Subskrybuj
kulturoznawczyni, szefowa Fundacji MaMa i pisarka. Publikuje felietony i teksty krytyczne. Autorka m.in. nagrodzonej Paszportem "Polityki" powieści Kieszonkowy atlas kobiet oraz sztuk teatralnych.

Burzyć i budować

W książce "Kamienie wołać będą" wszystko jest przeszłością: język, osadzenie w rzeczywistości XIII w., sposób rozumowania i wartości. Oczy przyzwyczajają się jednak szybko do archaizmów, ponieważ od samego początku śledzą dynamiczną akcję

Kłótnia w cechu stolarzy, majster Mateusz buńczucznie stawia się starszym kolegom i wściekły wychodzi ze spotkania. Pozostawia za plecami tradycję poszanowania prawa, wewnętrznych zasad swojego zawodu i korelacji społecznych. Idzie przed siebie z pochyloną głową i wielkimi krokami próbuje odmierzyć swoje życie. Konstatuje, że „świat nie przekręcił się do góry nogami” tylko dlatego, że on nie zgadza się z kolegami z pracy. A jednak świat w powieści Malewskiej nie tylko staje do góry nogami, zmieniając dotychczasowe reguły gry, ale także w zaskakujący sposób próbuje wrócić do normy. I tak w kółko, już nam się zdaje, że bohaterowie będą wieść normalne życie, aż tu przychodzi kataklizm, rewers szczęścia i stabilizacji. Jesteśmy usypiani scenami powrotu do normalności po to, aby za chwilę obudzić się w środku potwornej sceny. Autorka wie, że w życiu emocjonalny rollercoaster, nagła zmiana dekoracji i burza mieszają się z chwilami spokojnego picia herbaty w miękkim fotelu. Umęczeni bohaterowie powieści poddają się kolejnym próbom podnoszenia się z kolan tylko po to, aby znaleźć się na nich za jakiś czas. Podejmowana bez przerwy na nowo syzyfowa praca ich osłabia, ale tkwi w tym głęboka wartość chęci wprowadzenia kolejnej zmiany i poszukiwania nowych rozwiązań. Tylko czemu autorka im nie pomoże, nie poklepie po ramieniu i nie wskaże słusznej drogi? Ech, pewnie dlatego że każdy sam musi taką drogę odnaleźć, nie ma lekko. Nawet w pozornie pokrzepiającej historii o pięknie stworzonego przez Boga świata, w którym warto żyć, mimo że ten miesza „niewielką przygarść dobra w cały stóg nieprawości”.

Kręgosłup społecznych zależności

Osią opowieści jest katedra we francuskim mieście Beauvais. Ważna i nieugięta, symboliczna niczym biblijna wieża Babel. Tuż po tym jak spłonęła jej znaczna część, okoliczna ludność postanawia ją odbudować. Mało tego, mieszkańcy za punkt honoru stawiają sobie postawienie budowli wyższej niż sama katedra w Chartres. Do pracy biorą się wszyscy, od specjalistów różnych fachów po zwykłych obywateli. Przez jakiś czas pracuje z nimi nawet królewska rodzina, co pokazuje, że niezależnie od pochodzenia i związania z konkretnym miejscem ludzie dążą do zespolenia się z Bogiem.
Wiadomo również, że katedra to nie tylko świątynia, ale i podwalina społeczności. Bez niej nie istnieje tożsamość miasta, nie istnieje odniesienie do wspólnoty. Bez potężnej budowli ludzie krążą między sobą zawieszeni w próżni, w stanie nieważkości. Nieważności. Całe miasto zagrożone jest brakiem kontaktu z wyższymi siłami, bo kiedy zrywa się łączność z niepodważalnymi wartościami, ludzie kręcą się tylko w kółko i bezradnie patrzą po sobie w nadziei na podpowiedź. Co teraz, co mamy zrobić? Lud chwyta więc za narzędzia i przez lata, z mozołem i poświęceniem, odbudowuje kręgosłup społecznych zależności. Co chwila jednak poszczególne elementy walą się, psują i praca nie postępuje do przodu. Trochę tak, jakby tajemna siła destrukcji uniemożliwiała osiągnięcie stabilności. Kręgosłup nagina się, przekrzywia, aż w końcu zrzuca z siebie ludzi, którzy ponownie muszą piąć się w górę.

Katedra to trzon miasta i społeczności ludzi w nim mieszkających. Punkt odniesienia górujący na horyzoncie, a zarazem spajający całość. Wysiłek poświęcony odbudowie tego drogowskazu jawi się jako naturalne „układanie spraw ludzkich z woli bożej”. Tak wyjaśniona jest wartość samej pracy. Poprawianie natury ludzkiej i ujarzmianie świata tłumaczy się za to dwiema wartościami: dążeniem do wiedzy, „wdrożeniem duszy do czynów zgodnych z jej rozumną naturą”, czyli cnotą i potrzebą. Mocne osadzenie w chrześcijańskim rozumieniu świata skutkuje w powieści tworzeniem swoistej siatki, na której rozpościerają się losy poszczególnych bohaterów: wspomnianego wcześniej majstra Mateusza, jego żony Jagnieszki, mistrza Hugona, pomocnika Szymka, brata Hilarego i pozostałych mieszkańców Beauvais.

Tyle lat ludzie wznoszą olbrzymią budowlę, aby się nie rozpraszać. Dłoń przy dłoni każdego dnia budują swoją wieżę Babel, aby mieć coś, co ich łączy i zespala przy pracy. Nie efekt jest ważny, osiągany cel służy tylko podtrzymywaniu w wysiłkach. Prawdziwa wartość to sama praca i wspólnota, która się przy tym zawiązuje. I nawet kiedy całość znowu się niszczy, ludzie znajdują w sobie siłę, aby spróbować raz jeszcze. Ciężka i żmudna robota, za którą nie dostaje się nic oprócz zapachu potu drugiego człowieka i wspólnego uczucia zmęczenia. Ale i satysfakcji, dziwnego mrowienia wokół serca, kiedy patrzy się na to, co już stoi. Wieża Babel, katedra, dom. Liczy się jedność czasu i miejsca oraz pracy.

Strach przed jednością

Czy tego boi się Bóg, kiedy powtórnie niszczy efekt ludzkiego trudu? Jaka siła drzemie w człowieku stojącym obok drugiego człowieka? Czy ich zamysł to profanacja boskości i majestatu Najwyższego? Bo zesłać pożar to dla niego za mało. Zesłać zły los na głównych budowniczych katedry to jeszcze nie to. A upodlić ich, pozabijać w mękach i gniciu? O, to jest dobre….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawo do zabijania