Nasi żołnierze w Afganistanie wzruszają się piosenkami poświęconymi radzieckim weteranom „pierwszej inwazji” z lat 1979–1989. Duszoszczypatielne kawałki takich zespołów jak Lube powodują, że Polacy wręcz utożsamiają się z losem sołdatów. W klipach tak chętnie odtwarzanych w Ghazni co rusz przewijają się twarze młodych chłopców, wysłanych pod Hindukusz, by bronić interesów imperium – poborowych, przymusowo wcielonych do wojska, z których większość wolałaby znaleźć się gdzie indziej, byle dalej od azjatyckiego piekła.
Znam wielu żołnierzy Wojska Polskiego, którzy z Afganistanu (a wcześniej z Iraku) wynieśli swoje najgorsze wspomnienia. Są one w pewnym sensie konsekwencją ich własnych wyborów – w przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, do Azji nie wysyłamy bowiem poborowych, lecz odziały w pełni zawodowej, a zatem i ochotniczej, armii. Owo zawodowstwo powoduje wyraźny zamęt w publicznej debacie na temat roli i statusu żołnierza. Wiele osób nie potrafi wyobrazić sobie, dlaczego ktoś, kto nie jest do tego prawnie zmuszony, chciałby służyć w wojsku, szczególnie poza granicami własnego kraju. O ile można jeszcze zaakceptować konieczność walki z wrogiem atakującym bezpośrednio nasze granice, o tyle – bądź co bądź – dobrowolny udział w misjach zagranicznych, podczas których giną ludzie po jednej i po drugiej stronie, wydaje się już zupełnie niezrozumiały. A to niezrozumienie wyrażane jest wielokrotnie w wypowiedziach pełnych pogardy dla żołnierzy. Przykładem niech będzie tu komentarz, jaki pojawił się pod artykułem na temat sprowadzenia do Polski ciała chorążego Jana Kiepury, który w czerwcu zeszłego roku zginął w Afganistanie: „Dla mnie to jest dziad a nie żołnierz!!! Nie potrafił sobie znaleźć normalnej pracy w Polsce!!! Nie chciało mu się pracować to wybrał sobie wojsko i kamasze za naszą kasę! Powinnigo zostawić tam w Afganistanie niech głodne psy rozszarpią na to zasługuje! Dzieciom i żonie jego teraz dadzą renty i tak uczą od dziecka lenistwa w Polsce. Dzieci będą udawać że się uczą i pociągną te renty do 24 roku życia zgodnie z ustawą. A ja się pytam co w zamian ten morderca w białych rękawiczkach pod przykrywką żołnierza wniósł do Polski?! NIC!!! Jest zwykłym darmozjadem którego utrzymują polscy podatnicy, wiążący ledwo koniec z końcem miesiąca w imię tego najemnika. Afganistan nie jest żadnym dla nas zagrożeniem. Nie mamy z tego żadnego interesu tam wojować. W imię czego tam pojechał? – tylko dla kasy troszku większej ale w zamian nic nie zrobił dla Polski!!! A oni mu tu awanse jeszcze dają żeby renty były wyższe dla dzieci darmozjada. Skoro go tu już wleką to niech go zrzucą nad Bieszczadami przynajmniej wilki sobie pojedzą i nie będą atakować stada owiec” – tak napisał na jednym z lokalnych portali internetowych „myślący po podstawówce” (nick i pisownia oryginalne).
Można wprawdzie stwierdzić, że zacytowany komentarz jest ze względu na poziom zawartej w nim agresji i liczbę inwektyw wyjątkowy, jednak trudno zaprzeczyć, że jego delikatniejsze odmiany są codziennością polskiego Internetu, a prawdziwy ich wysyp obserwujemy za każdym razem, gdy w sieci pojawiają się artykuły o śmierci polskich żołnierzy. Jeszcze kilka lat temu wojskowych miały boleć słowa „najemnik” i „okupant” – teraz, w ocenie tych, którzy żołnierzami pogardzają, oba wyrazy straciły wiele ze swojej mocy. Dziś trzeba apelować o zbezczeszczenie zwłok i zelżyć rodzinę poległego żołnierza.
Powodów takiej sytuacji jest kilka. Na pewno nie bez znaczenia jest ogólny niski poziom debaty publicznej w Polsce. W codziennej już wymianie ciosów nie ma tabu ani świętości, rozumianej jako szacunek dla państwowych instytucji. Zaufanie do publicznych urzędów topnieje, w oczach obywateli traci także państwo jako byt symboliczny, stając się czymś „ich”, „nie moim”, czasem wręcz wrogim. A przecież podstawą szacunku dla żołnierzy jest przekonanie, że walczą oni „w moim imieniu”.
Warto tu odwołać się do doświadczeń innych państw, w których obywatele nie mieli poczucia, że walki toczą się w ich interesie. W Stanach Zjednoczonych podczas wojny wietnamskiej ukonstytuował się potężny ruch antywojenny. Jednak głównym wrogiem był dla aktywistów rząd, nie zaś wracający z Azji zwykli żołnierze (co nie wykluczało agresywnych aktów wobec weteranów, które też się zdarzały). U nas takich pacyfistów jest niewielu. Nienawiść do żołnierzy zaś jest jak najbardziej realna i staje się coraz bardziej powszechna.
„Chodzi o kolegę – tylko to się liczy”
Kilka lat temu byłem świadkiem rozmowy jednego z wiceministrów obrony z rzecznikiem tego resortu. Niższy rangą urzędnik referował sprawę podoficera ze Szczecina, który zaczął zgłaszać do prokuratury doniesienia na autorów internetowych komentarzy obrażających żołnierzy (jedno z późniejszych doniesień dotyczyło zacytowanego tu wpisu). O Jacku Żebryku czytałem już wcześniej, w lokalnych gazetach. Wiedziałem więc, że początkowo jego doniesienia odrzucano, lecz za którymś razem podoficer trafił na właściwego prokuratora. Gdy sprawę podchwyciły media ogólnopolskie, w MON zaczęto się zastanawiać nad wsparciem prawnym dla Żebryka. Ostatecznie dzięki inicjatywie „O honor polskiego żołnierza” udało się skazać kilkudziesięciu hejterów na stosunkowo drobne, finansowe kary. Nie odstraszyło to większości internetowych nienawistników, niemniej dało dowód, że wojskowi nie godzą się na wizerunek cynicznych najemników. Nie chodzi tu jednak o żadne wymuszenie podziwu i uznania, ale o zwykły szacunek dla człowieka w obliczu tragedii. Jak powiedział Żebryk w rozmowie z „Głosem Koszalińskim”, cytowanej w materiale z maja zeszłego roku: „My nie prosimy o nic, nie żądamy niczego oprócz zrozumienia naszego zawodu, tego że jesteśmy młodymi weteranami, którzy często mają problemy na skutek odniesionych ran. Tych widocznych gołym okiem i tych, które zostały w głowie” (Jacek Żebryk twarzą kampanii przeciw obrażaniu żołnierzy w sieci, www.gk25.pl, 20 maja 2013).
Nasuwa się w tym kontekście pytanie, czym więc kierują się młodzi ludzie w swoich decyzjach o wstąpieniu do armii, a później o wyjechaniu na zagraniczną misję. Sami przyznają, że pewną rolę odgrywa element finansowej kalkulacji. Bo wojsko to pewny i niezły pracodawca, co ma znaczenie zwłaszcza w północno-wschodnich regionach Polski dotkniętych strukturalnym bezrobociem. Gdy zimą 2012 r. przebywałem w Afganistanie, trzon kontyngentu stanowiła 15. Brygada Zmechanizowana. Jej żołnierze – chłopcy z Warmii i Mazur – w dużej części mieli za sobą doświadczenie bezrobocia, nim włożyli mundur. Mówili uczciwie o tym, że wyjazd do Afganistanu pozwala im się „odkuć”.
„Mamy z żoną mieszkanie po teściach, do generalnego remontu. Myśleliśmy o jakimś samochodzie, który nie rozsypie się po kilku miesiącach…” – oto jedna z wypowiedzi, które wówczas zarejestrowałem. Tego typu rozmowy niemal zawsze kończyły się zastrzeżeniem, że wojskowym płaci rząd Rzeczypospolitej, co rzeczywiście nijak ma się do definicji najemnictwa.
Płaci zaś dobrze – zakładając maksymalne stawki, od 10 tys. miesięcznie w przypadku szeregowca do ponad 21 tys. zł dla generała. Do tego pensja w kraju oraz darmowy wikt, opierunek i kwaterunek. Z drugiej jednak strony nie zapominajmy, z czym wiąże się ryzyko zarabiana tych pieniędzy. Widmo śmierci – paradoksalnie – napawa wojskowych mniejszą obawą niż perspektywa trwałego kalectwa. Zapewne ma to jakiś związek z relatywnie wysoką, wynoszącą ćwierć miliona złotych, sumą ubezpieczenia wypłacanego rodzinie poległego. Rannemu żołnierzowi przysługują zaś pieniądze z ubezpieczenia w wysokości zależnej od stopnia uszkodzenia ciała, tzw. uszczerbku. Nawet jeśli są to niemałe kwoty, i tak większość z nich przeznaczana jest na rehabilitację i zakup lekarstw, ponieważ Narodowy Fundusz Zdrowia nie jest zobligowany do pełnej refundacji kosztów leczenia weteranów. Już po wszystkim większość z nich – z orzeczoną niezdolnością do pełnienia służby – zostaje z rentami w wysokości 1200–1700 zł.
„Gdyby chodziło tylko o pieniądze, nikt o zdrowych zmysłach by się na Irak czy Afganistan nie pisał” – owa deklaracja, w moim przekonaniu, najlepiej oddaje istotę zjawiska, bo ważne są również inne motywacje kierujące żołnierskimi wyborami. Jak choćby rozkaz – od kilku lat zagraniczne kontyngenty formuje się na bazie konkretnych związków taktycznych, co oznacza, że wojskowi ze wskazanej brygady po prostu muszą stawić się na misję. Co prawda, łatwiej im niż wspomnianym na wstępie radzieckim poborowym wymigać się od obowiązku, mogłoby to jednak zrujnować ich dalszą karierę. Ta z kolei z misyjnymi epizodami może nabrać tempa, choć gwoli rzetelności dodać trzeba, że nie brakuje mundurowych, którzy – wręcz przeciwnie – po powrocie z Afganistanu nie mają szans na awans. Będąc pół roku poza jednostką, wypadają z obiegu, a ich miejsca zajmują bardziej zapobiegliwi koledzy, którzy postanowili nie tracić czasu na misje.
Wojsko od zawsze przyciągało ludzi o nieco awanturniczym charakterze, stąd zapewne deklaracje o chęci przeżycia „męskiej przygody”, z którymi także się spotkałem, badając żołnierskie motywacje. Jednak dla pełnego obrazu brakuje nam jeszcze jednej, niezwykle istotnej zmiennej.
„Jak wrócę do domu, ludzie będą mnie pytać: dlaczego to robisz? Wojna cię kręci? Nie powiem ani słowa. Dlaczego? Bo tego nie zrozumieją, nie zrozumieją, dlaczego to robimy, nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę – tylko to się liczy…” – mówi bohater filmu Ridleya Scotta Helikopter w ogniu. To jeden z ulubionych cytatów współczesnych polskich żołnierzy (i chyba całej mundurowej międzynarodówki). Trąci tanim sentymentalizmem, niemniej takim właśnie emocjom ulegają wojskowi – i są w ich przeżywaniu jak najbardziej autentyczni. Jestem zresztą przekonany, iż owa więź ma znaczenie kluczowe – gdyby nie poczucie odpowiedzialności za kolegów, dowództwu kontyngentu trudno byłoby prowadzić jakąkolwiek działalność operacyjną.
Znam wiele historii o ludziach, którzy mimo ran i urazów wracali na pierwszą linię – zarówno w Iraku, jak i w Afganistanie. Część z tych żołnierzy poznałem osobiście – gdy dociekałem powodów takich decyzji, odpowiedź zwykle kryła się w pytaniu brzmiącym mniej więcej tak: „Kumple zapierdalają w Afganie, a ja mam się obijać w Polsce?”.
Co prawda, szkolenie wojskowe kładzie duży nacisk na budowanie więzi między żołnierzami, lecz wydaje się, że tak istotna rola koleżeństwa wśród polskich żołnierzy wynika również z czegoś jeszcze innego: interwencjom naszych wojsk w Iraku i Afganistanie brakuje mocnego, ideologicznego uzasadnienia. Nie jest to wojna w obronie własnego terytorium, tymczasem żołnierz – podświadomie – chciałby, aby temu, co robi, przyświecał jakiś większy sens. Zdaje się, iż deklaracja „tu chodzi o kolegę” – choć w istocie jest to ersatz- -ideologia – spełnia owo kryterium.
Stając na rzęsach, chodząc na „wąsach”Jeśli chcielibyśmy lepiej zrozumieć, co to koleżeństwo może w ogóle dla żołnierzy znaczyć, trzeba przyjrzeć się warunkom, w jakich pracują, i zadaniom, jakie są przed nimi stawiane na misjach. W Afganistanie np. rebelianci nie działają w zwartych i dużych formacjach, co przekłada się na relatywnie niską intensywność walk, ale oznacza również, że bojownicy mogą być wszędzie i nigdzie. Zwłaszcza że sprzyja im teren – wysokie góry, a w dolinach karezy, czyli tunele irygacyjne, znajdujące się pod niemal każdą osadą (łączące się w gęstą, pod ziemną sieć). No i fakt, że nie będąc regularną armią, w zasadzie nie odróżniają się od cywilów. Brak klasycznie rozumianej linii frontu oraz wspomniane cechy przeciwnika nałożyły na NATO obowiązek szczególnej ostrożności. Stąd pojawiają się opinie, że w Afganistanie potencjalne zagrożenie życia ludności cywilnej wielokrotnie przesłaniało taktyczne czy wręcz strategiczne korzyści mogące płynąć z jakiejś operacji. W efekcie największy na świecie i uzbrojony po zęby sojusz nie poradził sobie z kilkudziesięciotysięczną partyzantką – bo padł ofiarą własnej filozofii, hołubiącej powściągliwość, a nawet wycofanie, za grzech uznając brutalną determinację. Dziś żaden zachodni kontyngent w Afganistanie nie prowadzi już operacji ofensywnych, których celem byłoby wyparcie rebeliantów z większych niż pojedynczy dystrykt regionów administracyjnych. Siły NATO skupiają się na zabezpieczeniu własnych baz oraz kluczowych szlaków komunikacyjnych – wszystko w celu sprawnego przeprowadzenia ewakuacji wojsk, która ma się zakończyć wraz z upływem 2014 r. Takie same zadania mają również Polacy stacjonujący w bazie Ghazni. Strategiczny szlak to w ich przypadku kilkudziesięciokilometrowy odcinek drogi Highway One, prowadzącej z Kandaharu do Kabulu. I choć sama baza często staje się celem ostrzałów rakietowych i moździerzowych, co wymusza częste patrole po okolicznych osadach, istotę tej dziwnej wojny najłatwiej dostrzec na „hajłeju”. W latach 2008–2010 niemal dwie trzecie spośród poległych zachodnich żołnierzy stacjonujących w Afganistanie padło ofiarą eksplozji min-pułapek, określanych mianem IED (ang. Improvised Explosive Device). „Ajdiki”, jak nazwali je Polacy, stały się największą zmorą koalicjantów, a ich wyszukiwanie i niszczenie – jednym z głównych zadań ISAF (ang. International Security Assistance Force). To w takich okolicznościach pod Hindukusz trafiły zespoły rozminowania dróg (w skrócie RCP od ang. Route Clearance Patrol) – każdy składający się z kilku pojazdów wyposażonych w sprzęt pozwalający wykryć i zneutralizować ukryty nawet kilka metrów pod ziemią ładunek. RCP nie czynią cudów. Zdarza się,…