Subskrybuj

Osiłek, czyli jak żyć w oku testosteronowego cyklonu

Męskość oparta na sile jest męskością tyle klasyczną co trywialną, a bycie Osiłkiem wiąże się z nieustannym wewnętrznym rozdarciem. Niewielu zdaje sobie sprawę, jak potężne targają mną sprzeczności. Jestem przedstawicielem gatunku, który wymarł, a wciąż istnieje.

Wachlarz osobowości mieszczących się w ramach prastarej kategorii mężczyzny mocarnego jest barwny i szeroki. Mogę być zwalistym amatorem dźwigania żelaza, zwinnym zawodnikiem sportów walki, wytatuowanym uczestnikiem kibolskich ustawek lub oderwanym od taczki robotnikiem o dłoniach jak bochny chleba. Postaci tych jest dużo więcej, zaś próba odnalezienia wspólnego mianownika moich wcieleń nieodmiennie kończy się odwołaniem do podstawowej funkcji, jaką spełniam względem towarzyszki życia i pozostałych bliskich mi osób. Ociekający męskością Mamed Khalidov, jeden z najlepszych zawodników polskiej sceny MMA, zauważył kiedyś, że „niestety każdy mężczyzna ma w życiu taki niedobry moment, w którym musi sobie sam dać radę. I do tego potrzebne są umiejętności – powinien być sprawny i umieć bronić rodziny”. Moja męskość wiąże się zatem głównie z możliwością zapewniania ochrony, jednak – niestety – może być jednocześnie katalizatorem niebezpieczeństwa. Prawda wygląda niestety tak, że na kobietę przechadzającą się u mojego boku czyhają zagrożenia, którymi nie musi przejmować się dziewczę spacerujące po mieście z ukochanym o wymiarach mopa.

Atlas polskich mężczyzn: osiłek (nr 702)
Osiłek, ilustracja: Tymoteusz Piotrowski

Przyjrzyjmy się sytuacji najprostszej, czyli sytuacji „mijania”. Oto bowiem na widok nadchodzącego z przeciwka innego Osiłka – lub osoby do miana Osiłka wyraźnie aspirującej, czy to wymachami ramion, czy to wyrazem twarzy, czy też samą „zaczepnością chodu” – automatycznie i bez wyjątku uruchamiam w sobie mechanizm rywalizacyjny, oparty głównie na odpowiednim spojrzeniu, którym celuję w rywala. Jeśli w sytuacji takiej oprócz mnie uczestniczy drugi prawdziwy przedstawiciel mojego gatunku, na spojrzeniu, naturalnie, się nie kończy i w ruch idą inne argumenty. Moja kobieta niejednokrotnie usiłuje wtedy rozdzielić walczących – lub choćby zasymulować jakąś interwencję dla potrzeb wizerunkowych – co często kończy się uszczerbkiem nie tylko na jej godności, ale i na zdrowiu. Takich potencjalnych sytuacji zagrożenia jest znacznie więcej (wspólna podróż zapchanym tramwajem, wizyta w kinie, gdzie ktoś gada, odwety wrogów wymierzone w ukochaną), co sprawia, że związać się z Osiłkiem to trochę tak, jakby ze względów bezpieczeństwa kupić miecz i któregoś razu uciąć sobie nim głowę.

Korzyści – i ryzyko – związane z życiem z Osiłkiem nie kończą się jednak na poczuciu bezpieczeństwa. Istnieje jeszcze choćby tego życia wymiar wizualny. Która kobieta choć raz nie marzyła bowiem o publicznym wtuleniu się w potężne ramię wyrzeźbionego twardziela? Która nie chciałaby przespacerować się po plaży w Międzyzdrojach u boku Adonisa o brzuchu, na którym można ścierać marchewkę na obiad? Tak, wygląd jest moim niewątpliwym atutem, jednak jego zdobycie wiąże się z szeregiem wyrzeczeń. Otóż, niestety, współczesny Osiłek w zdecydowanej większości przypadków nie jest Osiłkiem Naturalnym, lecz Wypracowanym. Jako dziecko żaden z nas nie chodzi już za pługiem. Nasza siła jest siłą wyćwiczoną hantlami.

Procesowi dochodzenia do pozycji mężczyzny silnego – i jej późniejszemu utrzymywaniu – towarzyszą pewne trudności. Jak choćby napędzająca naszą męskość dieta. Fundamentem, na którym wykuwam bicepsy, jest białko, które, jeśli przyswajane w ogromnych ilościach (współczesny mocarz z prawdziwego zdarzenia jada od 7 do 9 posiłków dziennie), wzmaga w organizmie procesy, które nie pozostają bez wpływu na atmosferę, w jakiej żyję. Moja kobieta za towarzystwo boskiego ciała musi więc słono płacić: jej życie upływa w oparach regularnych wyziewów z obydwu stron mojego układu pokarmowego, a jeśli jestem akurat na sterydowym cyklu, zdarzy się też krew w muszli klozetowej, wrzody na pośladkach i grube jak kabel włosy, które trzeba będzie wyrywać mi z dziwnych rejonów ciała. Gdzieś na horyzoncie majaczy na dodatek upiorne widmo spowodowanej zażywaniem testosteronu bezpłodności. Na tym, niestety, nie koniec.

Jeśli nie chcę być Osiłkiem tłustym, muszę unikać spożywania kalorii tyleż pysznych co pustych. Oznacza to, ukochana, że nie pójdę z tobą na lody, w rocznicę naszej pierwszej randki nie zabiorę cię do kawiarni…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Atlas polskich mężczyzn