Subskrybuj
Kustosz w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, pracuje w Instytucie Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, oddziale Muzeum. Opublikował m.in. Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie (2011), przygotowuje biografię Jana Józefa Lipskiego, prowadzi...

Świecki kaznodzieja

Z lektury książki Joanny Kuciel-Frydryszak można wywnioskować, że podstawową cechą Słonimskiego było pragnienie oddziaływania na środowisko, potrzeba bycia zauważonym. Był przekonany o własnej wyjątkowości. Ta podświadoma postawa, częsta u pisarzy, mogła wpływać na działania, dla których szukał innych, bardziej ideowych uzasadnień.

Antoni Słonimski to postać trudna do rozszyfrowania. Pewne jest, że poeta był jedną z kluczowych osobistości XX-wiecznej kultury polskiej i chciał mieć wpływ na kształtowanie postaw polskiej inteligencji. Próba zrozumienia jego wyborów i poglądów, umieszczonych w historycznym kontekście, pokazywałaby przekształcenia części polskiej inteligencji (niekomunistycznej, ale lewicowej), będąc ważnym dokumentem historii Polski. Być może zresztą biografia ideowa jednego z mistrzów tej formacji pokazałaby, że już te początki były zapowiedzią przyszłych klęsk?

Wstępem do takiej biografii jest Słonimski. Heretyk na ambonie Joanny Kuciel-Frydryszak. Książka godna polecenia, świetna w lekturze, wciągająca bardziej niż niejeden kryminał – bo i biografia fascynująca (a przy tym napisana lekkim stylem), i dobrze zebrane źródła (także rozmowy ze świadkami). Dodatkowym atutem jest postawa autorki, czytającej biografię Słonimskiego z dużą wrażliwością, zarówno przez pryzmat jego poezji (często cytując wiersze dotychczas nieznane), jak i np. Wspomnień polskich Gombrowicza (świetny dokument klimatu 20-lecia). A jednocześnie autorka nie popada w czołobitność, nie ucieka od spraw w jego biografii trudnych (np. problem antysemityzmu Słonimskiego). Książka ma też wartość źródłową: podaje nowe fakty, opatrzona jest zwięzłymi przypisami oraz indeksem nazwisk. Trzeba jednak uważać, bo fakty czasem podawane są tu za źródłami wtórnymi (czy nie lepiej byłoby podawać cytaty np. z pierwodruków felietonów?), czasem bez wskazania źródeł (np. fakt kolportażu w 1940 lub 1941 r. w Londynie „żółtych ulotek informujących, kto z przybyłych jest Żydem”), wreszcie cytowane za samym bohaterem, a on tworzył przecież własną legendę (z tego niebezpieczeństwa autorka zdaje sobie sprawę, niestety zapewne w wielu miejscach skonfrontowanie mitu z innymi materiałami było niemożliwe – w biografii źródłowej taką próbę trzeba by jednak podjąć). Sama autorka napisała, że Słonimski potrafił wymyślić książkę, aby łatwiej polemizować z poglądami; zmyślił też kongres esperantystów. Ponieważ wiele informacji podawanych bez odnotowania źródła pochodzi od samego Słonimskiego, warto było zaznaczyć to jakimś ogólnym zastrzeżeniem.

Dzieje legendarne

Styl książki, stanowiący jej zaletę, sugestywnością opisu może też czasem wprowadzać w błąd (czy faktycznie w czasie, kiedy rodzice wieźli Antoniego do chrztu, jego dziadek Chaim Zelig Słonimski modlił się w synagodze – czy tylko „mógł się modlić”?). Czy SB rzeczywiście zaczęła podsłuchiwać Słonimskiego dopiero po 1956 – czy tylko takie podsłuchy do dzisiaj odnaleziono? Oczywiście styl byłby cięższy, ale efektowne skróty myślowe mogą przyczynić się do powstania nowej legendy.

Zdarzają się też czasem uproszczenia, choćby w ukazaniu stosunku Słonimskiego do cenzury (jako prezes ZLP często dyplomatycznie bagatelizował przecież za granicą jej znaczenie, mówiąc o „dwóch cenzurach” – instytucjonalnej i wydawniczej). Pojawiają się też błędy wynikające zapewne z pośpiechu – np. na plenum ZLP w 1964 przeciw likwidacji „Nowej Kultury” nie występowała tylko tzw. grupa „Europy”, do której zresztą poeta nie należał; pismo Staszica Słonimski sprzedał Muzeum Narodowemu, jak jest w tekście – czy Bibliotece Narodowej, jak głosi spis ilustracji? Podobnych pomyłek jest jeszcze kilka.

Najbardziej niebezpieczne jest jednak zbytnie zaufanie do licznych historii, które zostawił o sobie Słonimski, co widać np. w opisie sprawy Listu 34, który można przecież czytać na różnych poziomach, także poza jego dzisiejszą legendą. Czy osobiste emocje Słonimskiego, podrażnionego w niechęci do Iwaszkiewicza, nie miały tu znaczenia?

Iwaszkiewicz jest ważnym współbohaterem biografii Słonimskiego. Autorka pisze o ich relacjach, od początku trudnych, traktowaniu Iwaszkiewicza niczym prowincjusza, zauroczeniu się jego żony Słonimskim… Ciekawe byłoby napisanie ich „biografii równoległej”, zwłaszcza z lat powojennych. Niechęć do Iwaszkiewicza była przecież motorem wielu działań Słonimskiego – czego symbolem jest przestawienie przecinka w wersie „Julku miły i Leszku, drogi Jarosławie” na „Julku miły i Leszku drogi, Jarosławie”…

Zarówno ze sprawy Listu 34, jak z lektury całej książki można wywnioskować, że podstawową cechą Słonimskiego było pragnienie oddziaływania na środowisko, potrzeba bycia zauważonym. Kiedy np. w 1924 r. poeta jedzie do Brazylii, w jego tekstach skrzy się od dowcipu, ale – jak napisała Kuciel-Frydryszak – „brak (…) głębszych analiz, poznawana rzeczywistość stanowi (…) raczej pretekst do pisania o sobie” (i przytacza cytat: „miasto było dziś nudne jak zapach bananów (…) jadam je codziennie (…) widziałem drzewa (…) przypomina mi to moją karierę literacką (…)”. Jest zachwycony przerażeniem współpasażerki biorącej go za komunistę: „dostał to, co uwielbiał: reakcję, emocje czytelnika”. Był przekonany o własnej wyjątkowości; dokonując bilansu życia, pisał, że po powrocie do kraju „oparł się (…) pokusie wygód i przywilejów”: „nie zgodziłem się na pięciopokojowe mieszkanie i samochód. Dostałem to, co mi przysługiwało…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mit przeludnienia