W lipcu tego roku minie 100 lat od wybuchu I wojny światowej. Wiele się zmieniło od tamtego czasu, nie tylko pod względem technologicznym. Dziś może się wydawać, że zacierają się granice tego, czym jest wojna, a czym jest pokój: wojna z terroryzmem, wojny gospodarcze czy ataki hakerów na strony rządowe mogą być w ogóle nieodczuwalne dla obywateli państw, które są w nie zaangażowane. Podobnie problematyczna jest kategoria „sojuszników” – w czasach kiedy wrogiem jest terroryzm, a nie określone państwo, pracownicy agencji wywiadowczych zagrożenia wypatrują wszędzie, nawet wśród własnych obywateli. Te przesłanki skłaniają do zadania podstawowego pytania o to, czy dziś żyjemy w czasie wojny czy pokoju. Jak zmienia się nasze rozumienie wojny? Czym może być wojna w przyszłości? Czy np. w połowie XXI w. może stać się zupełnie niezauważalna lub – przeciwnie – wszechobecna?
Sławomir Dębski: Na wstępie mam dwie uwagi odnośnie do celu naszej dyskusji. Otóż, po pierwsze, wątpię w sens refleksji obejmującej perspektywę wybiegającą w przyszłość aż na 40 lat. Nikt nie podjąłby się dziś przygotowania prognozy na tak długi okres. Długoterminowa perspektywa przewidywania przyszłości ogranicza się najczęściej do 15–20 lat. A to i tak są szacunki niezwykle odważne. Im większy okres chcemy zanalizować, tym więcej zmiennych: ich liczba rośnie w tempie geometrycznym. Nawet jeżeli całą potęgę państwa zintegrujemy z obecnymi mocami obliczeniowymi maszyn, to i tak wychodzenie poza 20-letni okres nie ma sensu. Nie jesteśmy w stanie zaprognozować oddziaływania głupoty, będącej potężną siłą sprawczą w dziejach ludzkości.
Po drugie, Rupert Smith, o którym w swym wprowadzeniu wspominał Rafał Tarnogórski, twierdzi, że nie mamy dziś do czynienia z wojnami w rozumieniu Clausewitzowskim. Ale to przecież nie oznacza, że nie mamy do czynienia z użyciem siły. Monopol na stosowanie siły wciąż ma jedynie państwo. To jest jedno z najważniejszych cywilizacyjnych osiągnieć ludzkości. Jednak co rusz pojawiają się podmioty niebędące państwami, które ten monopol próbują przełamać. To z pewnością stawia nas w obliczu nowych wyzwań.
Leszek Jesień: Broniłbym zasadności prognozowania możliwych scenariuszy w perspektywie 40 lat. Zgadzam się, że praktyczny sens takich prognoz jest bliski zeru. Jednak dotyczy to także perspektywy 15–20-letniej. Nie jest natomiast bliski zeru, jeśli cel takich prognoz ma charakter konceptualny, a nie praktyczny. Metoda ekstrapolacji jest skutecznym sposobem tworzenia nowych definicji i schematów pojęciowych, przez pryzmat których możemy w inny sposób spojrzeć na bieżącą sytuację. Prosty przykład – podmiot i przedmiot aktu przemocy. Tradycyjnie uznawaliśmy, że jest to państwo. Projekt integracji europejskiej rozpoczął się od koncepcji uniemożliwienia państwom aktów przemocy. W maju 1950 r. narodziła się idea Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Chodziło o to, aby związać państwom ręce w przemysłach, które wówczas uznawane były za wojenne. Formalnie rzecz biorąc, państwa wciąż są podmiotami aktów przemocy w stosunkach międzynarodowych, faktycznie – stopniowo tracą taką zdolność. Zastanawianie się zatem nad takimi, wydawałoby się, podstawowymi, kwestiami w dłuższej perspektywie jest niesłychanie istotne. Jacques Attali w Krótkiej historii przyszłości proponuje perspektywę 50-letnią, a ta rzeczywiście wymaga zarazem wyobraźni i dyscypliny intelektualnej.
S.D.: Zgoda, o ile jednocześnie przystajemy na założenie, że nasze prognozy odnośnie do tego, w jaki sposób ewoluować będą pojęcia i instrumenty, za pomocą których rzeczywistość opisujemy, są jedynie pewnym przybliżeniem. Im większą perspektywę czasową przyjmiemy, z tym większym przybliżeniem będziemy mieć do czynienia.
Sądzę, że na wstępie możemy zgodzić się co do tego, że dyskusja prognostyczna służyć może również lepszemu zrozumieniu naszego obecnego położenia.
S.D.: Na tym właśnie polega planowanie: aby móc dobrze zaplanować swój kalendarz na przyszły tydzień,co za tydzień może się wydarzyć.
Do jakich doświadczeń odwołujemy się dziś w Polsce, gdy rozmawiamy o wojnie? I ja, i Panowie należymy do pokolenia, które nie ma osobistego doświadczenia wojny. Czy dziś – wracając do otwierającego pytania – z całą pewnością możemy powiedzieć, że żyjemy w czasach pokoju?
S.D.: W Europie doświadczamy dziś jednej z najdłuższych epok pokoju, w historii kontynentu. Konflikty zbrojne, jeśli wybuchają to na peryferiach Europy. W rezultacie dla społeczeństw europejskich doświadczenie wojny staje się coraz bardziej abstrakcyjne. Pokój jest więc w Europie przede wszystkim stanem mentalnym. Wprawdzie mamy doświadczenia wojen ekspedycyjnych, jednak w odczuciu opinii publicznej świadomość tego jest dość wątła. Nasze siły zbrojne są relatywnie niewielkie. Jeszcze 20 lat temu Polska miała ok. 400 tys. żołnierzy pod bronią. Dziś jest ich realnie ok. 80 tys. Zrezygnowaliśmy z poboru powszechnego. Z pewnością więc żyjemy w czasach pokoju, skoro nie widzimy potrzeby utrzymywania dużej siły zbrojnej. Strategiczna projekcja zakłada, że w najbliższej przyszłości nie zagrozi nam żaden duży konflikt. W latach 30. XX w. Polska zagrożona rewizjonizmem Niemiec i sowieckiej Rosji przeznaczała na utrzymanie sił zbrojnych ok 30% PKB. Dziś nie wydaje nawet 2%. II Rzeczpospolita była państwem biednym, a poczucie realnego zagrożenia było niepomiernie większe niż jest obecnie. Dziś nie mamy poczucia istnienia militarnych zagrożeń dla przetrwania narodu lub integralności terytorialnej państwa.
L.J.: W czasie pierwszych fal nalotów na wojska serbskie w Bośni spotkałem Amerykanina, który pilotował myśliwce F-16. Rozmowa z nim uświadomiła mi kardynalne różnice pomiędzy społecznością europejską a amerykańską. Dla Amerykanów wojna jest doświadczeniem bliskim. W wielu amerykańskich rodzinach jest ktoś, kto na wojnie był. Widok człowieka w mundurze nie należy do rzadkości. W Polsce nie mamy tego typu doświadczeń. Śmierć naszego żołnierza na misji dla większości ludzi jest faktem całkowicie abstrakcyjnym.
Żyjemy w czasach pokoju, ale jest to pokój pozorny. My, Polacy, mamy przekonanie, że Europa jest bezpieczna, że nic jej nie zagraża, przy czym nasze wyobrażenia potencjalnych zagrożeń są rodem z XIX w. A przecież Szwajcarzy utrzymują mobilizację powszechną. Francuzi i Brytyjczycy uczestniczą w różnych ekspedycjach, jak sądzę, również i po to, by testować nowe rozwiązania militarne. Sytuacja zaczyna się komplikować jeszcze bardziej, gdy wyjdziemy poza znane nam opłotki, poza XIX-wieczne definicje konfliktów zbrojnych i zagrożeń. Współcześnie wojna nie musi polegać na tym, że dwóch rycerzy okłada się mieczami, ewentualnie zamiast tych mieczy strzela do siebie z większej odległości lub nawet steruje dronami. Jeżeli zgodzimy się, że w przyszłości wojna nie musi mieć takiej postaci, wówczas nie mam pewności, że nasz postmodernistyczny świat jest bezpieczny.
S.D.: To, że w poprzedniej wypowiedzi odwołałem się do kategorii narodu, która ukształtowała się dopiero w wieku XIX, nie osłabia mojej tezy, że żyjemy dziś w czasach pokoju. Wojny istniały, zanim ukształtowało się nowoczesne pojęcie narodu. Sądzę jednak, że państwo jako podmiot, który ma monopol na użycie siły zarówno wobec własnych obywateli, jak i w relacjach między państwami, przetrwa w jakiejś postaci, choć jednocześnie przypuszczam, że w przyszłości to właśnie społeczeństwo będzie głównym czynnikiem organizującym naszą refleksję na temat użycia siły. Przewiduję, że w przyszłości częściej niż o wojnie będziemy mówili o użyciu siły. W tym sensie twierdzę, że żyjemy dziś w czasach pokoju. W ostatnich kilkunastu latach liczba międzynarodowych konfliktów zbrojnych systematycznie spada. Od 1991 r. do chwili obecnej było ich ok. 80, w tym raptem kilka, które moglibyśmy nazwać wojną w sensie klasycznym. A przecież nie oznacza to, że w tym okresie nie stosowano siły zbrojnej. Owszem korzystano z niej, najczęściej w sytuacji gdy jakiś podmiot (państwo) stawał się na tyle słaby, że nie był zdolny do wypełniania swoich podstawowych obowiązków. W takich przypadkach konieczna okazywała się międzynarodowa interwencja.
W wirtualnej sferze, której zręby się wciąż kształtują, będzie bardzo podobnie. Państwa będą używać swej siły – w tym kontekście użyłbym sformułowania „potęgi” – do obrony własnego monopolu na stosowanie przemocy, także w świecie wirtualnym. Co więcej, w moim przekonaniu, świat wirtualny coraz częściej wykorzystywany będzie do tego, aby potęgować siłę państwa – tak przewidują Amerykanie. Asymetria między państwami będzie rosła również i w wyniku tego, że jedni będą potrafili tworzyć i wdrażać nowe technologie i pomnażać w ten sposób własną siłę, inni zaś będą próbować równoważyć własne zapóźnienie technologiczne stosując inną taktykę użycia siły.
Proces budowania strategii bezpieczeństwa komplikuje dziś fakt, iż państwa znajdują się na różnych etapach rozwoju. Z jednej strony mamy do czynienia z bytami niezdolnymi do kontroli własnego terytorium i zapewnienia pokoju, a zatem z bytami zagrażającymi stabilności międzynarodowej, z drugiej – z podmiotami takimi jak Unia Europejska, będącymi wspólnotą wielu państw i narodów, z trzeciej wreszcie – z klasycznymi państwami nowoczesnymi, jak chociażby Rosja czy Stany Zjednoczone. Jakie elementy składowe takiej strategii są więc dziś najważniejsze?
L.J.: Zmianie podlegają dziś zasady konkurencyjności nowoczesnych państw. Potęga państwa nie zależy już tylko i wyłącznie od posiadanego terytorium ani nawet populacji ludności, która może się przełożyć na potencjalną potęgę armii. Obecnie przedmiotem konkurencji są warunki rozwoju. Wprawdzie można powiedzieć, że zawsze chodziło o warunki rozwoju, ale niegdyś o rozwoju decydowały zupełnie inne czynniki niż dziś. W tym sensie zgadzam się ze Sławomirem Dębskim: wojny takie, jakie opisywał Clausewitz, a Smith twierdził, że się skończyły, a zatem wojny polegające na podboju jakiegoś terenu, jego okupacji, a następnie zmuszeniu przeciwnika do zawarcia pokoju i ustalenia nowych warunków są dziś nieskutecznym instrumentem poprawiania pozycji konkurencyjnej. Za dużo kosztują i dają nietrwałe wyniki, przez co w dłuższym czasie muszą przegrywać z innymi instrumentami budowania potęgi państwa.
W słynnym sporze pomiędzy Robertem Kaganem a Robertem Cooperem ten ostatni zaproponował, by państwa opisywać w trzech kategoriach: jako przednowoczesne, nowoczesne i ponowoczesne. Te trzy rodzaje państw współistnieją dziś jednocześnie w jednym świecie i wchodzą w interakcje. Państwa przednowoczesne to państwa upadłe, które nie są w stanie kontrolować własnego terytorium, zapewnić bezpieczeństwa swym obywatelom, w związku z czym nie są w stanie wejść w relacje nowoczesne oparte na sile. Relacje nowoczesne, czyli oparte na sile, wciąż są domeną takich państw nowoczesnych, jak Stany Zjednoczone, Rosja czy Chiny. W związku z tym żyjemy w kilku rzeczywistościach jednocześnie. Z jednej strony bezpieczeństwo wymaga, by tworzyć strategie obrony w obliczu konfliktów zbrojnych w Internecie, a z drugiej strony – przygotowania naszych kontyngentów do prowadzenia misji w państwach, których nie stać na wybudowanie studni. Dyskusja Amerykanina Kagana i Europejczyka Coopera miała charakter teleologiczny, zakładała, że świat rozwija się od form przednowoczesnych do ponowoczesnych. Moim zdaniem, niekoniecznie musi tak być.
S.D.:Gdyby Europa miała wspólną armię, byłaby kwintesencją państwa nowoczesnego. Wcale jednak nie mam lepszego samopoczucia w związku z tym, że zaniechaliśmy realizacji takich idei, zmierzając w kierunku bytu ponowoczesnego. Podsłuchiwanie przez Amerykanów przywódców państw europejskich dowodzi naszego technologicznego zapóźnienia i politycznej nieudolności. Stany Zjednoczone stosują dziś narzędzia, do których inne państwa nie mają dostępu. Co więcej, wykazują się przy tym ogromną pomysłowością: instytucje amerykańskie nie mogą podsłuchiwać własnych obywateli. Co zatem robią agencje? Zawierają porozumienia z zaprzyjaźnionymi instytucjami z państw sojuszniczych, by te podsłuchiwały obywateli amerykańskich. Stany Zjednoczone twierdzą, że stosują te narzędzia w imię obrony własnych interesów. Zauważmy jednak, że dziś definiowanie własnych interesów jest wysoce skomplikowaną sprawą. Przydatna okazuje się historia Robin Hooda i szeryfa Nottingham. Szeryf Nottingham w swoim wirtualnym świecie sam stanowi prawo i je egzekwuje. Był w tym niczym nieograniczony, aż do czasu gdy w 1215 r. pojawiło się (obywatele wywalczyli) pierwsze ograniczenie. Przewaga technologiczna państwa nad obywatelem jest obecnie ogromna i niczym nieograniczona. Wolność obywatela w stosunku do państwa jest poważnie zagrożona. Dlatego sądzę, że w najbliższej przyszłości objawi się jakiś nowy Robin Hood, który zmobilizuje nas do walki o nową Magna Charta Libertatum mającą zastosowanie w obszarze wirtualnym. Oczywiście taka regulacja musi mieć charakter globalny. Przypuszczam zresztą, że ze względu na to, że w przyszłości będzie można zgromadzić i przeanalizować wielki zasób danych o obywatelu w bardzo krótkim czasie, na porządku dziennych stanie prawo obywatela do informacji w czasie rzeczywistym, że takie postępowanie prześwietlające – będące w końcu formą użycia potęgi państwa – zostało zainicjowane. W przyszłości poważne zagrożenie wolności jednostki i jej praw własności będzie dotyczyć obszaru aktywności intelektualnej. Dlatego ochrona przez państwo fundamentalnego dla naszego ładu prawa własności będzie musiała się rozciągnąć również i na tę sferę. Wymusi to zastosowanie rozwiązań technologicznych, które każdemu z nas dadzą możliwości zacierania śladów w Internecie, oraz realizowania w praktyce „prawa do bycia zapomnianym”. I jeszcze jedna uwaga, nawiązująca do podziału państw na przednowoczesne, nowoczesne i ponowoczesne. Otóż trzeba mieć świadomość, że ze względu na postępujące rozwarstwienie w przyszłości będziemy uczestniczyć równocześnie w konfliktach z kilku różnych epok: i z XVIII, XIX, XX i z XXI w. Świat wcale się nie ujednolica. Przeciwnie, różnice coraz bardziej się potęgują ze względu na pogłębiające się przepaści technologiczne. Dlatego w przyszłości siły zbrojne będą musiałby być kształtowane w taki sposób, aby były zdolne do podjęcia walki w różnych formatach, na teatrach różnego poziomu technologicznego. Oczywiście dążąc do maksymalnego wykorzystania lub zniwelowania różnic w poziomie technologicznym w zależności od przeciwnika. Niektórzy polscy stratedzy postulują, aby…