Być może nie jest to oficjalne stanowisko, ale pogląd ten jest często powtarzany przez osoby reprezentujące Kościół – pytani podczas konferencji, debat, w rozmowach prywatnych o to, czy katolicy nie powinni bardziej angażować się w działania na rzecz osób potrzebujących wsparcia, odpowiadają, że uczynki rodzą się z wiary, więc skupić się należy przede wszystkim na życiu duchowym. Szanując postawę tych, którzy w centrum stawiają relację z Bogiem, można jednak zapytać, czy w tym sposobie rozumowania nie kryje się jakiś rodzaj braku ufności w prawdziwość wcielenia, rodzaj niedowierzania w to, że Bóg przychodzi też w drugim człowieku.
Herezja aktywizmu
Przed postawieniem pytania o to, czy katolicy powinni być bardziej aktywni społecznie należałoby odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu teraz są aktywnymi członkami swoich społeczności. Informacje na temat działań polskich katolików podejmowanych w trosce o dobro wspólne są raczej fragmentaryczne. Z jednej strony dzięki badaniom Głównego Urzędu Statystycznego i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC mamy coraz więcej twardych danych dotyczących liczby kościelnych organizacji wspólnotowych i instytucjonalnych, liczby ich członków, wolontariuszy i beneficjentów [omówienie wyników ostatnich badań na s. 60–61]. O wielu inicjatywach można dowiedzieć się z mediów – regularnie pojawiają się relacje z takich akcji jak Szlachetna Paczka prowadzona przez Stowarzyszenie WIOSNA czy Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom organizowane przez Caritas. Lista mniejszych inicjatyw jest bardzo długa. Z drugiej jednak strony, trudno jest z tych informacji wyciągnąć jednoznaczne wnioski na temat postaw polskich katolików. Czy popularność Szlachetnej Paczki (czyli akcji przekazywania biednym rodzinom darów dobranych według ich potrzeb), w którą może się włączyć każdy, mówi nam coś o zaangażowaniu samych ludzi wierzących? Albo czy liczba przyparafialnych grup charytatywnych wystarczy, żeby określić, jak wygląda gotowość katolików do odpowiadania na potrzeby lokalnej społeczności?
Być może łatwiej byłoby zrozumieć katolickie podejście do zaangażowania dla dobra wspólnego, gdyby teksty i kazania duszpasterzy wskazywały zgodnie jeden kierunek. Nie ma tu jednak jednomyślności – aktywność społeczną pewni duchowni uznają za priorytet, inni w najlepszym razie za nieszkodliwe hobby. Pojawiają się też obawy, że przywiązywanie zbyt dużej wagi do pomagania obcym może źle wpływać na wykonywanie innych obowiązków – zawodowych lub rodzinnych.
Ks. dr hab. Edward Staniek, który w latach 1993–2001 był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, w książce Uwierzyć w Kościół pisze: „(…) heretycy w podejściu do prawdy objawionej popełniają taki błąd, że akcentując jedną prawdę, zapominają o innych. Na przykład współczesna herezja aktywizmu: działanie, działanie, działanie. Kościół jest od tego, aby pomagać innym. Wtedy nieważna jest modlitwa, nieważna jest Msza św., lecz tylko działanie i działanie. Po kilku latach takiego podejścia działający pada ze zmęczenia i w ogóle nie wie, po co jest chrześcijaninem”. Na podobne zagrożenie wskazuje ks. dr Marek Dziewiecki z Katedry Teologii i Psychologii Pastoralnej UKSW. W artykule Wolontariat w duchu Ewangelii pisze: „Jeśli zaangażowanie na rzecz bliźnich odbywa się kosztem więzi rodzinnych wolontariusza, kosztem jego codziennych obowiązków w szkole czy w pracy, albo kosztem dorastania do powołania w małżeństwie, kapłaństwie czy życiu konsekrowanym, to taki wolontariat nie jest zgodny z duchem Ewangelii. Nie służy rozwojowi wolontariusza, a przez to jego zaangażowanie na rzecz innych ludzi nie może być pogłębione i owocne”.
Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że brak równowagi w życiu może przynosić złe skutki. Problem z przytoczonymi opiniami polega na czymś innym. Kryje się w nich założenie, że zaangażowanie na rzecz bliźnich to mechaniczne działanie, które jedynie zajmuje cenny czas, a samo w sobie nie sprzyja duchowemu dojrzewaniu i pogłębianiu rozumienia swojej relacji z ludźmi i z Bogiem. Inną wizję przedstawiał Jan Paweł II, który w przesłaniu na zakończenie Międzynarodowego Roku Wolontariatu (2001) przekonywał: „wolontariat w każdym przypadku powinien być szkołą życia, zwłaszcza dla ludzi młodych, przyczyniając się do ich wychowania w kulturze solidarności i otwartości, w gotowości do dania daru z siebie. Iluż wolontariuszy poprzez odważne zaangażowanie się na rzecz bliźnich dochodzi do odkrycia wiary! Chrystus, który zachęca, aby służyć Mu w ubogich, przemawia do serca tego, kto staje się ich sługą. Pozwala doświadczyć radości miłości bezinteresownej, miłości, która jest źródłem prawdziwego szczęścia”. Podczas gdy ks. Dziewiecki ostrzega, że: „Wolontariat bez formacji zamienia się w pusty aktywizm społeczny”, Jan Paweł II w aktywizmie społecznym widzi szansę na prawdziwą formację, która głęboko przemienia ludzi zaangażowanych.
Humanistycznie czy po chrześcijańsku?Według ks. Dziewieckiego nie każdy rodzaj zaangażowania jest tak samo cenny. Wprowadza on rozróżnienie na wolontariat humanistyczny i wolontariat chrześcijański, przy czym ten drugi rodzaj wydaje się w opinii autora bardziej pożądany. W cytowanym już artykule czytamy: „wolontariat chrześcijański wyraźnie różni się od wolontariatu humanistycznego (…). Wolontariat według zasad Ewangelii ma głębsze motywy, bo wynika z miłości Boga do człowieka, a nie tylko ze spontanicznej wrażliwości na potrzeby bliźnich. Po drugie, wolontariat chrześcijański ma głębsze cele. Nie chodzi tu tylko o nakarmienie głodnych czy odwiedzenie samotnych. Chodzi o pomaganie bliźnim w rozwoju, aż do świętości włącznie. Po trzecie, wolontariat jest na…