Subskrybuj
Redaktor w Wydawnictwie Znak, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ.

Homo muranoviensis

Jeszcze niedawno każdy zainteresowany historią warszawskich Żydów, odwiedzając Muranów po raz pierwszy, skazany był na osobliwe odczucia. Z żalem, że po przedwojennej atmosferze nie ma śladu, prawdopodobnie już tu przyjechał. Powodowany szarzyzną niesmak wzmagał się w miarę spaceru. Niedowierzanie, że można mieć tu dobre sny, przybysz zabierał ze sobą do domu.

„Gdy się projektuje, nie ma sensu uciekać od własnej tożsamości. Gdziekolwiek jesteś, przywozisz ją ze sobą i nieważne, jak mocno będziesz się starać zbadać genius loci, zawsze zostaną ci tylko wyobrażenia przefiltrowane przez osobistą historię. Cudzej nie masz szans w pełni poznać, ten, kto twierdzi inaczej, kłamie” – wypowiedź Rainera Mahlamäkiego, fińskiego architekta odpowiedzialnego za kształt siedziby muranowskiego Muzeum Historii Żydów Polskich, dotyczy też pisania książek. Beata Chomątowska szukała opiekuńczego ducha warszawskiej dzielnicy, choć w stolicy zamieszkała dopiero po studiach. By nie narazić się architektowi, trzeba by stwierdzić bardzo stanowczo, że go nie znalazła. Ale przecież nawet w pirackich opowieściach najbardziej ekscytujące jest nie tyle odnalezienie wyspy skarbów, ile same poszukiwania.

Ból fantomowy

Beata Chomątowska rozpoczyna przygodę z Muranowem z mapą w ręku. Jako osoba z zewnątrz dostrzega to, co dla oswojonych z otoczeniem może pozostawać niewidoczne. To obcy zawahają się, przekraczając granicę dawnego getta; patrząc na bloki, podwórka i wzniesienia usypane z gruzów, służące zimą kolejnym pokoleniom do zjeżdżania na sankach, mogą spostrzec, że to „miejsce-po-getcie” pozostaje „puste (chociaż zabudowane), jest ogołocone i martwe (chociaż wre tam życie)”. Obcy – z przywiezioną tu wrażliwością i swego rodzaju naiwnością – mogą się zastanawiać, o czym śnią mieszkańcy i czy miewają koszmary. Dla nich przypadkowe przedmioty odnalezione podczas remontu ulicy – porcelitowy dzbanek, lalka bez kończyn, nadpalone książki z hebrajskimi literami – nie będą czymś naturalnym ani nawet archeologiczną ciekawostką. Będą głosem z zaświatów, niepokojącym ziszczeniem słów z Księgi Hioba, wypisanych na pomniku Umschlagplatz: „Ziemio, nie kryj mojej krwi, iżby mój krzyk nie ustawał”.

Tylko osoba z zewnątrz mogła spojrzeć na Muranów jak na powierzchnię Księżyca, na której wciąż widać ślady pozostawione przez uczestników kolejnych misji Apollo. Chociaż tutaj jest ich nieskończenie więcej i nakładają się na siebie, Beata Chomątowska odsłania je przed czytelnikami jeden po drugim z cierpliwością archeologa. Te ślady zostawił zadowolony klient fabryczki obuwia braci Bigelmanów, w której pracował przed wojną młody Pinkus Szenicer. To odciski zimowych botków Marleny Dietrich. W styczniu 1964 r. aktorka szła z naręczem bzu do pomnika projektu Natana Rappaporta. Jego odciski też tu są, zaraz za śladami stóp dziewięcioletniej Reginki, która wykradała się z getta, by po aryjskiej stronie zdobyć jedzenie dla babci i młodszego rodzeństwa („Na razie Niemcy do dzieci nie strzelają”).

Szklane domy

Chociaż ból fantomowy towarzyszy różnym bohaterom od początku tej opowieści, Chomątowska nie opisuje jedynie doświadczenia cierpienia i utraty. Autorka nie patrzy na dzisiejszy Muranów wyłącznie jako na „miejsce-po-getcie”. Nie traktuje architektury jak scenografii, którą wystarczy lekko popchnąć, by ją przewrócić i obnażyć gruzy. Wie, że one ciągle tu są. Choć dzisiejsza dzielnica w niczym nie przypomina przedwojennej (nota benepowszechnie krytykowanej za ciasnotę, wszechobecny brud i nieprzyjemny zapach), powstała z domów byłego getta. Dzięki specjalnej metodzie przerabiania gruzu stary Muranów zawiera się w nowym – w jego fundamentach, ścianach nowych bloków i tarasach różnej wysokości. Pierwszy Budowniczy Bolesław Bierut podawał, że odgruzowanie terenu getta wymagałoby „3-letniej pracy 10 tysięcy ludzi, 3-letniej pracy 7 pociągów oraz odpowiedniej ilości sprzętu”. Ale obok względów oszczędnościowych decydowały też historyczne. Główny architekt Muranowa Bohdan Lachert wiedział, że w przemielonym gruzie znajdą się nie tylko dawne czynszówki, ale i ludzkie szczątki. Szlachetna idea stworzenia wyjątkowego osiedla-pomnika, którego ściany pozostaną nieotynkowane, okazała się trudna do zniesienia dla nowych mieszkańców – budynki były „sinobrunatne, nasuwające skojarzenia z ludzkim ciałem obdartym ze skóry”….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy papież nam zaufa?