W latach 1841-1842 Karol Marks, wówczas młody liberalny publicysta, napisał serię tekstów na temat wolności słowa, bardzo kłopotliwych dla wielu osób. W pierwszej kolejności oczywiście dla samego Marksa, teksty te bowiem ciągle były kwestionowane przez cenzurę. Pierwszy i najbardziej znany z nich, Uwagi do instrukcji pruskiego rządu o cenzurze, miał się pierwotnie ukazać w Dreznie, ale zatrzymała go cenzura saska. Ukazał się więc w Nadrenii, która w pruskiej monarchii początkowo pełniła rolę „najweselszego baraku w obozie”. Jak się okazało, aż taki wesoły ten barak jednak nie był, pruski rząd w końcu zamknął publikujące te herezje pismo „Rheinische Zeitung”, a samego Marksa zmusił do emigracji. Dla niego te teksty też były bardzo kłopotliwe, cieszyły się żywym odzewem wśród liberalnie nastawionego mieszczaństwa w całych Niemczech.
Wygnanie uderzyło w rząd rykoszetem. W Paryżu Marks zyskał międzynarodową sławę młodego rewolucjonisty. Podczas rewolucji 1848 r. wrócił do Niemiec, by wydawać „Neue Rheinische Zeitung”, pismo jeszcze bardziej wywrotowe i jeszcze bardziej kłopotliwe; do tego stopnia wywrotowe i kłopotliwe, że pisanie o nim oddalało by nas od tematyki cenzury i wolności słowa.
Teksty młodego Marksa były też nieustającym problemem dla reżimu, który twierdził, że próbuje wcielać w życie marksistowską filozofię. A przecież sam Marks krytykował jeden z filarów tego reżimu – instytucję cenzury. Dopiero stawiał pierwsze kroki w tej sztuce, dlatego aforyzm „Cenzurowana prasa jest zła nawet gdy przynosi dobre produkty” nie dorównuje, powiedzmy, jedenastej tezie o Feuerbachu. Mimo to można sobie wyobrazić jak potężnie brzmiało to zdanie w PRL-u, zwłaszcza gdy zaraz potem ktoś przytaczał źródło cytatu.
Z drugiej strony, teksty młodego Marksa są też problemem dla myślicieli krytykujących marksizm z pozycji liberalnych, jak choćby Isaiah Berlin. Marks bronił wolności prasy nie jako wartości samej dla siebie i nie jako środka służącego innym celom, lecz jako elementu wolności jako takiej (Freiheit ohne Familiennamen). Gdyby zapomnieć o nazwisku autora, stanowiłyby piękny dokument filozofii liberalnej.
Oczywiście o tym akurat nazwisku zapomnieć nie sposób. W związku z tym pojawia się pytanie, w którym dokładnie momencie Marks przestał być liberałem, a stał się marksistą? Kronikarza zadowoliłaby odpowiedź, że stało się to gdzieś między 1843 a 1844 r. Liberalnego filozofa, jak wspomniany właśnie Berlin, niepokoi jednak to, że w pismach Marksa nie widać nagłej przemiany. Widać raczej ciągłość myśli. Marks nigdy nie porzucił liberalnych ideałów wolności. Po prostu w pewnym momencie doszedł do wniosku, że nie da się ich wcielić w życie w kapitalizmie.
Jednym z tych przełomowych tekstów, w których widać w nim jednocześnie liberała i socjalistę, są uwagi dotyczące pruskiego prawa leśnego. Zgodnie z nim właściciel lasu miał jednocześnie dbać o swoje dobra i egzekwować prawa na swoim terenie. W efekcie prawo przestawało być, jak w heglowskiej wyidealizowanej wizji państwa, tylko neutralnym arbitrem między różnymi interesami społecznymi – prawo jednoznacznie opowiadało się po stronie wąskiej grupki posiadaczy wielkich majątków, w skład których wchodziły także lasy, przeciwko wszystkim innym, którzy w tym lesie zbierali chrust, grzyby czy po prostu spacerowali.
Myślę, że w podobnej sytuacji jesteśmy dzisiaj, gdy rozmawiamy o wolności słowa i o cenzurze. Ćwierć wieku temu żyliśmy w państwie, które nawet nie udawało neutralności światopoglądowej. Przeciwnie, obrona podstaw ustroju i gwarantujących ten ustrój sojuszy międzynarodowych, była wpisana w ustawę o kontroli publikacji i widowisk. Dziś państwo w teorii obiecuje nam wolność słowa – tak jak w teorii obiecywała ją oświecona monarchia Fryderyków Wilhelmów, w praktyce jednak powiela ten sam schemat, który niepokoił młodego Marksa: wszystkie środki komunikacji należą dziś do korporacji.
Owszem, mamy takie czy inne konstytucyjne prawa. Ho ho, czego to ta konstytucja nam nie gwarantuje: a to tajemnicę korespondencji, a to wolność słowa, a to swobodę zrzeszeń. Ale we współczesnym, cyfrowym świecie w praktyce nie da się już korzystać z tych praw poza Internetem. Bez niego nie umiemy już się zrzeszać ani korespondować. Miesięcznik „Znak” stanowi na tym tle sympatyczny wyjątek. Jego wydawcą jest Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Nie jest to spółka notowana na giełdzie ani filia jakiegoś międzynarodowego molocha. Stoją za tym historyczne uwarunkowania, które sprawiły, że „Znak” tak w komunizmie jak w kapitalizmie, jest ustrojową anomalią.
Czy to się komuś podoba czy nie, większość naszej komunikacji przechodzi przez inne media. Te zaś w znakomitej większości należą do korporacji, rodzimych albo zagranicznych. Ten tekst wyślę do „Znaku” z jednej ze swoich skrzynek e-mailowych. Wszystkie należą do korporacji; jedna z nich do korporacji, w której sam pracuję, inne do cybernetycznych gigantów z USA, jak Google czy Apple. Wiem z doświadczenia gromadzonego m.in. przy okazji pisania artykułu o spamie, że poczta w każdej z tych skrzynek jest cenzurowana przez automaty, starające się zwalczać niepożądane treści. Automaty czytają nasze listy i różnie reagują na to, co im się nie podoba: czasem zatrzymują podejrzaną przesyłkę, czasem tylko opatrują ją karnymi dopiskami. Z eksperymentów prowadzonych przy okazji pracy nad tamtym artykułem wyszło mi, że najbardziej restrykcyjnie do wolności korespondencji podchodzi Apple. List zawierający najwięcej zakazanych słów – nie przytoczę ich teraz, bo już i tak wysyłam ten tekst do redakcji po terminie, po co mi dalsze opóźnienia – w serwerach pocztowych tej firmy po prostu znika. Jest tak, jakby go nigdy nie było. Żadnego komunikatu błędowego, żadnego ostrzeżenia, żadnego wyjaśnienia, co się konkretnie automatom nie spodobało. Mniej restrykcyjnie podchodzi do tego Google, jeszcze mniej restrykcyjnie Agora. To ostatnie jest logiczne, w końcu skoro w ogóle pozwolono mi na założenie służbowej skrzynki, to już oznacza, że jestem osobą jakoś tam zweryfikowaną, i można mi zaufać, że nie jestem rosyjskim hackerem rozsyłającym wirusy. Wyobraźmy sobie jednak, że w październiku 1989 r., kiedy ukazał się tamten pamiętny numer „Znaku” poświęcony peerelowskiej cenzurze, ktoś w kryształowej kuli zobaczyłby rok 2013, w którym wszelka korespondencja przechodzi przez automaty cenzorskie. Komu spodobałby się taka przyszłość? Chyba odrzuciliby ją nawet dzisiejsi entuzjaści „demokracji na Facebooku”, „obywatelskiej blogosfery”, „twitterowych rewolucji” i tym podobnych banialuków, które cyberkorporacje wymyślają dla poprawiania swojego image. Kogo nie ma w wynikach wyszukiwania Google oraz kogo nie ma na Facebooku, ten nie uczestniczy w dyskursie. Powiedzenie „nie istnieje” jest oczywiście przesadą, na pewno również i dzisiaj znajdziemy osoby, których nie ma ani tu ani tam, nie uczestniczą w debacie, a mimo to z pewnością istnieją. Gdybym wystukał ten tekst na staromodnej maszynie do pisania i wysłał w kopercie, nie ukazałby się zapewne, bo etaty maszynistek w redakcjach zlikwidowano wiele lat temu. Skoro jednak te korporacje mają taką władzę nad dyskursem publicznym, to znaczy, że jesteśmy jak spacerowicz w pruskim lesie w roku 1843. Właściciel tego lasu jednocześnie troszczył się o swoje dobra i był w nim sędzią i egzekutorem prawa, a to znaczy, że my mamy tylko takie prawa, jakie on nam w swej łaskawości przyzna. I pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że ich nam nie odbierze. Cybernetyczne korporacje lubią siebie prezentować jako neutralnych nosicieli informacji. To dla nich bardzo istotne, bo na tej podstawie kilkanaście lat temu uzyskały prawne przywileje, przyznające im warunkowe wyłączenie odpowiedzialności prawnej za prezentowane treści. Gdy wyszukiwarka czy serwis społecznościowy prezentuje linki do materiałów pirackich, łamiących czyjeś prawa osobiste, krzewiących zakazane poglądy albo nawołujące, by…