(…) z moich własnych doświadczeń wynika, że poezja przemawia do człowieka albo od pierwszego wejrzenia, albo wcale. Błyskawiczne objawienie i równie błyskawiczna reakcja. Jak piorun. Jak zakochanie”. Jak zakochanie. Czy dzisiejsza młodzież jeszcze się zakochuje? A może to już przestarzały mechanizm, zbędny i dziwaczny, jak napęd parowy? (…) Mógł nawet nie zauważyć, że zakochiwanie się zdążyło pięć razy wyjść z mody i wrócić do łask (1). — John Maxwell Coetzee
Słabością jest bowiem, jeśli ktoś nie może spojrzeć w najsurowsze oblicze przeznaczenia epoki, w jakiej żyje (2). — Max Weber
Kiedy Edmund Burke zastanawiał się nad wpływem rewolucji francuskiej na obyczaje panujące w społeczeństwie, rozważał, jak może potoczyć się przyszłość ludzkości: „Wszystkie miłe sercu iluzje, które czyniły władzę łaskawą, a posłuszeństwo szlachetnym, które harmonizowały różne strony życia (…) mają ustąpić miejsca nowemu, zdobywczemu imperium światła i rozumu. Wszystkie wzniosłe idee (…) zadomowione w sercu, lecz aprobowane przez rozum jako niezbędne dla pokrycia defektów naszej nagiej, ułomnej duszy i nadania jej godności w naszych własnych oczach, mają zostać odrzucone jako śmieszne, absurdalne i staromodne przeżytki” (3). Burke przewidział to, co później stało się jednym z głównych źródeł zmian i niezadowolenia w czasach nowoczesności, a mianowicie fakt, że wierzenia – dotyczące transcendencji i władzy – będą podlegać ocenie Rozumu. Według Burke’a, który daleki był od negowania postępu wpisanego w kondycję ludzką, „imperium światła i rozumu” stawia nas w obliczu prawd, których nie potrafimy udźwignąć. Bo, jak twierdzi Burke, kiedy władza wygasa, nasze złudzenia również przygasają, a wspomniana nagość czyni nas niezmiernie bezbronnymi, odkrywając i ujawniając tak przed nami samymi, jak i przed innymi prawdziwą brzydotę naszego położenia. Poddanie stosunków społecznych szczegółowej analizie Rozumu może jedynie zerwać harmonijną sieć znaczeń i relacji, na których spoczywały tradycyjnie pojęte władza, posłuszeństwo i lojalność. Tylko bowiem kłamstwa i złudzenia sprawiają, że przemoc relacji społecznych jest możliwa do zniesienia. Ludzkie istnienie potrzebuje odrobiny mitu, iluzji i łgarstwa, jeśli ma być znośne. Innymi słowy, niestrudzone dążenie Rozumu do tego, żeby wyśledzić i zdemaskować błędy logiczne leżące u podstaw naszych przekonań, sprawi, że będziemy marznąć i drżeć, ponieważ tylko piękne historie – a nie prawda – potrafią nas utulić.
Poglądy Marksa, najbardziej oczywistego spadkobiercy i obrońcy oświecenia, w interesujący sposób zbiegają się z głęboko konserwatywnymi opiniami Burke’a, co widać w słynnej wypowiedzi tego pierwszego: „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu i ludzie muszą w końcu spojrzeć trzeźwym okiem na swoją pozycję życiową, na swoje wzajemne stosunki” (4). Marks, podobnie jak Burke, postrzega nowoczesność jako „otrzeźwienie zmysłów”, gwałtowne przebudzenie z przyjemnej, acz powodującej odrętwienie, drzemki i jako konfrontację z nagą, ogołoconą i jałową naturą relacji panujących w społeczeństwie. To otrzeźwiające przebudzenie ma sprawić, że będziemy bystrzejsi, a wymyślne i gołosłowne obietnice Kościoła i arystokracji nie zdołają nas uśpić, ale jednocześnie pozbawi nasze życie czaru, tajemnicy i doprowadzi do zatracenia poczucia sacrum. Zyskanie wiedzy przychodzi kosztem zbezczeszczania tego, co czciliśmy. Dlatego Marks, podobnie jak Burke, zdaje się myśleć, że to kulturowe fantazje – a nie prawda – wiążą nasze życie w znaczący sposób z innymi i pozwalają oddać się wyższemu dobru. Mimo że Marks ani nie odrzucił nowego „imperium światła”, ani nie tęsknił za powrotem do wymarłych rytuałów przeszłości, możemy dostrzec w nim tę samą co u Burke’a obawę o to, co może przynieść ludzkości przyszłość, w której nic nie jest święte i wszystko należy do profanum.
Trzeba zaznaczyć, że to nie aprobata dla nowoczesności (postępu, technologii, rozumu, dostatku ekonomicznego) miałaby czynić z Marksa zdecydowanego i gorliwego modernistę, ale właśnie jego ambiwalentny stosunek do niej. Od samego początku nowoczesność łączyła się z niewygodnym uznaniem w tym samym czasie z jednej strony niezwykłych pokładów energii uwolnionych przez prymat Rozumu, a z drugiej – niebezpieczeństwa, jakie to odwołanie się do Rozumu może za sobą pociągnąć. Dokładnie w tym samym czasie kiedy moderniści ogłosili, że uwolnili się z kajdan, które stępiają umysł i świadomość, zaczęli pragnąć tego, od czego – jak dumnie twierdzili – zdołali się wyzwolić: poczucia sacrum i transcendencji oraz samej zdolności uwierzenia. Zwycięski okrzyk Rozumu wgryzającego się w mity i wierzenia stał się prawdziwie nowoczesny, kiedy splótł się z żałobną tęsknotą za transcendentnymi przedmiotami wiary i ich kojącym wpływem. Nowoczesność definiują jej sprzeczne uczucia wobec sankcjonujących ją podstaw kulturowych i poczucie lęku przed siłami, jakie może ona uwalniać.
Max Weber nadał tej ambiwalencji przejmującego tragizmu za pomocą swojego słynnego stwierdzenia, że nowoczesność definiuje „odczarowanie”. Odczarowanie nie znaczy tylko, że świata nie wypełniają już anioły i demony, wiedźmy i wróżki, ale że umniejszona zostaje sama kategoria „tajemnicy”. Dzieje się tak, dlatego że wiele nowoczesnych instytucji związanych z nauką, technologią i rynkiem, które za cel stawiają sobie rozwiązywanie ludzkich problemów, zmniejszanie cierpienia i poszerzanie dobrostanu, w swoim dążeniu do kontroli nad tym, co naturalne i co społeczne, rozwadnia nasze poczucie tajemnicy. Celem pracy naukowej jest rozwiewanie i przełamywanie tajemnic, a nie pozostawanie pod ich wpływem. Podobnie kapitaliści, których głównym celem jest maksymalizacja zysków, często lekceważą lub podkopują znaczenie tych wartości – religijnych czy estetycznych – które ograniczają ich aktywność ekonomiczną. To właśnie dlatego że nauka i ekonomia w znaczący sposób poszerzyły granice naszego świata materialnego, pomagając nam rozwiązać problem niedostatku i sprawiając, że Natura poddała się ludzkim potrzebom, bogowie nas opuścili. To, czym wcześniej rządziły wiara, indywidualna lojalność i charyzmatyczni bohaterowie, stało się domeną policzalnych środków. Jednak proces racjonalizacji nie wyklucza wszystkich przejawów namiętności; raczej sprzyja próbom przywrócenia – choćby tylko zastępczo – porządku doświadczeń rządzonego przez pasję i żarliwość.
Tragizmu diagnozie Webera dodaje fakt, iż nie wierzył on, żeby nowocześni ludzie potrafili kiedykolwiek przestać tęsknić za głębszym sensem i żarliwością. To właśnie dlatego nowoczesność od czasu do czasu proponuje nam ucieczki z królestwa Rozumu, jednak te ucieczki pozostają czymś tymczasowym, niekompletnym i zamkniętym na pełnię i całkowitość transcendencji (5). Z tego powodu epistemologia Webera była wyrazem jedynej możliwości uniku pozostawionej Rozumowi, a mianowicie stoickiej bezstronności wobec wojujących bogów różnych wartości. W przeciwieństwie do „szkolnych proroków”, nie mógł on i nie chciał zająć stanowiska, wolał zaprzeć się samego siebie i wybrał stoickie bohaterstwo człowieka nauki, który dostrzegał stratę spowodowaną przez nowoczesność, ale zabronił sobie jej opłakiwać; który rozmyślał nad utraconą żarliwością przeszłości i nad pięknymi obietnicami przyszłości, ale wzbraniał się przed byciem czy to prorokiem zguby, czy też heroldem utopii. Odrzucając lewicową, liberalną, jednoznaczną aprobatę dla postępu i emancypacji, jak również jakąkolwiek konserwatywną nostalgię za przeszłością, Weber zaproponował postawę intelektualnego stoicyzmu, który zakłada wyrzeczenie się chęci zajmowania jednego ze stanowisk, a nakazuje przyjęcie całego asortymentu niemożliwych do pogodzenia, przeczących sobie nawzajem i zwalczających się tendencji działających w obrębie nowoczesności.
Możliwe, że taki właśnie intelektualny stoicyzm powinniśmy przyjąć przy ocenie radykalnej przemiany miłości, a także racjonalizacji, jakiej została ona poddana w epoce nowoczesności. Bo rzeczywiście dzieje miłości dalekie są od historii postępującego wyzwolenia z kajdan ekonomicznej racjonalności. Zamiast zakładać – jak robili to historycy – że nowoczesność po prostu „uwolniła” miłość romantyczną z ekonomicznego przymusu łączenia i pomnażania majątku, trzeba przyjąć, że miłość – i jako idea zakorzeniona w kulturze, i jako praktyka w niej funkcjonująca – połączyła aporie nowoczesności, wbudowane w nią sprzeczności, które nie pozwalają nam ani ogłosić zwycięstwa, ani opłakiwać przeszłości.
Odczarowując miłość
W powszechnym przekonaniu przeciwstawia się małżeństwa przednowoczesne – uwarunkowane przez takie kryteria, jak pozycja społeczna, status, bogactwo – nowoczesnemu modelowi doboru partnera, w którym miłość, rozumiana jako spontaniczne uczucie, odgrywa prawdopodobnie podstawową rolę. Jednak mimo że miłość w epoce nowoczesnej stała się bardziej wyzwolona i egalitarna, a co za tym idzie – bardziej dobrowolna i niewymuszona, to wbrew temu, co mogłoby się wydawać, podlega ona większej racjonalizacji niż jej przednowoczesna odpowiedniczka. Nowoczesny stan romantyczny częściej przypomina proces „otrzeźwienia” opisany przez Marksa niż ferwor i szał przednowoczesnych kochanków. Ta zmiana, paradoksalnie, jest spowodowana tym (lub przynajmniej z tym jednoczesna), że nie funkcjonują już silne instytucjonalne rozróżnienia między decyzjami podyktowanymi korzyścią a tymi, które są czysto romantyczne w naturze, ponieważ te dwa rodzaje działań zostały ze sobą ściśle powiązane.
Kulturowy wzorzec „miłości od pierwszego wejrzenia” zapewnia najbardziej przystępny przykład tego, co można nazwać „zaczarowaną” wersją miłości – jest ona w tym ujęciu głęboko znaczącym doświadczeniem, które otwiera czyjeś „ja” na quasi-religijne poczucie transcendencji. „Miłość od pierwszego wejrzenia” zawiera w sobie kilka stałych cech: jest doznawana jako wyjątkowe zdarzenie eksplodujące niespodziewanie w czyimś życiu. Jest niewytłumaczalna i nieracjonalna. Rozpala się przy pierwszym spotkaniu, co oznacza, że nie wypływa z narastającej rozumowej wiedzy na temat drugiej osoby, wyrasta raczej z doświadczenia, które jest holistyczne i intuicyjne. Zakłóca życie codzienne i wywołuje poważne zamieszanie w duszy. Metafory, których używa się, żeby opisać ten stan umysłu, często wskazują na przemożną i zniewalającą siłę (gorąco, przyciąganie, burza, prąd). Obiekt miłości wywołuje nieodparte uczucia będące poza kontrolą kochającego; wartość kochanej osoby staje się niewspółmierna, a jej zastąpienie kimś innym – niemożliwe. Niepodważalność i bezwarunkowość oddania są przez to całkowite.
„Zaczarowana” miłość jest jednocześnie spontaniczna i bezwarunkowa, nieodparta i wieczna, niepowtarzalna i totalna. Takie podejście do miłości romantycznej potwierdza zasadniczą wyjątkowość obiektu uczucia, niemożliwość zastąpienia go innym, jego niewspółmierność, odrzucenie (lub niemożność) poddania uczuć kalkulacjom Rozumu oraz całkowite oddanie własnego „ja” osobie kochanej. Takie spojrzenie na miłość przenika historię kultury zachodniej, ma ono jednak kilka kulturowych odmian. Np. w średniowieczu retoryka religijna mieszała się często z tą miłosną, przedstawiając ukochaną osobę jako bóstwo, co w efekcie jeszcze bardziej umacniało wyobrażenie miłości jako doświadczenia totalnego, w którym człowiek chce się stopić w jedną całość z obiektem miłości czy nawet być przez niego wchłoniętym. Porównajmy ten model z następującą dowcipną uwagą zaczerpniętą z twórczości
Candace Bushnell – sławnej felietonistki, której rubryka stała się inspiracją do stworzenia głośnego serialu Seks w wielkim mieście: „Kiedy ostatnio słyszeliście, jak ktoś mówił: »Kocham Cię!«, nie dodając sakramentalnych słów: »jako przyjaciel«. Kiedy ostatnio widzieliście dwoje ludzi patrzących sobie w oczy i nie myśleliście: »Jak długo?« Kiedy po raz ostatni słyszeliście, jak ktoś mówi: »Szaleńczo i prawdziwie kocham«, i nie pomyśleliście: »Poczekaj do poniedziałku rana«” (6). Candace Bushnell opisuje tu podejście do miłości, które jest w pełni świadome siebie, wybitnie ironiczne i odczarowane. Jak zostało to odnotowane przez powstanie chick-lit – „babskiej literatury” adresowanej do kobiet i poświęconej trudnościom bycia w związku – nowoczesna miłość stała się miejscem uprzywilejowanym dla ironii. Racjonalizacja miłości leży w centrum nowej struktury miłości, która – przepełniona ironią – dowodzi przejścia od „zaczarowanej” do odczarowanej i rozczarowanej kulturowej definicji miłości.
„Struktury uczucia”, niezwykle trafne wyrażenie ukute przez Raymonda Williamsa, określają społeczne i strukturalne wymiary uczuć oraz uczucia wpisane w struktury społeczne. Są one „roztworem społecznego doświadczenia” (7). Ironiczna struktura uczucia zaczęła przenikać relacje romantyczne z powodu „odczarowania” i „racjonalizacji” miłości.
Czym jest odczarowanie? Weber nigdy nie wyjaśnił, co dokładnie miał przez to na myśli, ale możemy uchwycić znaczenie tego słowa, zastanawiając się nad jego odwrotnością, czyli definiując to, czym może być zaczarowanie. Zaczarowane doświadczenia są doświadczeniami zapośredniczonymi przez potężne zbiorowe symbole, które otwierają człowieka na poczucie sacrum. Są oparte na wierzeniach i uczuciach angażujących całe „ja” osoby. Te wierzenia i uczucia zaś nie są przetwarzane w porządku kognitywnym, a więc są ostatecznie nieuzasadnione. Wspomniane symbole tworzą i ogarniają całą doświadczalną rzeczywistość wierzącego. W zaczarowanych doznaniach nie istnieje wyraźny podział na podmiot i przedmiot. Dlatego obiekt wierzenia ma w oczach wierzącego status ontologiczny, który nie może zostać zakwestionowany. Odczarowanie jest jednocześnie właściwością wiary, która zostaje zorganizowana za pomocą systemów wiedzy i kultur eksperckich (inaczej niż „gorące” symbole), jak i trudnością, żeby uwierzyć. Dzieje się tak dlatego że i poznanie, i emocje organizujące wierzenia ulegają racjonalizacji.
Według Webera działania stają się racjonalne, kiedy są przeprowadzane „metodycznie”, kiedy są systematyczne, kiedy planuje się środki, żeby osiągnąć cele, kiedy – żeby użyć słów Webera – są one „kontrolowane przez intelekt”. Działanie racjonalne jest świadomie regulowane, nie jest przypadkowe, nie wynika z przyzwyczajenia, nie jest wykonywane pod wpływem impulsu. Podejście racjonalne podważa zaczarowanie, ponieważ żeby poznać dany obiekt i zająć się nim, stosuje usystematyzowane zasady i kody, uniezależnione od podmiotu i przedmiotu wiedzy, oddzielając w ten sposób przedmiot wiedzy od podmiotu i unieważniając wiedzę zdobytą na drodze objawienia, intuicji czy nagłego olśnienia. Można powiedzieć, że wiele potężnych sił kulturowych przeprojektowało odczuwanie i doznawanie miłości oraz wzmocniło jej racjonalizację. Co za tym idzie, przyczyniło się do rozpoczęcia przemiany, jaka zaszła w naszym sposobie jej doświadczania. Stało się to za sprawą takich czynników, jak nauka, technologie wyboru oraz wartości polityczne. Uważam, że zbieżność i wspólne oddziaływanie tych trzech sił doprowadziło do powstania ironicznej struktury uczucia w przestrzeni romantycznych doznań.
Z miłości do nauki
Pierwszy czynnik, i zapewne najważniejszy, dotyczy powszechnie występujących naukowych sposobów na objaśnienie miłości, które rozprzestrzeniły się szeroko w instytucjach naukowych i mediach. Przez cały wiek XX i początek XXI dziedziny, takie jak psychologia, psychoanaliza, biologia czy psychologia ewolucyjna, tłumaczyły, czym jest miłość, rozpatrując ją w takich kategoriach, jak „nieświadome”, „popęd seksualny”, „hormony”, „przetrwanie gatunku” czy „chemia mózgu”. Pod egidą wyjaśnień naukowych tak nakreślone ramy osłabiają postrzeganie miłości jako niewysłowionego, wyjątkowego, quasi–mistycznego przeżycia, ostatecznie podważając jego absolutny i niepowtarzalny charakter.
Mimo że psychoanaliza i psychologia dynamiczna stawiają miłość w centrum struktury „ja”, to jednak osłabiają jej status kulturowy, rozpatrując ją jako efekt procesów psychicznych, takich jak „trauma”, „kompleks Edypa” czy „przymus powtarzania”. Kultura popularna spod znaku Freuda, w której zanurzona jest większość nowoczesnych państw, wysuwa twierdzenie, że miłość jest odegraniem konfliktów wczesnego dzieciństwa i że to właśnie owo powtarzanie tragedii przeżytej z innym młodym jej bohaterem jest prawdziwym źródłem, a nawet przyczyną, naszych obecnych wyborów miłosnych.
W efekcie odrzuca się myśl mówiącą, że miłość jest czymś niewymownym i niesamowitym. Raczej, jak twierdzi psychoanaliza, miłość jest kształtowana przez to, jak tworzyliśmy więzi z opiekunami na wczesnym etapie życia, a także przez to, w jaki sposób nasza psychika radzi sobie z kompleksem Edypa. Uczucie to jest w tym ujęciu zredukowane do uniwersalnej struktury psychicznej.
Łącząc dzieciństwo i romantyczne doświadczenia osób dorosłych w jedną spójną narrację, kultura psychologiczna wzmacnia trwający już proces poznawania samego siebie i uważnego obserwowania swojej psychiki. Co za tym idzie – wspiera intelektualizację relacji miłosnych poprzez systematyczne definiowanie emocji oraz ich regulację i kontrolowanie za pomocą technik wzmacniających samoświadomość i ułatwiających przemianę siebie. Co więcej, zalecając modele bliskości oparte na negocjowaniu, komunikacji i wzajemności, nauki zajmujące się psychiką pokazują relacje intymne jako bardzo plastyczne, takie jakie można kształtować zgodnie z wybranym projektem, opierając się na niezależnej wolnej woli i kontrolując samego siebie. Relacje takie mają być dostosowane do indywidualnych potrzeb i psychologicznych predyspozycji jednostki. To podejście likwiduje skojarzenie miłości z absolutną formą transcendencji. Miłość staje się emocją dostosowywaną do potrzeb danej osoby, a przez potwierdzenie, że ważne jest dobro jednostki, psychologia rozbraja ideały poświęcenia i zaparcia się samego siebie. Niezależność stawiana jest przez psychologię w centrum modelu osobowości, a wprowadzanie jej w życie przekształca ideał zjednoczenia emocjonalnego w ideał negocjacji między dwiema w pełni dojrzałymi osobami. Ostatecznie psychologia klasyfikuje też doświadczenie miłosnego cierpienia jako kolejny objaw niedojrzałości emocjonalnej. W kulturze psychologicznej cierpienie nie jest oznaką doznania emocjonalnego wykraczającego poza ramy „ja”. Cierpienie związane z miłością już nie zdradza bezinteresownego oddania i nie wskazuje na wzniosłość duszy. Taka miłość – oparta na poświęceniu, zjednoczeniu i dążeniu do pełni – postrzegana jest jako rodzaj zaburzenia emocjonalnego. Wcześniejsze zrównanie miłości i cierpienia – trawiącego, siejącego wewnętrzne spustoszenie doświadczenia, w którym „ja” może potwierdzić żywioną miłość przez ostentacyjny pokaz zatracenia – stało się niezwykle podejrzane w nowej kulturze zdominowanej przez podejście terapeutyczne (8).
Model zdrowia, który w ogromnym stopniu przenika relacje intymne, wymaga, by miłość wpisywała się w definicje dobrego samopoczucia i szczęścia oraz poddawała się żelaznym prawom użyteczności. Nieodwzajemniona miłość np. jest interpretowana jako znak, że dana osoba musi przejść jeszcze raz przez doświadczenie opuszczenia. Emocjonalne doznawanie miłości zaprzęga się do utylitarnych celów swojego „ja”, które mają zapewnić maksimum przyjemności i dobrego samopoczucia, zmieniając miłość w doświadczenie, w którym każdy powinien wyliczać swoją użyteczność.
Biologia miała nieco inny wpływ na ramy kulturowe, które wyznaczają rozumienie miłości. Biolodzy zazwyczaj wyjaśniają ją jako proces chemiczny, co – jeszcze bardziej niż w przypadku psychologii – redukuje miłość do czynników całkowicie zewnętrznych wobec samego uczucia miłości. Według nauk zajmujących się badaniem układu nerwowego w czasie kiedy ludzie oświadczają, że są zakochani, w ich mózgach występuje określony zestaw substancji chemicznych. Wśród nich należy wymienić testosteron, estrogen, dopaminę, noradrenalinę, oksytocynę, wazopresynę. Znaczny wzrost np. dopaminy i noradrenaliny jest zauważalny w mózgu osoby zadurzonej. Ujmując kwestię jeszcze dokładniej, wyższe stężenie testosteronu i estrogenu jest charakterystyczne dla fazy zwiększonego pożądania. Dopamina, noradrenalina i serotonina są spotykane w wyższym stężeniu u osób, które czują zwiększony pociąg do partnera i uważają go za atrakcyjnego. Wpływ serotoniny na zakochanie jest z chemicznego punktu widzenia podobny jak w przypadku zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, co z kolei tłumaczyłoby, dlaczego nie potrafimy myśleć o nikim innym, kiedy jesteśmy zakochani. Poziom serotoniny jest znacznie wyższy w mózgach osób, które zakochały się niedawno, w porównaniu z innymi ludźmi. Oksytocyna i wazopresyna wydają się blisko związane z więziami długotrwałymi i relacjami charakteryzującymi się silnym przywiązaniem. W numerze „National Geographic” z lutego 2006 r. artykuł okładkowy Lauren Slater Love: The Chemical Reaction(„Miłość: reakcja chemiczna”) analizuje miłość w kategoriach czysto chemicznej reakcji. Tak pociąg erotyczny, jak i przywiązanie są postrzegane jako zjawiska wywołane przez różne składniki chemiczne. Euforia i radość, które możemy uznawać za efekt zakochania, są niczym innym jak uwarunkowaną chemicznie i mimowolną reakcją mózgu. Wyniki badań podkreślają również, że owe objawy zazwyczaj znikają średnio po dwóch latach. Efektem takiego redukowania miłości do procesów chemicznych w mózgu jest pozbycie się mistycznego i duchowego obrazu miłości oraz zastąpienie go nową formą materializmu, która obniża intensywność poczucia wyjątkowości doznawanego przez zakochanych. Psychologowie ewolucyjni przedstawiają co prawda inne spojrzenie, ale jednak i oni przypisują uczucie miłości czynnikom zewnętrznym, które służą gatunkowi ludzkiemu. Według Dylana Evansa z punktu widzenia ewolucji emocje takie jak miłość (albo poczucie winy czy zazdrość) uznaje się za pomocne w rozwiązaniu „problemu zaangażowania” (9). Jeśli zakładamy, że ludzie mają ze sobą współpracować, powstaje pytanie, w jaki sposób ktoś miałby się w coś zaangażować albo upewnić się, że druga osoba się w to zaangażuje. Psychologowie ewolucyjni odpowiedzą, że kluczem są tu emocje. W szczególności miłość romantyczna mogła służyć zaszczepieniu w ludziach chęci do rozmnażania i zapewniała, że mężczyzna lub kobieta nie opuści niespodziewanie partnera. W tym przypadku znowu interpretacja, jaką posługują się psychologowie ewolucyjni, przenosi akcenty, umniejszając znaczenie niepowtarzalności i transcendentnego charakteru miłości odczuwanego przez zakochanych, i sprowadza ją do funkcjonalnej konieczności, mającej zapewnić współpracę na poziomie gatunku. Miłość staje się niczym więcej niż ślepą koniecznością działającą w naturze i w grupie społecznej. Naukowe sposoby objaśniania – psychologiczne, biologiczne, ewolucyjne – z samej swej natury są najczęściej abstrakcyjne i zewnętrzne wobec kategorii doświadczeń odczuwanych i przeżywanych. Przednowoczesne religijne sposoby objaśniania, które postrzegały głęboką miłość jako przejaw opętania lub czasowej utraty zmysłów, rezonowały z kolei z doznaniami podmiotu. Wyjaśnienia naukowe redukują miłość do epifenomenu,…