Powieści Myśliwskiego powstają dopiero wtedy, gdy autorowi uda się zmylić trop i zatrzeć wszelkie ślady swej obecności. Bo tak naprawdę to czytelnik nie wie, czy ma do czynienia z fikcją czy z wyznaniem autora. Zresztą w pewnym momencie przestaje to być istotne. Tak bardzo wciąga go rytm hipnotycznej prozy, że sam nad sobą traci kontrolę. I nie wie już, czy czyta o autorze, narratorze, bohaterze, a może o sobie samym. Tak w każdym razie mnie się przydarzyło z lekturą Ostatniego rozdania. Myśliwskiemu udała się rzadka sztuka. Owładnął mną całkowicie. Od razu jednak muszę wyznać, że nie czułem się zniewolony. Raczej zaproszony do rozmowy, do tajemnych zwierzeń, do podzielenia się z tym, co dla mnie najważniejsze.
Klucz do rzeczywistości
To mój świat. Ale odczuwam też, „że nie jestem odosobniony” w moim sposobie odczytywania siebie i życia. Już w drugiej części powieści odnajduję takie oto wyznanie: „Żyłem, jak żyłem. Bez poczucia podporządkowania się jakiejkolwiek całości. Kawałkami, fragmentami, strzępkami, częstokroć chwilami, można by rzec, na wyrywki, od przypadku do przypadku, jakbym odpływał, przypływał. Czasami miałem wrażenie, że ktoś z tego mojego życia powyrywał większość stron, czy dlatego że były to puste strony, czy dlatego że należały nie do mojego, lecz raczej do czyjegoś życia”. Być może to poczucie identyfikacji ma związek z tym, że czytając Ostatnie rozdanie, miałem nieodparte wrażenie, że czytam zarówno o sobie, jak i o moim świecie, którego już nie ma. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że taka lektura nie jest obiektywna wobec świata przedstawionego. Za dużo w niej projekcji, może nawet infantylnego utożsamienia. Brak dystansu, a może i pogłębionego rozumienia strategii narracyjnych zastosowanych przez rasowego pisarza, który prowadzi swego czytelnika tam, gdzie chce. Ale przecież to ja daję się uwieść, wiem, że jestem wodzony za nos, że główny bohater czy narrator to nie alter ego Wiesława Myśliwskiego. Jest konstrukcją literacką, tak jak narratorzy i bohaterowie jego poprzednich powieści.
A jednak wcześniejszych jego książek nie przeczytałem w tak intensywnie biograficznym kluczu. Zastanawia mnie: dlaczego to się stało właśnie teraz, przy lekturze Ostatniego rozdania? Dlaczego ta powieść jest tak bardzo moja i tak bardzo o mnie? Już w chwili zadania sobie tego pytania wiem, że nie ma na nie odpowiedzi. Może nawet nie chcę jej znaleźć ani usłyszeć. Po prostu poddaję się magii słowa i dobrze mi jest w tym stanie uwiedzenia i osobliwej hipnozie, w jaką jej maestria mnie wprawiła. Nie chcę się wybudzić. Wprost przeciwnie, chcę śnić na jawie, bo mam wrażenie, że ten hipnotyczny sen nie tyle umożliwia mi przeniesienie się w ginący świat, ile raczej dostarcza klucza do rzeczywistości, w której jestem bez reszty zanurzony tu i teraz, a której najzwyczajniej w świecie nie rozumiem. Myśliwski uprzytomnił mi, że w tym niezrozumieniu i zagubieniu nie jestem odosobniony, że tak naprawdę to każdy z nas jest podobny, ale nie wszyscy o tym wiedzą. Po prostu jesteśmy w tej samej, coraz bardziej rozchybotanej barce. Tylko nieliczni zdają sobie sprawę, że płyniemy bez celu i że tak naprawdę żaden port na nas nie czeka. Ale to wcale nie oznacza, że nie możemy o tym porozmawiać. Może warto więc po prostu zajrzeć do własnego pęczniejącego i rozsypującego się co chwila notesu i spróbować go uporządkować, niekoniecznie zaczynając od litery „a”, bo przecież nie ma żadnego znaczenia, gdzie się zacznie. Właściwie lepiej zdać się na przypadek, poddać się chaosowi, bo porządek może się okazać niebezpieczny, przed czym już w pierwszych fragmentach powieści ostrzega nas autor: „Słowo porządek, gdy się nad nim zastanowić, jest na tyle pojemne i wieloznaczne, że wszystko się w nim zmieści. Do tego ma skłonność do rozprzestrzeniania się w nieskończoność, tak że może oznaczać również zamiar zrobienia porządku ze światem. A taki porządek budzi powszechny lęk”. Właśnie za dużo porządku źle się kojarzy, budzi nieufność i niepokój. I słusznie. Zbyt wielu porządkowych chciało ludzkość uszczęśliwić w ostatnich stuleciach i źle na tym wyszliśmy.
„Świat wymaga naprawy”
Ale przecież potrzeba ładu, pragnienie wprowadzenia jakiegoś porządku w rozchwiane dzieje nie zawsze musi źle się kończyć. Czasem wręcz stanowi początek nowej epoki. Czy nie tak było ze wszystkimi charyzmatycznymi reformatorami, proponującymi nowe sposoby pogodzenia skłóconych racji? Oni również zapisali dzieje swoimi płomiennymi słowami i równie zdumiewającymi gestami. Jak się wydaje, w ten długi ciąg utopijnych prób wpisuje się propozycja Ambasadora, jednego z najbardziej zagadkowych bohaterów ostatniej powieści Wiesława Myśliwskiego. To prawda, że to właśnie ten bohater dotknięty jest tajemniczą chorobą, a jego koncepcje uzdrowienia świata (a ściślej: światów) są wygłaszane w chorobliwym amoku. Zresztą to właśnie ten kontekst budzi zaciekawienie. Pozwalam więc sobie przywołać opowieść, która i na pracownikach zakładu krawieckiego wywarła duże wrażenie: „Zmroziło nas. Czyżby to był atak choroby, każdy pewnie pomyślał. Nigdy przedtem w tych swoich projektach nie sięgał do tamtego świata. Niekiedy zresztą wydawało się, że mówi do rzeczy, gdy na przykład twierdził, że świat wymaga naprawy, bo nie może tak dalej być, żeby czas liczyć od wojny do wojny, tym bardziej że nie ma nawet przerw, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, zawsze gdzieś się mordują, wyrzynają, nie mówiąc, że z głodu umierają, z głodu, z chorób. Nastałby wreszcie wieczny pokój, co panowie na to? Nie od dołu zaczynać, bo na dole robaczki, a w górze Bóg. Zjednoczyć ten świat z tamtym, po co dwa? Wyobrażają sobie panowie, ile by miejsca przybyło? Nikt nikogo nie musiałby wypychać. Ile rzek, gór, nizin, wyżyn, mórz, oceanów. Ileż surowców, lasów, ryb, ptaków, zwierzyny. O ileż wszystko tańsze by było w tak nieskończonej przestrzeni. Ten nasz świat za mały na to, aby ludzie na nim nie cierpieli. A stanie się jeszcze mniejszy, gdy nie zaradzimy temu. Dwa w jednym, a wszyscy się zmieścimy”.
Tak, to wizja utopijna, twór chorej wyobraźni. Ale czy na pewno? Może to właśnie niedoszły dyplomata, oskarżony o dywersję i burzenie społecznego spokoju, wskazuje kierunek rozwiązań dla rozgorączkowanej, rozdartej absurdalnymi konfliktami i skłóconej nieustannie ludzkości? Ta ludzkość przestała już ufać sobie samej. Nie dowierzamy nikomu. Nie tylko politykom i religijnym przywódcom, ale i sobie samym….