Subskrybuj

A-pop-kalipsa

W większości apokaliptycznych utworów nie chodzi o żadne doniosłe przesłanie. Wszystkie one muszą być jednak atrakcyjne dla odbiorców, bowiem w samym motywie zagrożenia tkwi coś naturalnie urzekającego, tak jak w sile potężnego destrukcyjnego żywiołu tkwi estetyczne piękno.

Podobnie jak eschatologia indywidualna (problem istnienia bądź nieistnienia zaświatów, nieśmiertelnej duszy, kary za grzechy, itd.) eschatologia kosmologiczna, czyli kwestia ostatecznego losu świata, stanowi istotny element niemal wszystkich znanych nam kultur. Rozważania o przyszłości człowieka i kosmosu oraz ich nieubłagalnym kresie, przez wieki rozwijane w sferze mitologii, religii, filozofii czy spekulacji naukowej, w świecie cywilizacji Zachodu, przeniknęły do kultury masowej już u samego jej zarania w XIX stuleciu. Tym samym elementy eschatologiczne, głównie zaś wizje kataklizmów niszczących cywilizacje, planetę czy cały wszechświat, stały się podstawą do ukucia jednego z popkulturowych toposów: pop-apokalipsy – globalnej katastrofy, której kolejne inkarnacje stanowią osnowę setek czy wręcz tysięcy wytworów sztuki masowej.

Od apokalipsy do science fiction (i z powrotem)

Ostateczny los ludzkości w wydaniu popkulturowym to przede wszystkim grożące jej albo nawet nieuniknione kataklizmy o największej możliwej skali. To wizje upadającej cywilizacji, zsekularyzowane lub religijne apokalipsy, które przemieniają świat lub doszczętnie go niszczą. Fabularnego homo sapiens z kart popularnych powieści i taśm celuloidowych po wielokroć już zatem zgładziły lub doprowadziły na skraj zagłady pandemie (The Last Man Mary Shelley), najazdy kosmitów (Wojna światów Herberta George’a Wellsa), twory techniki (R.U.R. Karela Čapka), katastrofy kosmiczne (Kiedy zderzają się światy Edwina Balmera i Philipa Wyliego), katastrofy naturalne i klimatyczne (The Purple Cloud Matthew Phippsa Shiela) oraz niezliczone wojny międzyludzkie i konflikty atomowe (Ostatni brzeg Nevila Shute’a). To zresztą tylko drobna część z możliwych scenariuszy kataklizmów. Przybywało ich bowiem systematycznie wraz z rozwojem popkulturowych gatunków, zwłaszcza zaś literatury i filmów science fiction , oraz nowych mediów, takich jak komiks (trudno byłoby zliczyć, ile razy komiksowy Superman – jak na ironię pochodzący z planety roztrzaskanej w pył – ratował Ziemię przed niemal pewną zgubą).

Niesłusznie byłoby jednak ograniczać poszukiwania eschatologicznych wątków do literatury i filmów z kręgu fantastyki naukowej. Nienaukowe, religijne wizje końca świata stanowią odrębną i równie liczną kategorię utworów wnoszących eschatologiczne wątki do popkultury. Echa tradycyjnego, religijnego czy mitologicznego, myślenia pojawiają się zresztą w utworach science fiction, w których wybrańcy, tacy jak Neo z serii Matrix, John Connor z serii Terminator czy wspomniany Superman, przejmują funkcję współczesnych mesjaszów wyzwalających ludzkość od sił zła. Zupełnie dosłownie wątki religijne wykorzystują autorzy „thrillerów apokaliptycznych” i innych utworów, które ukazują realizację wydarzeń zapowiedzianych w Apokalipsie św. Jana i pismach prorockich. Do utworów takich zaliczyć należy wydaną w 1908 r. powieść Roberta Hugh Bensona Pan Świata, która stanowi bodaj prototyp tego typu literatury popularnej. Benson i jego epigoni ukazują zwykle grupkę prześladowanych, ale wiernych wyznawców prawdziwego Boga, w rzeczywistości, w której Antychryst przejmuje władzę nad światem i rozpętuje kataklizmy poprzedzające powtórne przyjście Jezusa. Również bardziej współczesne utwory dzielące inspiracje z Panem świata, takie jak katolicki Ojciec Eliasz Michaela D. O’Briena czy protestancka seria kilkunastu książek pióra Tima LaHaye’a i Jerry’ego B. Jenkinsa Powieść o czasach ostatecznych, przemieniają chrześcijańską eschatologię w jeden z kolejnych „efektownych” wątków katastroficznych, którymi można uwieść masowego czytelnika.

Strach na miarę swych czasów

Jeśli apokalipsa, zgodnie ze swoim greckim źródłosłowem, winna przede wszystkim „odsłaniać” to, co zakryte, to można zapytać, co właściwie ujawniają popkulturowe apokalipsy?
Z pewnością w najbardziej bezpośredni sposób, przynajmniej niektóre z eschatologicznie zorientowanych filmów i powieści, świadczą o kształcie i sile zbiorowych lęków charakterystycznych dla poszczególnych epok. Nie przez przypadek popularyzacja poglądu, że ludzkość sama doprowadzi do swojej anihilacji w globalnym konflikcie zbrojnym, wyrosła w cieniu drugiej wojny światowej, jej bezprecedensowej skali masowej śmierci, obozów koncentracyjnych, a zwłaszcza losu Hiroszimy i Nagasaki, miast zgładzonych bombami atomowymi. Wprawdzie już wcześniej istniały utwory, które zapowiadały wojnę totalną (choćby w 1933 r. taki konflikt ukazał Herbert George Wells w swojej „historii przyszłości” z powieści Shape Of Things To Come i scenariuszu zrealizowanego na jej podstawie filmu z 1936 r.), ale to po II wojnie światowej nastąpił w popkulturze rozkwit wojennych wizji apokalipsy. Zwłaszcza zaś tych, w których jako narzędzie ostatecznej zagłady funkcjonuje broń atomowa. Istnieją więc dziesiątki amerykańskich filmów z lat 50. i 60.: od arcydzieł pokroju Dr Strangelove Stanleya Kubricka po anty-dzieła pokroju Planu 9 z kosmosu Eda Wooda Jr., a wszystkie one na swój sposób ostrzegają przed wyścigiem zbrojeń. Nie zawsze zresztą niebezpieczeństwa związane z potencjalną wojną atomową wyrażane są w nich dosłownie: niekiedy pojawiają się one pod postacią oczywistych metafor, takich jak stworzone na skutek radioaktywnego promieniowania potwory w stylu gigantycznych mrówek z klasycznego monster movie lat 50. One!.

Niezwykle popularne w czasie zimnowojennych napięć filmy i powieści o „atomowym holocauście” ustąpiły z czasem popularnością utworom rozwijającym inne scenariusze zagłady. Wyraźnie odzwierciedla tę tendencję przypadek filmu Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia. Jego wersja z 1951 r. przedstawia posłańca organizacji przypominającej międzygwiezdny ONZ, który przybywa na Ziemię, aby ostrzec ludzkość przed potencjalnie tragicznym skutkiem wyścigu zbrojeń. W remake’u tego filmu z 2008 r. przesłanie przybysza jest już inne: tym razem międzygwiezdni obserwatorzy zatroskani są stanem ziemskiego środowiska, którego zniszczeniu winien jest nieograniczony rozwój przemysłu. Różnica ta wymownie mówi o zmianie świadomości społeczeństwa zachodniego, która nastąpiła w przeciągu ostatniego półwiecza. Filmy, w których globalna katastrofa jest efektem nieświadomego zniszczenia środowiska (Wodny świat, Pojutrze czy nawet animowany Wall-e), zaczęły z czasem wypierać dotychczas dominujące opowieści o wojnie atomowej. Nie znaczy to jednak, że próżno szukać wcześniejszych przykładów popkulturowych eko-apokalips ani że globalna wojna przestała zupełnie funkcjonować jako jeden ze współczesnych scenariuszy fabularnych realizowanych w filmach i powieściach.

Poza granice prawdopodobieństwa

Czy jednak związek pop-apokalips ze społecznymi lękami wystarcza jako wytłumaczenie popularności wszystkich utworów operujących toposem ogólnoświatowej katastrofy? Hipoteza ta rzeczywiście może wyjaśniać niegdysiejszy rozkwit opowieści o niebezpieczeństwie wojny atomowej – szczęśliwie dziś już mniej prawdopodobnej niż jeszcze w latach 60. czy 80. Ale czy w ten sposób tłumaczyć popularność wszystkich filmów i powieści, w których ludzkość walczy z wrogiem z kosmosu, jakąś nieznaną ziemską cywilizacją czy zamieszkującymi planetę potworami? Jak wyjaśnić modę zapoczątkowaną choćby przez powieść Richarda Mathesona Jestem legendą i podejmującą zawarte w niej wątki serię filmów o „żywych trupach” autorstwa George’a Andrew Romera? W historiach tego typu przedstawiony jest świat, w którym znajdujący się w mniejszości ludzie walczą o przetrwanie z zalewającymi ulice miast hordami ożywionych, mięsożernych truposzy. Przez ostatnie pół wieku ten subgatunek apokaliptycznej fikcji rozkwita w najlepsze. Wciąż pojawiają się nowe wariacje na jego temat, takie jak komediowy film Zombieland czy literatura spod znaku mashup o wiele mówiącym tytule Duma i uprzedzenie i zombie. Natomiast fani „żywych trupów” sami organizują w przestrzeni miejskiej happeningi, w czasie których przebrani za zombie maszerują lunatycznym krokiem przez centra metropolii przy akompaniamencie wspólnego zawodzenia. Fabularna „apokalipsa zombie” nie odzwierciedla naturalnie faktycznego strachu przed możliwością takiego kataklizmu – z prawdopodobieństwem inwazji żywych trupów nikt się raczej na poważnie nie liczy. Nośność filmu Świt żywych trupów Romero można jeszcze próbować tłumaczyć zawartą w nich krytyką konsumpcjonizmu, ale próżno się jej doszukiwać w opowieściach (a idą one w setki) filmem tym zainspirowanych. Łamiący tabu kanibalizmu filmowy zombie, czyli chodzące rozkładające się zwłoki, w czasach kultu ciała i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mit przeludnienia