Subskrybuj
Dr historii, publicysta, zajmuje się głównie historią ZSRR lat 1917–1941, a także tematyką stosunków polsko- -żydowskich, współpracownik „Liberté!”, „Forum Żydów Polskich”, współprowadzi projekt „Warszawa dwóch Powstań”. Autor książki Rewolucja permanentna Lwa Trockiego. Między teorią a...

Piotra Zychowicza historia w wersji pop

Historia bywa kapryśna, a suma błędów być może zawsze wynosi zero. Dlatego warto dokonywać głębszego namysłu i czasem wstrzymać się ze stawianiem kategorycznych ocen, zwłaszcza gdy pisze się trochę „inną” historię Polski, jak uczynił to Piotr Zychowicz.

Czy przez hipotetyczny sojusz II Rzeczypospolitej z III Rzeszą można było uniknąć tragedii września 1939 r.? Czy polityka Polskiego Państwa Podziemnego i rządu londyńskiego po pakcie Sikorski– Majski była słuszna? Czy powstanie warszawskie zasłużyło na miano „obłędu”? To tylko krótki katalog kontrowersyjnych pytań i zarzutów znajdujących się w dwóch głośnych, by nie powiedzieć: najgłośniejszych, w ostatnich dwóch latach książek z gatunku publicystyki historycznej autorstwa Piotra Zychowicza.

Pisarska bomba?

Pytania te nierozerwalnie wiążą się z bardzo wyostrzoną, miejscami wręcz brutalną historyczną oceną kilku kluczowych postaci II RP, a potem rządu na uchodźctwie: Józefa Becka, Władysława Sikorskiego, Tadeusza Bora- -Komorowskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Leopolda Okulickiego. Zychowicz, patrząc na historię na sposób manichejski, prócz czarnych charakterów ma także swoich bohaterów, tych, którzy trafnie odczytywali rzeczywistość, lecz ich nie posłuchano albo zignorowano. Są nimi Władysław Studnicki, Stanisław i Józef Mackiewiczowie, Kazimierz Sosnkowski, Tadeusz Katelbach, Janusz Bokszczanin czy zbiorowo Narodowe Siły Zbrojne. Autor Paktu Ribbentrop–Beck i Obłędu ’44 w bezkompromisowy, a miejscami perwersyjny sposób rozstrzyga wątpliwości, nazywając rzeczy po imieniu. Pisze o „koncertowej głupocie”, „polskiej megalomanii”, „nadętym ego”, „skrajnej niedojrzałości”, ale i „zdradzie”. Taki zestaw określeń gwarantował awanturę i liczne polemiki. Czy jego pisarstwo jest zatem przełomowe, czy wielkie kwantyfikatory i poważne oskarżenia mają służyć trafnemu odczytaniu słynnej sentencji Cycerona, że historia magistra vitae est?

Zychowiczowi z pewnością udało się jedno: reanimował, a nawet rozgrzał do czerwoności historyczną debatę publiczną. Wyprowadził ją z hermetycznych gabinetów i sal wykładowych instytutów historii. To duża wartość, której nie mam zamiaru bagatelizować. Ponadto linie podziału wokół jego książek przebiegają w poprzek poglądów politycznych i przyjętych „tradycyjnych” mód na postrzeganie historii w różnych środowiskach. Niemniej największy zamęt wprowadził Zychowicz wśród swoich kolegów z szeroko rozumianego obozu konserwatywno- prawicowego. Anegdotyczny już spór o książki Zychowicza pomiędzy Sławomirem Cęckiewiczem a Piotrem Gontarczykiem czy polemiczny w swojej istocie wywiad, jakiego udzielił Jarosław Kaczyński na łamach macierzystego dla autora Paktu… tygodnika „Do Rzeczy”, mają swój wymiar. A gdy dodamy do tego jeszcze jego jawną krytykę powstańczych aksjomatów Jarosława Marka Rymkiewicza i połączymy to z napływającymi pochwałami „za odwagę” ze strony dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, to musimy zadać sobie pytanie, czy nie mamy do czynienia z prawdziwą pisarską bombą. Przez wiele lat mówiło się, że Polacy niespecjalnie interesują się historią, a spory o wydarzenia związane z II wojną światową są domeną profesjonalistów. Biorąc pod uwagę szum wokół jego książek oraz ich sprzedawalności, można sądzić, że Zychowicz skutecznie obalił tę tezę. Czy zatem publicystyka historyczna Zychowicza z jego bardzo emocjonalnym stylem i wybitnie pamfletowym charakterem ma same zalety?

Ukąszony ahistoryzmem

Przede wszystkim książki Zychowicza cierpią na chorobę ahistoryzmu. W pułapkę tę wpadają dość często ci autorzy, którzy świadomie odrzucając naukowy sztafaż (jak mówi Zychowicz: opasłe i nudne przypisy), uelastyczniają język, zarazem podkręcając hardość zarzutów. Wobec postaci historycznych, którym ma sporo do zarzucenia, Zychowicz nie stosuje żadnej taryfy ulgowej. Dobrym przykładem jest główny antybohater Paktu… płk Józef Beck. Zychowicz pomija geopolityczny kontekst, w jakim znalazła się II RP po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 r. Nie bierze pod uwagę tego, że szef polskiej dyplomacji de facto zrealizował swoje zobowiązanie, i to nie tylko w kwestii wierności wobec koncepcji Marszałka „gry na dwu fortepianach” między III Rzeszą a ZSRR. Beck wywiązał się też z deklaracji, że uda mu się wciągnąć Francję i Wielką Brytanię do konfliktu z Niemcami. Nie mógł jednak przewidzieć, iż kraje dawnej ententy zachowają bierność, zwłaszcza że z polskiego punktu widzenia było to irracjonalne. Zychowicz skupia się natomiast na licznych błędach ostatniego ministra spraw zagranicznych II RP, żądając od niego, by przewidział wszystko, włącznie z obsesyjnym, zbrodniczym i rasistowskim charakterem reżimu hitlerowskiego.

Nie twierdzę, że samo postawienie pytania o alternatywę dla Polski w roku 1939 nie ma sensu. Zastanawianie się na tym ukazuje przecież historykowi wagę danego wydarzenia i jego dynamikę. Nie uważam również, że Beck był politykiem bez wad. Należy jednak ważyć zarzuty i bardzo uważać, by w pisarskiej zapalczywości nie zabrnąć za daleko. Pamiętajmy, że na każdą, nawet najbardziej błyskotliwą, spekulację można przecież odpowiedzieć przeciwspekulacją. Warto w tym miejscu zatrzymać się nad zagadnieniem coraz częściej snutych (Piotr Zychowicz nie był w tym względzie ani pierwszy, ani zapewne nie będzie ostatni) rozmaitych alternatywnych scenariuszy dotyczących tego, jak mogłyby potoczyć się losy Polski podczas II wojny światowej. Co ciekawe, wyjątkowa mnogość przede wszystkim pozytywnych historii kontrfaktycznych sugeruje, że Polacy, niezależnie od barw politycznych, pragną mieć historię pełną sukcesów. Zychowicz również uległ tej modzie. Autor projektuje daleko idące fantasmagorie z wizją zatknięcia biało-czerwonej flagi na Kremlu, dorzucając do tego tezę o tym, że Holokaust nie zaistniałby na taką skalę, powołując się przy tym zupełnie ahistorycznie na casus Węgier pod rządami admirała Horthy’ego.

Wydawałoby się, iż po krytyce Paktu…  Zychowicz wziął sobie do serca cześć uwag krytycznych, pisząc Obłęd ’44 w nieco inny sposób. Pewne fragmenty świadczą o tym, że to tylko złudzenie. Hipotetyczna opowieść o triumfie II RP w II wojnie światowej jest tu zastąpiona pamfletem. W Obłędzie… nie ma już części beletrystycznej, jest za to część emocjonalno-oskarżycielska. Bywa, że Zychowicz przeistacza się w surowego prokuratora, stawiając przed historycznym trybunałem Sikorskiego, Mikołajczyka, Bora-Komorowskiego, nie mówiąc o samym Okulickim, którego co prawda nie nazywa wprost zdrajcą, ale „niech sami sobie Państwo odpowiedzą na to pytanie”. Całe dowództwo AK i Polskiego Państwa Podziemnego jest tu postawione pod pręgierzem. Zychowicz tworzy swego rodzaju „historiografię niepokorną”, wyśmiewając przy okazji niemal całą historiografię „oficjalną”. Nie szuka niuansów, nie patrzy na trudny kontekst okupowanej Polski roku 1944 czy 1945. Takie postawienie sprawy prowadzi autora do sprzeczności, niekonsekwencji i kilku szokujących tez. To wielka szkoda, gdyż jego krytyka, zwłaszcza decyzji o wybuchu powstania warszawskiego, jest dobrze udokumentowana, racjonalna i choć powtarza znane już historykom argumenty, to dzięki ich kondensacji nadaje im odpowiedni wymiar. Zychowicz prezentuje w tych fragmentach mądrą konstatację, iż zanim zaczniemy kogokolwiek oskarżać o „brak pomocy”, „wiarołomstwo” czy „zły los”, powinniśmy przyjrzeć się własnym błędom i wyciągnąć z nich wnioski. Zwłaszcza prawicowo-konserwatywnego czytelnika takie oceny mogą skłonić do refleksji nad naszą historią.

Dziecięca choroba antykomunizmu W drugiej książce Zychowicz nie ustrzegł się przed myśleniem życzeniowym. Postulowana przez niego strategia „spokój za spokój” wobec okupacyjnej polityki III Rzeszy jest tego dobrym przykładem. Począwszy od kampanii wrześniowej i dokonanych już podczas działań wojennych niemieckich zbrodni, po pierwsze egzekucje w Generalnym Gubernatorstwie, w żaden sposób „niesprowokowanych” działalnością raczkującego wtedy ruchu oporu, widać jak na dłoni, że było to niemożliwe. W związku z tym Zychowicz popełnił dość zasadniczy błąd, stawiając w zasadzie znak równości między okupacją Niemiec hitlerowskich i GG a późniejszą hegemonią i podległością Polski Ludowej wobec ZSRR. Nazwałbym to „dziecięcą chorobą antykomunizmu”. Istnieje podstawowa jakościowa różnica pomiędzy nazistowskim totalitaryzmem a radzieckim stalinizmem czy szerzej: komunizmem. Zaznaczam, że nie chodzi tu o żadną relatywizację zbrodni ani chęć ocieplenia któregoś z totalitaryzmów. Hitleryzm był obliczony na eksterminację, także Polaków. Mein Kampf nie pozostawia w tym względzie najmniejszych złudzeń. Jednym z nadrzędnych celów Führera, z którym przystępował do wojny, była walka z „międzynarodowym żydostwem”. Drugą kwestią była wojna na Wschodzie, walka o Lebensraum. Sprawa ta była dla nazistów ideologiczną krucjatą, a nawet czymś więcej, misją. Zychowicz w swoich wnioskach zupełnie pominął tzw. Generalplan Ost (Generalny Plan Wschodni), czyliniemiecki plan osiedleńczy i germanizacyjny terytoriów Europy Wschodniej, który zakładał wyniszczenie i wysiedlenie większości miejscowej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Człowiek jaki to rodzaj?