Postanowiłam odświeżyć lekturę Apokryfu rodzinnego, chociaż korci mnie napisanie tekstu o powieściach historycznych Hanny Malewskiej. Oczywiście, zostały one przez historyków literatury zinterpretowane, w obecnych edycjach mają zapewniające czytelność przypisy, ale niedostatecznie włączono je w szerszą problematykę twórczości kobiet, chętnie wybierających kostium historyczny, działających w swoistej niszy. To bardzo ciekawa tendencja, niejako przecząca przekonaniu, iż powieść kobieca czerpie przede wszystkim z doświadczenia potocznego (skądinąd przekonaniu stereotypowemu, kobiety chętnie pisywały „powiastki historyczne”). Wiem, Malewska obruszyłaby się, widząc swoje nazwisko w jakiejś antologii „pisarstwa kobiecego w XX wieku”, a dowodem na to jest także Apokryf…, jednak czytanie ma zawsze pewien rys anachronizmu i niewierności: nie można dziś zlekceważyć perspektywy wypracowanej przez studia kobiece i skazać się na niedostrzeganie tego, co z punktu widzenia współczesnej wrażliwości (ale i porządku historycznoliterackiego) ważne. Tak więc erudycyjna, błyskotliwa, wynalazcza narracja historyczna autorki Opowieści o siedmiu mędrcach skłania do zadawania pytań o twórczość kobiet.
Natura opowieści
Kobiety w XX w., zwłaszcza zaś po 1945 r., często wybierały tematykę „niszową”, „kostiumową”, czyniąc z niej zasłonę dla opisu niedostępnej inaczej, niebezpiecznej z powodów politycznych rzeczywistości. Nie każda pisarka dysponowała tak imponującym przygotowaniem i talentem, by wracać do starożytnej Mityleny, dziejów rodów polskich czy przygód romantycznych poetów. Pytanie, które z perspektywy studiów kobiecych trzeba zadać, brzmiałoby, czy w tych rozległych peregrynacjach Malewska pozwala mówić kobietom, „reprezentuje” także kobiecy punkt widzenia. Z odpowiedzią, bez ponownej lektury całości dorobku, miałabym problem. Oto np. na wyspie Lesbos pisarka towarzyszy jednemu z poetyckich konkurentów Safony (której dzieje witałybyśmy najżywiej), Alkajosowi, samej poetce poświęcając zaledwie akapit. Byłoby jednak uproszczeniem poprzestanie na poszukiwaniu „nieobecności kobiet”. Rzecz raczej w opowieści, w tym, kogo reprezentuje, jaki świat podtrzymuje, umacnia. Nawiasem mówiąc, znikome zainteresowanie Malewską w ostatnich latach dziwnie kontrastuje z renesansem (przynajmniej uniwersyteckim) twórczości Teodora Parnickiego. Dziwnie, ale i zrozumiale: Parnicki dostarcza materiału do rozważań nad naturą narracji; Malewska każe podążać za opowieścią jako taką. Pozornie.
Podążanie to ma cel podobny do tego, jaki dawno wyczytaliśmy z autotematycznych partii i konstrukcji prozy Parnickiego: liczy się (oczywiście) ciąg zdarzeń, ale równie ważna jest natura opowieści. Dlatego Malewska stylizuje, pisze językiem, który uznać można za jakąś wyobrażoną wersję mowy / pisma postaci z epoki, będącej celem literackiej wycieczki. W tym sensie „apokryf” to słowo klucz do całości, co oddał Andrzej Sulikowski, autor wstępu do wydania wspomnień w edycji wydawnictwa Universitas.
Istotnie, w lekturze po latach najbardziej uderza mnie to, że tryb opowiadania, zasada budowania kolejnych, przypisanych postaci-epoce cząstek przypomina choćby tę z Opowieści o siedmiu mędrcach. Dotyczy to zwłaszcza części sprzed pamięci narratorki, a więc najbardziej, w założeniu, fikcjonalnej. Postaci są opowiadane tak, jak mogłyby o nich mówić kroniki, poematy, powieści, począwszy od XVIII w. Ich biografie są bardzo „w stylu” epoki, którą reprezentują. Wciągają też momentami niczym zapowiedzi jakiejś potencjalnej, czasem rodzajowej, kiedy indziej nawet romansowej prozy. Widoczne są także szwy opowieści, dowodzące bardzo wysokiej kultury literackiej autorki, która nie daje nam naiwnej kroniki rodziny, lecz poddaje refleksji także możliwość opowiadania, tym samym przypominając istotne dla XX w. pytania o status fikcji.
Tak więc przez soczewkę Apokryfu rodzinnego można zobaczyć metodę tego pisarstwa, obdarzającego zaufaniem wiedzę, bibliotekę, literaturę, wycofującego natomiast na drugi plan świadectwo osobiste.
Możliwe dzieje
W tym właśnie miejscu – świadectwa osobistego – Apokryf… zaskoczy współczesnego czytelnika. Nie trzeba długo rozwodzić się na temat zainteresowania autobiografizmem, w tym opowieściami rodzinnymi. To zainteresowanie w ostatnich latach ma dwa źródła: po pierwsze, jest funkcją odblokowania pamięci w Polsce po 1989 r., po drugie, sprzyja mu popkultura. Malewska pisała Apokryf rodzinnyw latach 1963–1964, tak więc warto pamiętać o zupełnie innym kontekście, także politycznym. Można śledzić fragmenty, w których wyraźnie ucina czy eufemizuje zdarzenia, mogące przynieść kłopoty z cenzurą – np., co znaczy „zginąć w walkach wewnętrznych” po 1939 r.? Delikatny jest też, musiał być, wywód na temat Rosjan – owszem, antenaci nie chcą się mieszać z Moskalami wysłanymi do pacyfikacji Polaków w Królestwie Polskim, ale stosunek do ZSRR nie jest w ogóle żadnym tematem. Zostawiam jednak te kwestie na boku. Ważniejsze są pobudki spisywania wspomnień. Dziś przyzwyczajeni jesteśmy do faktu, iż zarzewiem, główną przesłanką autobiografizmu powinno być emocjonalne nastawienie do przeszłości rodziny, uwalniające poszukiwanie własnej tożsamości. Oczywiście, autobiografie bywają różne, mogą wychodzić od zdarzenia negatywnego (i, prawdę mówiąc, te bywają najchętniej czytane i często także najciekawsze), mogą apoteozować dzieje przodków, a więc podbijać wartość samego narratora. Dziś rzadko podejmuje ktoś wysiłek szukania korzeni bez (założonego lub nieświadomego) dążenia do osiągnięcia pewnego profitu emocjonalnego. Malewska samym tytułem ustawia sprawę zupełnie odmiennie: apokryf, czyli możliwe dzieje, hipotetyczne przypadki rodziny. Autorka wywodzi także, że pewna wstępna konstelacja jest o tyle zawsze apokryficzna, że gdzieś na początku spokrewnieni jesteśmy „formacyjnie”, a krew odgrywa tu drugorzędną rolę. Tak więc zakłada raczej odtworzenie dziejów inteligencji w Polsce, czyniąc się oczywiście jej spadkobierczynią i częścią. Powtarzane wielokrotnie założenie, iż nie chodzi tu o „korzenie” osobiste, o rozwiązywanie wewnętrznych, jednostkowych konfliktów, czy choćby zaspokajanie ciekawości, stawia tekst po stronie diagnoz socjologicznych, esejów kulturowych. O ile odległa przeszłość – niewolna od uogólnień potwierdzających szlachetność antenatów, lecz nieprzesadnie kreująca wyjątkowość – podana jako apokryf wydaje się przez wybór konwencji i dystans…