Ci, którzy co miesiąc przychodzą pod Pałac Prezydencki, protekcjonalnie określani mianem „ludu smoleńskiego”, są bezpośrednimi spadkobiercami pięknej polskiej tradycji: kobiet, które w XIX w. nosiły czarne suknie na znak żałoby po przegranych powstaniach, i opozycjonistów zbierających się 1 sierpnia na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, by uczcić pamięć poległych w roku 1944. Wiece i miesięcznice przez swoją formę, a także treść wygłaszanych wówczas przemówień nawiązują do działań tych, którzy z narażeniem życia pielęgnowali pamięć o ofiarach Katynia i zamordowanych w więzieniu mokotowskim; wszystkich którzy poprzez praktyki wspólnotowej żałoby odmawiali podporządkowania się obcej, narzucanej z zewnątrz władzy. Choćby dlatego „mitologia smoleńska” zasługuje na rzeczową analizę.
Jeśli natomiast ktoś wierzy, że Polska jest dziś niepodległa i demokratyczna oraz potrzebuje innego patriotyzmu i innej pamięci – jednoczącej, wzmacniającej ducha wspólnoty, pamięci, która pozwoli nam się poczuć gospodarzami we własnym kraju – tym bardziej powinien poznać i zrozumieć „mitologię smoleńską”! Trudno przecież walczyć z czymś, czego się nie zna i nie rozumie. Jeśli problem polega na tym – jak chcieliby polityczni przeciwnicy zgromadzonych pod Pałacem Prezydenckim – że w wolnej Polsce taka forma pamięci nie jest już potrzebna, to i tak warto spytać: dlaczego wciąż okazuje się tak atrakcyjna? Jeśli uważamy, że „religia smoleńska” jest głęboko fałszywa, tym bardziej powinno nam zależeć na jej zrozumieniu. Jak działa? Czemu wciąż ma tylu zwolenników? Dlaczego – najwyraźniej – według wielu ludzi objaśnia świat „lepiej” niż przemówienia rządzących i raporty oficjalnych komisji badających przyczyny wypadku?
Jak działa mit?
„Religia smoleńska” lub „mitologia smoleńska” są pejoratywnymi określeniami, w dyskursie publicystycznym używanymi zwykle w celu ośmieszenia politycznych przeciwników. Tak się jednak składa, że zespół zjawisk, który lekceważy się, stosując te terminy, faktycznie przejawia wiele cech mitu czy religii. Współczesna kultura polityczna pamięci ma, jak słusznie zauważa Zbigniew Mikołejko, „swoją liturgię, rytuały, święta, jak chociażby spotkania rocznicowe. Ma również swoich kaznodziejów i kapłanów, swoje legendy, jak również stronę demoniczną – miejsce dla tych, którzy są demonizowani”[1]. W jaki sposób wydarzenie z tak nieodległej przeszłości w ciągu zaledwie trzech lat zdołało przemienić się w mit?
Jak podaje jedna z definicji, mit jest to przeszłość, która powraca w teraźniejszości. Mircea Eliade, jeden z najważniejszych badaczy zagadnienia, twierdzi, że cechą każdego mitu jest wyraźne zwrócenie uwagi na istnienie trzech różnych sfer czasu: doskonałej, wzorcowej przeszłości; ułomnej, świeckiej teraźniejszości i święta, które w specjalnych okolicznościach na powrót łączy przeszłość i przyszłość rozdzielone w wyniku „pierwotnego upadku”. Każde święto buduje więc metafizyczny most lub tunel, dzięki któremu teraźniejszość czerpie moc z bohaterskiej przeszłości. Eliade pisze, że dzięki świętom ludzie wierzący w mit stają się okresowo współcześni bogom i herosom[2].
O mitach dowiadujemy się zazwyczaj od antropologów bądź historyków. „Współcześni bogom” mogli stać się tubylcy z egzotycznych wysp albo mieszkańcy starożytnych greckich państw-miast. Stąd określenie czegoś mianem „mitu” może mieć dziś znaczenie wyraźnie negatywne. Tymczasem, co niechętnie sobie uświadamiamy, także kalendarz przeżywany przez każdego z nas jest jak gdyby skompresowanym zapisem wielu przeszłych stuleci. Znajdziemy w nim święta religijne, państwowe, ale też te prywatne. W określone dni wspominamy minione dzieje Kościoła, narodu czy rodziny. W ten sposób poprzez zachowanie „jedności czasu” wytwarzamy symboliczny związek z przeszłością.
Paul Connerton, brytyjski socjolog i autor książki Jak społeczeństwa pamiętają, idzie w badaniach nad mitycznym kalendarzem o krok dalej. Odtwarzanie przeszłości dokonuje się nie tylko dlatego, że przy odpowiedniej dacie wpisano te lub inne słowa. Obchodzenie święta, a więc wspólne przeżywanie tego, co wydarzyło się kiedyś, zachęca nas, by wziąć udział w rytuale: wyjść na ulice, słuchać przemówień, palić znicze… Opowieść o przeszłości, którą proponują nam tego rodzaju obrzędy, to, jak twierdzi Connerton, coś więcej niż tylko historia: „(…) to wcielany w życie kult, rytuał ustanawiany i wykonywany (…) [przywoływana w ten sposób] historia była opowiadana nie w czasie przeszłym, lecz raczej w czasie metafizycznej teraźniejszości. Nie docenilibyśmy upamiętniającej mocy rytuału, (…) gdybyśmy mieli powiedzieć, że przypominał on uczestnikom mityczne wydarzenia. Powinniśmy raczej stwierdzić, że uświęcone zdarzenia (…) były tam od-twarzane (…), biorący udział w praktykach kultu stawali się, można powiedzieć, współcześni wydarzeniu mitycznemu”[3].
W ten sposób rodzi się mit – opowieść, która przedstawia wydarzenia historyczne, lecz zarazem przemienia je w uniwersalną, niezmienną prawdę. Przede wszystkim jednak, jak podkreśla Connerton, „mit naucza, że historia nie jest starciem przypadkowych sił” – nadaje więc sens przeszłości, a poprzez nią także teraźniejszości.
Można więc powiedzieć – i nie jest to w tym wypadku obelga! – że mit służy właśnie temu, by zwolnić nas z myślenia. Przedstawiając świat podzielony na dobro i zło, kosmos, w którym zrazu przesądzone jest, kto po której stronie barykady się znajduje, mit dostarcza gotowych schematów interpretacji pozwalających odróżnić „pamięć” i „zapomnienie”, „swoich” i „obcych”, „prawdę” i „fałsz”. Życie w świecie ogołoconym z mitów byłoby niemożliwe. Gdyby nie one, ludzkość wciąż od nowa musiałaby odpowiadać sobie na te same fundamentalne pytania. To dzięki mitom wiemy, kto jest naszym wrogiem, a kto przyjacielem.
Pamięć
Sądzę, że pamięć jest kluczem do zrozumienia tego, co 10. dnia każdego miesiąca wydarza się pod Pałacem Prezydenckim. To właśnie ona nadaje sens rytualnemu powtarzaniu przeszłości. Gdy wsłuchamy się w początek przemówienia, które Jarosław Kaczyński wygłosił w pierwszą rocznicę katastrofy, dostrzeżemy, że nie zaczyna się ono od odwołania do ofiar ani do bieżącej sytuacji politycznej. Prezes Prawa i Sprawiedliwości zwraca się natomiast wprost i wielokrotnie ku pamięci rozumianej jako wartość moralna: „Otóż Szanowni Państwo, kiedy na was patrzę, to jedno z całą pewnością wiem: ci, którzy chcieli zabić pamięć, przegrali. Przegrali, proszę państwa. Nie udało się. Nie udało się, pamiętamy. My pamiętamy i będziemy pamiętać. A pamiętamy dlatego, że szanujemy tych, którzy zginęli, bo szanujemy naród polski, szanujemy sami siebie. Pamiętamy, powtarzam, bo nie pamiętać mogą tylko ci, którzy ani Polski, ani poległych, ani nawet siebie samych nie szanują”.
„Mitologia smoleńska” jest więc mitologią pamięci i – zgodnie ze wspomnianymi wyżej rozpoznaniami socjologów – opiera się na nieustannym powtarzaniu. Katastrofa smoleńska zostaje zinterpretowana jako powtórzenie zbrodni katyńskiej, manifestacje żałobne są z kolei reaktualizacją samej tragedii itd. Zapewne najbardziej charakterystyczną cechą pamięci ucieleśnianej przez „mitologię smoleńską” jest jej gęstość czy wręcz uporczywość. Widać to wyraźnie na przykładzie różnicy między dwoma cyklami pamięci – rocznym i miesięcznym.
Choć może to brzmieć nieco zaskakująco, praktyki pamięci są często ważnymi narzędziami… zapominania. Chowając zmarłych na cmentarzach i wyraźnie wyznaczając określone dni ich wspominania, zapewniamy tym samym, że upiory przeszłości nie będą nas nieustannie nawiedzać. Dzięki instytucjom i praktykom, takim jak rocznice, muzea czy apele poległych, przeszłość i teraźniejszość pozostają rozdzielone. Właśnie ten rodzaj pamięci proponują wobec katastrofy smoleńskiej oficjalne instytucje państwa i „media głównego nurtu”. Przywołują one 10 kwietnia jako dzień tragiczny, ale i zamknięty rozdział. Odnosząc się do klasycznych ustaleń psychoanalizy, można powiedzieć, że rocznice stanowią praktyki żałoby, w ramach których „człowiek rozpoznaje stratę jako stratę, lecz zarazem potrafi się z nią (częściowo) rozstać, zacząć od nowa, znów zainteresować się życiem”[4].
Takie „bezpowrotne” odsyłanie zmarłych w przeszłość jest całkowicie obce mitowi. Dlatego miesięcznice celebrowane przez grupy pamięci o charakterze jednoznacznie opozycyjnym sytuują się na przeciwnym biegunie praktyk żałoby. Przywołują one katastrofę jako nieustannie obecną w zbiorowej pamięci. Oznacza to, że – zgodnie z logiką mityczną – miesięcznice, wbrew pozorom, nie kierują się ku przeszłości, lecz odnoszą się za jej pośrednictwem do teraźniejszości i przyszłości, przedstawiając tragedię smoleńską jako niezamknięty rozdział, wciąż aktualny i stanowiący istotną treść dnia dzisiejszego. Podobnie – jak twierdzą badacze z nurtu psychoanalitycznego – dzieje się, gdy nagle stracimy bliską osobę i nie jesteśmy w stanie „przepracować” związanej z tym traumy. W pierwszym okresie nieustannie powracamy na cmentarz, nie chcąc dopuścić do zepchnięcia w przeszłość wciąż bliskich nam wspomnień. Miesięcznice pozostawiają zatem uczestników w obszarze melancholii, w ramach której „człowiek pozostaje pod wpływem naładowanej fantazmatami przeszłości”[5].
Patriotyzm Zbiorowa pamięć jest niezwykle wybiórcza. Tylko nieliczne wydarzenia z przeszłości znajdują odzwierciedlenie w teraźniejszości poprzez święta czy rocznice. Większość ulega naturalnemu zatarciu bądź – jak w przypadku przeszłości wstydliwej czy niezgodnej z oficjalną ideologią – celowemu usunięciu. W ten sposób każda grupa społeczna (religia, naród, rodzina) staje się wspólnotą pamięci połączoną uznaniem określonych wydarzeń z przeszłości za ważną dla niej historię i odrzuceniem innych, z którymi jej członkowie się nie utożsamiają. To, co pamiętamy, decyduje o tym, kim jesteśmy. Można więc spytać: kto pamięta o katastrofie smoleńskiej? Wydaje się, że zaraz po 10 kwietnia 2010 r. mieliśmy do czynienia z upamiętnianiem narodowym. To naród był tu podmiotem straty i to on, jako wspólnota, celebrował i przeżywał określone rytuały. Instytucje państwowe wykorzystywały do uczczenia wydarzenia zarezerwowane dla siebie narzędzia, takie jak chociażby ogłoszenie żałoby narodowej czy opuszczenie flag. Początkowo „mitologia smoleńska” miała więc wszelkie cechy mitologii państwotwórczej, jednoczącej obywateli i wzmacniającej poparcie dla rządzących. To zjawisko doskonale znane badaczom pamięci, którzy twierdzą, że od czasu I wojny światowej wspólne upamiętnianie poległych stało się jedną z najważniejszych form umacniania państwa. Nowoczesne europejskie narody, twierdzi cytowany tu wcześniej Paul Connerton, są przede wszystkim wspólnotami pamięci, państwo zaś i jego instytucje dzierżą monopol na celebrowanie przeszłości6. Na tak nakreślonej mapie Europy Polska stanowi wyjątek. Nasz patriotyzm z powodów historycznych okazuje się niemal zawsze antypaństwowy. Prowadzi to do interesującego pod względem socjologicznym zjawiska. Jeśli każdy naród jest wspólnotą pamięci, to opozycyjna „przeciw-pamięć” może stać się równie ważnym narzędziem walki z władzą jak przełamywanie monopolu na przemoc fizyczną czy monopolu ekonomicznego. Udowodnienie rządzącym wykorzenienia z historii, a więc sprzeniewierzenia się pamięci, oznacza ich ceremonialną detronizację. Dlatego propozycja alternatywnego modelu pamięci jest jedną z najważniejszych form budowania opozycji politycznej. Jeśli pod tym kątem przyjrzymy się wydarzeniom z wiosny 2010 r., wyraźnie dostrzeżemy, jak w miarę upływu kolejnych miesięcy, a nawet tygodni zmianie ulegała tożsamość upamiętniających wspólnot. Pamięć katastrofy stała się kluczowa dla jednej z opcji politycznych, przez co zmieniły się formy upamiętniania (wiece, miesięcznice), ale też sens samego wydarzenia. Najciekawszy wydaje się fakt, że w momencie gdy upamiętnianie katastrofy smoleńskiej utożsamiono z opowiedzeniem się po jednej ze stron konfliktu, z tych rytuałów zostali wykluczeni przeciwnicy polityczni. Pamiętanie stało się „pamiętaniem przeciw komuś”. Ponieważ tak się składa, że strona upamiętniająca znajduje się akurat w opozycji, podczas gdy strona wykluczona z…