Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Nie lękajmy się stanąć w prawdzie

Głównym zarzutem wobec Kościoła nie jest to, że zdarzają się księża pedofile. Problem polega na tym, że instytucja kościelna chowa i chroni sprawców, zamiast pomóc ofiarom.

Głośna książka holenderskiego dziennikarza Ekke Overbeeka Lękajcie się o pedofilii w polskim Kościele przypomina mi nieco – zachowując, rzecz jasna, proporcje – publikacje Jana Tomasza Grossa poświęcone polskiemu antysemityzmowi. Oczywiście, jak najdalszy jestem od porównywania problematyki podjętej przez obu badaczy. Chodzi mi raczej o przełamywanie przez nich tematów tabu, o − również metodologiczną − odwagę budowania syntez i wyciągania wniosków, wreszcie o reakcję opinii publicznej na ogłaszane przez nich wyniki badań. Z reguły wywołują one święte oburzenie i uruchamiają rozmaite mechanizmy obronne, na czele z wyparciem − usunięciem problemu ze świadomości (także społecznej, a nie tylko indywidualnej).

Łatwo jest spostponować książkę Overbeeka. Pokazać, że została napisana z pozycji zewnętrznego badacza problemu, a nie „z wnętrza” Kościoła, i w związku z tym pełno w niej antyklerykalnych uprzedzeń i stereotypów. Że jej autorem powinien być raczej socjolog (najlepiej gdyby był jeszcze katolickim duchownym), a nie dziennikarz, w dodatku niekatolik i cudzoziemiec, nierozumiejący polskiej specyfiki i religijności. Dalej: że opiera się ona na wątpliwych − bo zanonimizowanych i w związku z tym łatwych do zakwestionowania − źródłach. Wreszcie: że Kościół w Polsce nie ma sobie aż tak wiele do zarzucenia, bo przypadki występowania pedofilii wśród duchownych nie przekraczają średniej krajowej. A tak w ogóle to pedofilski skandal był wprawdzie możliwy w Stanach Zjednoczonych czy w Europie Zachodniej, ale nie tutaj – w kraju, który wydał świętego papieża. Bo przecież „Polonia semper fidelis” – i dlatego pedofilia u nas „nie przejdzie”.

Czy na pewno? W kontekście powyższych zastrzeżeń autor cytuje opinię wybitnego katolickiego psychoterapeuty ks. Hansa Zollnera, profesora Gregorianum i przewodniczącego komitetu organizacyjnego rzymskiego sympozjum poświęconego pedofilii (2012 r.): „Nie ma podstaw, by przyjąć, że w Kościele polskim nie było przypadków nadużyć seksualnych. Jednak skala tego zjawiska pozostaje nieznana”.

Oczywiście, można się spierać co do rozmiarów przestępstwa pedofilii w naszym Kościele. Episkopat na przykład, ustami swego rzecznika, ogranicza to zjawisko do liczby 27 księży do tej pory za czyn ten prawomocnie skazanych; Overbeek z kolei (pokazując mechanizmy, dzięki którym wiedza o uwikłaniu ludzi Kościoła w grzech pedofilii stawała się – i w Ameryce, i w Europie − coraz bardziej jawna) twierdzi, że to tylko wierzchołek góry lodowej, z którą kiedyś trzeba będzie się zmierzyć.

Odłóżmy jednak na bok liczby: owych 27 skazanych w ciągu dziesięciu lat i owe setki, których istnienia domyśla się Overbeek. W końcu to nie one stanowią o istocie problemu.  Jakkolwiek by liczyć – powiada bowiem holenderski dziennikarz − trzeba mieć na uwadze trzy rzeczy.

„Po pierwsze, głównym zarzutem wobec Kościoła nie jest to, że bywają w nim pedofile, tylko to, że Kościół ich krył i nierzadko nadal kryje. Ludzi o skłonnościach pedofilskich można znaleźć również w innych zawodach (…). Problem polega jednak na tym, że instytucja kościelna chowa i chroni sprawców, zamiast pomóc ofiarom. (…)

Po drugie, nie trzeba tragedii rozmiarów Irlandii, aby problem był poważny. Pedofil, który ma szansę swobodnie działać, może zostawić za sobą dziesiątki, a w skrajnych przypadkach nawet kilkaset ofiar (…). Wystarczy więc »parę« przypadków w Kościele, by wyrządzić poważne szkody, zwłaszcza jeśli przypadki te nie są od razu karane i trzymane z dala od dzieci. Niewielu [sprawców] trzeba do tragedii wielu [ofiar].

Po trzecie, osoba duchowna reprezentuje więcej niż samego siebie. Tam, gdzie duszpasterz jest sprawcą, tam dziecko jest krzywdzone podwójnie. Ksiądz uchodzi za człowieka nadzwyczajnego. Zatem szkody, które może wyrządzić, nabierają również nadzwyczajnego wymiaru”.

Nic dodać, nic ująć.

*

Książka Overbeeka składa się z dwóch wyraźnie wyodrębnionych części − i nie umiem powiedzieć, która z nich jest bardziej wstrząsająca. Może ta druga (Ofiary mówią), złożona z dwunastu relacji − świadectw osób, które zdecydowały się na to, by dziennikarzowi o swoich kontaktach z księżmi opowiedzieć? A mówią one między innymi: − O molestowaniu, nie tylko seksualnym, ale i psychicznym: „Nie mam do niego żalu o to, co mi robił fizycznie, tylko o to właśnie, co mi psychicznie robił. I z tym się do tej pory nie mogę uporać. (…) To było urabianie, oswajanie ze sobą, łamanie bariery. (…) On mnie nawet bił (…) i robił mi takie zamieszanie, że bił i tulił, bił i tulił”. − O budzeniu poczucia winy: „Żyłem w przeświadczeniu, że to wszystko moja wina”; „Cały czas pokutuje myślenie, że ofiara też jest winna, bo w jakiś sposób brała w tym udział”; „Powiedział [mi] na przykład, że go w tym momencie szatan opętał. Że ja jestem tego źródłem”. − O ewidentnej krzywdzie i niszczących skutkach molestowania: „Wtedy skończyło się dla mnie dzieciństwo”; „Jestem po trzech próbach samobójczych, po ciężkiej depresji”; „Popadłem w alkoholizm”; „Nie potrafiłem okazywać uczuć (…). Byłem takim wyprutym, pustym stworzeniem”; „Miałam napady…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Aubrey de Grey: Możemy zatrzymać śmierć