsca na już wydzielonej scenie konfliktu. Kościół z uporem powtarzał, że nie jest stroną w tym sporze, co nawet jeśli było prawdą w odniesieniu do bezpośrednich i faktycznych jego uczestników (wciąż słyszę, że Kościół to wspólnota wiernych, więc i za tych wiernych zgromadzonych pod krzyżem brać powinien odpowiedzialność), miało się nijak do poziomu symbolicznego, na jakim spór się toczył. Krzyż stojący pod Pałacem był przez jego przeciwników postrzegany jako znak wkroczenia religii w przestrzeń publiczną. Mimo powszechnego poczucia, że Kościół – i to Kościół instytucjonalny, hierarchia – jest w tym konflikcie jednym z najważniejszych aktorów, hierarchowie wybrali strategię „gry w głuchy telefon” i formalistycznego powtarzania: „My nie jesteśmy stroną w tym sporze”. W rezultacie tego unikania otwartego włączenia się do dramatycznej rozgrywki Kościół znalazł się w pułapce. Koniec końców, musiał się pojawić na scenie pod krzyżem, a że pojawił się, usiłując nadal na niej nie zaistnieć, niemal natychmiast został zdemaskowany i dosłownie przepędzony. To jedna z najbardziej niezwykłych scen dramatu krzyżowego. Czterech wystraszonych księży, ubranych w proste białe komże (żadnych znamion wyróżniających, żadnego „ubogacania”), próbuje z trzymanych w rękach modlitewników odczytywać przygotowane formuły nabożeństwa. Naprzeciwko i wokół nich obrońcy krzyża ze łzami w oczach proszą, by im go nie zabierać. Jedna z kobiet podchodzi i całuje wiodącego grupę proboszcza kościoła św. Anny w dłoń. Ktoś krzyczy, że nie mają prawa nazywać się księżmi, bo ich powinnością jest obrona krzyża. Ktoś proponuje, by pomodlić się za kapłanów. Ludzie odmawiają…