Subskrybuj

Chrześcijański syjonizm

Zastanawia fakt, że tak mało osób w Europie rozumie, że to właśnie chrześcijańscy syjoniści stanowią potężne „proizraelskie lobby” w Ameryce. Najczęściej stwierdzają, że Ameryką rządzi lobby żydowskie (w czym słychać echo „Mędrców Syjonu”), i w ogóle nie dostrzegają przeogromnej i zupełnie otwartej roli chrześcijan. Dogmatyzm syjonistów chrześcijańskich służy tym ugrupowaniom w Izraelu, które są najmniej skore do kompromisów z Palestyńczykami – a także z szerszym otoczeniem.

„Realia polityczne są takie, że lobby żydowskie zastrasza wielu ludzi tu [na Kapitolu]” – to stwierdzenie z 2006 r. przysporzyło Chuckowi Hagelowi wielu problemów, gdy zeszłej zimy Prezydent Obama mianował go ministrem obrony narodowej. Wrogowie Hagela mieli na niego haka: jest negatywnie nastawiony do Izraela, i to w czasie śmiertelnego zagrożenia ze strony Iranu. Zacytowane stwierdzenie miało być w tej sprawie dowodem koronnym.

Mieliśmy zatem do czynienia z jednym z najcięższych zarzutów, jakie można postawić w polityce amerykańskiej. Izrael jest przecież sojusznikiem i przyjacielem Ameryki jak żadne inne państwo: istotnie, stosunki z Izraelem należą do swoistego narodowego sacrum.

Po dłuższej walce na Kapitolu Hagel został jednak ministrem obrony USA – w dużej mierze dzięki poparciu takich osobistości jak Aaron David Miller, który pospieszył z obroną Hagla, zwłaszcza przed wysuwanym z różnych stron zarzutem antysemityzmu. Tłumaczył, że „Hagel mówił o sprawie wewnętrznych nacisków politycznych. Większość senatorów i kongresmenów nie robi tego w czasie kadencji. Niemniej faktem jest, że proizraelska społeczność lub lobby ma silny głos. (…) Kto temu przeczy, po prostu nie ma w ogóle kontaktu z rzeczywistością”.

Oczywiście problemem tu w Europie nie jest to, że zaprzecza się istnieniu potężnego „lobby żydowskiego” w USA, lecz to, że mało kto zdaje sobie sprawę z demograficznego składu tegoż lobby. Na starym kontynencie powszechnie wierzy się, że bazuje ono na amerykańskich Żydach. Na przykład, gdy republikański kandydat do Białego Domu Mitt Romney odwiedził Izrael przed swoją wizytą w Polsce zeszłego lata, polska prasa chórem nam podała, że właśnie starał się o elektorat żydowski w Ameryce.

Świadczy to o rażącym braku znajomości realiów amerykańskich. Nie powinno być żadną tajemnicą, że główny filar niesłychanie bliskich stosunków między USA i Izraelem stanowią wierzący coraz częściej zwani „chrześcijańskimi syjonistami”. Na ogół szacuje się, że stanowią oni 1/3 całego elektoratu (70 mln wyborców). To przede wszystkim ten elektorat miał na myśli Mitt Romney, gdy afiszował się ze swoją proizraelskością – a nie wyborców żydowskich stanowiących zaledwie 2% całego elektoratu, czyli ok. 4 mln wyborców, którzy w ogromnej większości i tak głosują na demokratów (ok. 70% czyni tak od dziesięcioleci). Jeszcze więcej Żydów w Ameryce, bo 82%, popiera państwowość dla Palestyńczyków. Kiedy zatem w czasie swojej wizyty w Izraelu Romney mówił, że powstanie Izraela było „cudem” i że nie cofnie się przed niczym, ażeby obronić Izrael przed Iranem, kierował swoje słowa do tych kilkudziesięciu milionów chrześcijańskich syjonistów.


Dosadniej mówiąc: to nie „lobby żydowskie” stoi za jakże bliskimi stosunkami USA–Izrael. To nie Żydzi amerykańscy nadają ton polityce amerykańskiej wobec Izraela. Nieprzejednana proizraelska postawa rządów USA i społeczeństwa amerykańskiego wynika przede wszystkim z wierzeń dziesiątków milionów chrześcijan, dla których dzieje dzisiejszego Izraela to ciąg dalszy świętej narracji, którą znają z Biblii.

Parafrazując słynną amerykańską ripostę: „chodzi o ich religię, głupcze!”.

Kim są chrześcijańscy syjoniści?

Termin „syjonizm chrześcijański” stał się szeroko znany w USA dopiero w ciągu ostatnich 10 lat – zwłaszcza odkąd w 2006 r. zaczęło dramatycznie rosnąć w siłę lobby CUFI – Christians United For Israel (Chrześcijanie Zjednoczeni Na Rzecz Izraela). Jednak „syjonizm chrześcijański ma dużo dłuższą tradycję niż CUFI – sięga czasów kolonialnych i jest częścią składową tożsamości narodu amerykańskiego. Co do terminu, używał go sam Theodor Herzl, ojciec nowoczesnego syjonizmu, w stosunku do środowiska chrześcijan, które go wspierało. Najsłynniejszym wśród nich był wielebny anglikański William Hechler. Gdy poznali się w 1896 r., kierujący się zarówno swą eschatologią, jak i filosemityzmem Hechler miał już za sobą kilkanaście lat orędowania na rzecz powrotu Żydów do Izraela. W sierpniu następnego roku był przy Herzlu jako jego specjalny gość na Pierwszym Kongresie Syjonistycznym w Bazylei – a 7 lat później był przy jego łożu śmierci.

Hechlera intrygowały proroctwa dotyczące powtórnego przyjścia Jezusa, co wyliczał na lata 1897–1898. Co więcej, wierzył on, że – aby do tego doszło – Żydzi muszą najpierw zgromadzić się we własnym państwie, które może powstać wyłącznie w Palestynie. „Jego najwyższą życiową ambicją było zostać Biskupem Jerozolimy i osobiście przywitać Zbawiciela przy bramie miasta” – napisano o Hechlerze.

Tak wygląda w zarysie syjonizm chrześcijański do dziś. Jest to postawa o fundamentalnym znaczeniu wśród protestantów ewangelikalnych i mormonów – postawa, która zakłada, że przymierze Boga z ludem Izraela nie wygasło wraz z nowym przymierzem w Jezusie, że Bóg dał Żydom ziemię Izraela na wieczność i że chrześcijanie mają święty obowiązek pomagania i wspierania ludu Izraela – zwłaszcza na ziemi Izraela. Tak samo jak u Hechlera, współczesny nam syjonizm chrześcijański jest eschatologiczny – zakłada, że powrót Żydów do Izraela ściśle łączy się z powtórnym przyjściem Jezusa, a nawet przyśpiesza Jego powrót. Tymczasem syjoniści chrześcijańscy wierzą, że Bóg ich pobłogosławi za wsparcie udzielone Izraelowi: „Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi” (Rdz 12,3). Niektórzy znawcy argumentują, że obietnica ta stała się dla dzisiejszych syjonistów chrześcijańskich ważniejsza niż eschatologia – co może tylko cieszyć syjonistów żydowskich, skoro przewiduje ona zagładę wszystkich Żydów, którzy nie przyjmą Jezusa.

Kim więc są ewangelikalni, ci gorliwi orędownicy Izraela w Stanach? Najprościej można stwierdzić, że są pobożnymi protestantami – a pełniej, że dzisiejszy protestantyzm (nie tylko amerykański) dzieli się na dwie podstawowe grupy, z którymi wierni świadomie się utożsamiają. Jedna z nich obejmuje wyznania, które powstały w czasie reformacji (luteranie, kalwiniści anglikanie) i które ok. 45 lat temu zaczęły tracić swoje niegdyś przewodnie miejsce w obrębie protestantyzmu. Druga to evangelicals (ewangelikalni), którzy: 1) wywodzą się z protestanckich zborów powstałych w wiekach XVIII i XIX; 2) podkreślają potrzebę powtórnego narodzenia dorosłej osoby; 3) utrzymują prymat Pisma Świętego (w tym pism hebrajskich); 4) popierają działalność misyjną; 5) uznają, że przymierze Boga z ludem Izraela nadal trwa i 6) oczekują dosłownego powrotu Jezusa. Liczące się zbory ewangelikalne to m.in. baptyści i zielonoświątkowcy.

Socjolog religii R.B. Fowler stwierdził, że ewangelikalni stanowią „strategiczne centrum protestantyzmu” w Ameryce. Oznacza to, że odkąd dawne centrum – kalwiniści, anglikanie i luteranie – zaczęło w latach 60. przyjmować nowe trendy obyczajowe i światopoglądowe obecne w zeświecczałym społeczeństwie, to tym samym zbory te traciły swoją więź nie tylko z ewangelikalnymi, ale i z katolikami. Jednocześnie zaczęły tracić również relacje z Żydami, coraz bardziej stanowczo krytykując Izrael za politykę wobec Palestyńczyków po wojnie sześciodniowej w 1967 r. W tym właśnie sensie ewangelikalni stanowią strategiczne centrum protestantyzmu w Ameryce, funkcjonują bowiem jak swoisty most zarówno do katolików, jak i do Żydów amerykańskich. Stanowią siłę o fundamentalnym znaczeniu zarówno w społeczeństwie amerykańskim, jak i polityce zagranicznej USA.

Co do liczebności ewangelikalnych, sondaże i badania pokazują od lat, że stanowią oni około 1/3 Amerykanów – co oznaczałoby 70 mln wyborców, choć ostrożniej należałoby szacować ich liczbę na 50 kilka mln. Liczba syjonistów chrześcijańskich w USA jest jednak większa od liczby samych ewangelikalnych, ponieważ doliczyć do nich trzeba mormonów – liczba tych wyborców sięga 4 mln. Zresztą, podobnie jak w wielu innych sprawach, stanowią oni wersję „turbo” tego, co znajdujemy u ewangelikalnych. Zatem syjonizm mormoński jest jeszcze mocniejszy: w końcu mormoni wierzą, że mają bezpośrednią więź z Izraelem i Żydami. Księga Mormona podaje, że 600 lat przed Jezusem Żydzi opuścili Izrael i przepłynęli do Ameryki Środkowej, gdzie założyli dwie wojujące ze sobą cywilizacje, a historia ta jest relacjonowana w Księdze Mormona. Ponadto, zgodnie z mormońskim nauczaniem, należą oni do „Domu Izraela”. Dla mormonów Ameryka jest dosłownie „Nowym Izraelem”.

Wierzenia ewangelikalnych dotyczące Izraela obrazowo ujął kilka lat temu prof. Walter Russell Mead, pisząc w Foreign Affairs, czołowym piśmie amerykańskim poświęconym sprawom międzynarodowym: „Dla ewangelikalnych fakt, że Żydom jako narodowi udało się przeżyć tysiąclecia i że wrócili do swego starożytnego domu, jest dowodem, że Bóg rzeczywiście istnieje, że Biblia jest natchniona i że religia chrześcijańska jest prawdziwa. Wielu wierzy, że obietnica z Księgi Rodzaju jest wciąż aktualna i że Bóg Abrahama będzie dosłownie błogosławić Stany Zjednoczone, jeśli one będą błogosławić Izrael. W słabości, porażkach i biedzie świata arabskiego widzą namacalny dowód na to, że Bóg złorzeczy tym, którzy złorzeczą Izraelowi. (…) Najnowszą historię Żydów czyta się jak księgę Biblii. Holokaust przypomina ludobójcze zamiary faraona w Księdze Wyjścia oraz Hamana w Księdze Estery. Ustanowienie dzisiejszego państwa żydowskiego przywołuje na myśl wiele podobnych zwycięstw i ocaleń Żydów w hebrajskich pismach świętych. Niesamowite wydarzenia najnowszej historii Żydów są przedstawiane przez ewangelikalnych jako dowód na to, że Bóg istnieje i działa w historii. Jeżeli dodamy do tego psychologiczne konsekwencje broni nuklearnej [nic dziwnego, że] ewangelikalni zaczynają czuć, iż żyją w świecie podobnym do świata Biblii. Fakt, że amerykańska polityka zagraniczna jest teraz skupiona na obronie kraju przed groźbą masowego terroryzmu, z potencjalnym użyciem broni o wprost apokaliptycznym rażeniu, będącej w rękach antychrześcijańskich fanatyków toczących wojnę religijną napędzaną nienawiścią do Izraela, wzmacnia tylko dogmaty chrześcijaństwa ewangelikalnego”.

Hebraizm – restauracjonizm – syjonizm chrześcijański

Filosemityzm protestancki sięga samej reformacji, która podniosła względną rangę Starego Testamentu i – zwłaszcza w wydaniu kalwinistycznym – przyczyniła się do odkrycia w europejskich Żydach Izraelitów. Ma to najsilniejsze korzenie w Ameryce. Na początku XVII w. osadnicy Nowej Anglii sięgali bezpośrednio do pojęć odkrytych w pismach hebrajskich – m.in. do pojęcia zbiorowego przymierza z Bogiem. Purytanie wierzyli, że – zgodnie z Listem do Efezjan 2,19-22 – osoby mogą dobrowolnie zrzeszać się i zawierać święte przymierze z Bogiem. Na podstawie tej „teologii przymierza” rozumieli siebie jako lud przymierza i wyobrażali sobie, że tworzą „Nowy Izrael”. Słynne „Przymierze Mayflower” z roku 1620 jest wybitnym tego przykładem: „W imię Boga (…) my, niżej podpisani (…) dla chwały Bożej, dla propagowania wiary chrześcijańskiej i dla honoru naszego króla i ojczyzny (…) za wzajemną i uroczystą zgodą, przed obliczem Boga i wobec siebie wzajemnie, niniejszym sprzymierzamy się oraz zrzeszamy ze sobą w społeczeństwo polityczne (…)”. Kilkanaście lat później gubernator Massachusetts John Winthrop napisał niczym hebrajski prorok: „zawarliśmy przymierze z Bogiem w tym zadaniu. (…) Jeśli Pan będzie raczył nas słuchać i zaprowadzi nas w pokoju do miejsca, którego pragniemy, to będziemy wiedzieć, że On zatwierdził to przymierze i je przypieczętował. (…) Ale jeśli je zaniedbamy i nie będziemy przestrzegać [naszego przymierza z Nim], (…) Pan zaprawdę wybuchnie gniewem na nas i zemści się na wiarołomnym ludzie (…)”.

Podkreślając „hebraizm” wczesnej kultury amerykańskiej i tożsamość Amerykanów jako „Nowego Izraela”, Goldman zwraca uwagę na ogromną liczbę biblijnych nazw miejscowych nadanych kolonialnym miasteczkom – takich jak Betlejem, Salem, Lebanon, Hebron, Betesda. Rzeczywiście: podobnie jak w przypadku średniowiecza i jego rozmieszczenia kości świętych i kawałeczków krzyża po Europie, można dostrzec stworzenie świętej topografii w kolonialnej Ameryce. Goldman także podaje, że hebrajski był językiem obowiązkowym na każdym z 10 uniwersytetów założonych przed rewolucją amerykańską.

W XIX w. Amerykanie coraz szerzej i na coraz wyższym poziomie zaczęli wołać o powrót Żydów do Izraela. Lawrence Davidson jest jednym z wielu uczonych, którzy łączą wiarę Amerykanów w Manifest Destiny (objawione przeznaczenie) tak okrzyknięte w XIX w., z syjonizmem chrześcijańskim. Uczeni ci opisują rosnącą w siłę wspólnotę skojarzeń wśród coraz większej liczby Amerykanów, którzy uważali, że obu „ludom przymierza” objawione zostało przeznaczenie – i że Bóg chce, ażeby Amerykanie przyczyniali się do powrotu Żydów do Palestyny.

Istotnie: syjonizm chrześcijański w Stanach wyprzedził syjonizm Żydów w Europie o całe dziesięciolecia, choć uczeni w odniesieniu do XIX-wiecznych ruchów w Ameryce na rzecz powrotu Żydów do Ziemi Świętej wolą stosować termin „restauracjonizm chrześcijański”. Już w latach 30. XIX w. mormoński prorok Joseph Smith nawoływał do powrotu Żydów do ich starożytnej ojczyzny, i na początku roku 1841 wysłał do Palestyny emisariusza, Orsona Hyde’a, by pobłogosławił Jerozolimę i przygotował ją na powrót Żydów. W październiku tego roku Hyde modlił się na Górze Oliwnej o „restaurację królestwa Izraela, o wzniesienie Jerozolimy jako jego stolicy i ustanowienie jego ludu jako odrębnego narodu i państwa”.

W roku 1844 profesor hebraistyki na New York University wydał książkę pt. The Valley of Vision: or, The Dry Bones of Israel Revived (Wizje w dolinie, albo ożywienie wysuszonych kości Izraela). Autor argumentował w niej, że szybko nadejdą „ostatnie dni”, gdy Żydzi wrócą do Palestyny, co sam gorąco popierał. „Choć nie zakładamy, że można ustalić z absolutną dokładnością dzień albo nawet rok, któremu Opatrzność w swej mądrości przypisała spełnienie proroctw [księgi Ezechiela]” – pisał – „pozostajemy jednak przekonani, że (…) jesteśmy teraz w przedsionku (…) powrotu Żydów do Syrii oraz ich wcielenia do Kościoła (…)”. Co ciekawe, autor tych słów nazywał się… George Bush (1796–1859), i był stryjecznym bratem pra-pra-pradziadka George’a W. Busha. Ważniejszym wydarzeniem świadczącym o syjonizmie chrześcijańskim w XIX-wiecznej Ameryce był „memoriał Blackstone’a” z roku 1891, petycja złożona prezydentowi Benjaminowi Harrisonowi przez Williama Blackstone’a, niestrudzonego syjonistę chrześcijańskiego, który – 6 lat przed Kongresem w Bazylei – apelował o zorganizowanie międzynarodowej konferencji poświęconej powrotowi Żydów do Palestyny. W petycji stwierdzono, że powrót Żydów przyśpieszy powrót Jezusa na ziemię i że taka jest misja Ameryki w Bożym planie. Odnosiła się również do precedensów politycznych: „Dlaczego nie można oddać Palestyny Żydom? Według Bożego rozdania narodom ziemi, Palestyna jest ich domem i nienaruszalnym mieniem, z którego zostali wypędzeni siłą. (…) Dlaczego mocarstwa, które w traktacie berlińskim z 1878 r. dały Bułgarię Bułgarom oraz Serbię Serbom, nie mogą teraz oddać Palestyny Żydom?”. O ogromnej sile syjonizmu chrześcijańskiego w ówczesnym społeczeństwie amerykańskim świadczy to, że ponad 400 znanych osobistości podpisało petycję, wśród nich marszałek Izby Reprezentantów, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, sędzia-przewodniczący Sądu Najwyższego i przyszły prezydent William McKinley, J.P. Morgan i John D. Rockefeller oraz redaktorzy naczelni „New York Timesa” i „Chicago Tribune”. Natomiast oficjele amerykańskiej dyplomacji nie byli zachwyceni i nie podjęli żadnych kroków w celu zorganizowania konferencji. Niemniej ćwierć wieku później Blackstone, który sam ukuł słynny slogan „ziemia bez ludu dla ludu bez ziemi”, znowu był obecny w polityce Białego Domu, gdy prezydent Wilson zastanawiał się, jak odnieść się do deklaracji Lorda Balfoura z Wielkiej Brytanii, gdy pod koniec I wojny światowej rząd brytyjski postanowił poprzeć utworzenie ojczyzny dla Żydów w Palestynie. Wilson…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Aubrey de Grey: Możemy zatrzymać śmierć