Subskrybuj
Redaktorka miesięcznika „Znak”, socjolożka, absolwentka MISH UJ. Przez rok studiowała na rzymskim uniwersytecie La Sapienza. Stypendystka Fulbrighta, laureatka grantu badawczego Narodowego Centrum Nauki. Napisała rozprawę doktorską Upamiętnianie społeczności żydowskich w byłych sztetlach we współczesnej Polsce....

Być sobą w rytuale

Odnoszę wrażenie, że nie ma gdzie uciekać, bo nawet jeśli uda nam się zbiec, to owo napięcie między teatralnością a tym, co dzieje się realnie w życiu, pomiędzy udawaniem a czymś „autentycznym” nie zniknie. Albo ten egzamin zdamy, albo nie, i myślę, że w tym sensie rytuał wesela jest czymś, co było i będzie doświadczeniem progowym, ponieważ stawia nas przed jednym z ważniejszych pytań, jakie w życiu przerabiamy.

Marta Duch-Dyngosz: Rytuał potwierdza wspólnotowe wartości. Jednak pod jego adresem często pada zarzut, że służy raczej maskowaniu ich braku. Czy można odgrywać rytuał bez wspólnego podłoża?

Tomasz Rakowski: Myślę, że jest to centralne zagadnienie – rytuał a autentyczność. Z jednej strony mamy do czynienia z czymś, co jest rutynowe, sztuczne, zaprojektowane, fałszywe, teatralne, a z drugiej mamy coś autentycznego, żywiołowego, co bierze się z realizowania bądź wartości publicznych, bądź tych podmiotowych, tworzących się w obrębie biografii. Problem z rytuałem jest niestety taki, że równocześnie jest tak i tak.

Ktoś, kto podchodzi do rytuału wesela i jego poszczególnych części, np. oczepin albo momentu wyprowadzenia panny młodej z domu rodzinnego jak do czegoś sztucznego, w czym nie chce brać udziału, przeciwko czemu się buntuje, odtwarzając rytuał, niespodziewanie znajduje się w sytuacji, kiedy coś się w nim zmienia. Wrażenie sztuczności i teatralności ulatnia się. Nagle wchodzi w świat tego wytworzonego systemu wartości, symboli, znaczeń i zaczyna płynąć w ich strumieniu.

Uważam, że jest to kluczowa rzecz. Antropolog Victor Turner pisze o kategorii acting w znaczeniu działania, dynamizmu, ale jednocześnie poddania się czemuś. Mamy tutaj do czynienia z czymś sztucznym, sytuacją, kiedy możemy się pod kogoś podszyć, kogoś grać, a zarazem kiedy ujawnia się moment żywiołowego działania, autentycznego aktu, do którego dążą eksperymentatorzy w teatrze. Chcą przejść przez zaporę maski rytuału ku żywej wiązce impulsów. Tak było np. u Jerzego Grotowskiego.

W przypadku wesela jest to coś niezwykle istotnego. Ta ambiwalencja – zdolność przechodzenia z jednej strony na drugą – jest czymś niezwykle niepokojącym, nie chcę użyć słowa kondycja ludzka, ale jest to pewna pozycja wobec świata społecznego i świata w ogóle, którą jako ludzie przyjmujemy.

W rytuale odbija się znajome napięcie – między podporządkowaniem a sprzeciwem, imitacją a zmianą. Nie wiemy, co się wydarzy. Wydaje się, że wesele jest takim rytuałem, który kusi, by wymknąć się tym regułom.

Takie napięcie jest stale obecne, zostało przedstawione w wielu filmach, jak choćby w Weselu Wojciecha Smarzowskiego. Obserwujemy ślub i wesele zaaranżowane przez ojca panny młodej, owładniętego ambicją i pragnieniem pokazania się Wojnara. Cała sytuacja zbudowana jest na nieprawdzie. Dopiero w końcowej scenie, kiedy panna młoda ucieka z wybrańcem swojego serca, odjeżdżają wspólnie pociągiem – wolni, szczęśliwi – fałsz zostaje za nimi.

Odtworzenie tej samej historii znajduję w filmie Absolwent. Pojawia się w nim amerykańska klasa średnia, która bogaci się, tworzy swój sztuczny świat. W pewnym momencie patrzymy na scenę, w której wesele, jako coś związanego z ukonstytuowaniem, reprodukowaniem klasy społecznej, zostaje zerwane. Panna młoda ucieka sprzed ołtarza, widzimy ją i jej wybranka, jak jadą autobusem. Dopiero wtedy są wolni, a to całe piekło ogromnych napięć klasowych zostawiają daleko w tyle.

Przypominam sobie też piękny obraz wesela wiejskiego w filmie Ostatnie takie trio Jerzego Obłamskiego. Trójka muzykantów, takich jak z książki Sprzedana muzyka Andrzeja Bieńkowskiego, przybywa na wesele. Okazuje się, że są umówieni z nieznajomym, żeby zagrać w konkretnym momencie pewną melodię. Wesele jest typowo wiejskie – w stodole kamera rejestruje skrzynki z oranżadą, z piwem. Panna młoda jest piękną dziewczyną ze wsi. Natomiast pan młody okazuje się człowiekiem „dewizowym”, w ciemnych okularach, z mercedesem z lat 70. Widać, że kupuje sobie szczęście. Wydarzenie, którego jesteśmy świadkami, jest czymś fałszywym. Gdy w pewnym momencie muzykanci zaczynają grać tę melodię, panna młoda ją zna, przypomina jej prawdziwą miłość. Na horyzoncie na motocyklu pojawia się prawdziwy ukochany. W następnej chwili ona wsiada w białej sukni na motor, odjeżdżają.

W tych filmach widać tę ciągłą celebrację motywu, że bierzemy udział w czymś nieszczerym, w czymś, co zbudował ktoś inny. Pamiętamy słowa w piosence: „Już mi niosą suknię z welonem”. Mówiąc kolokwialnie, lądujemy w sytuacji, kiedy ktoś za nas – rodzice, sąsiedzi, agenci kontroli społecznej – buduje bardzo ozdobny pałac, w którym nie chcemy mieszkać. Im jest bogatszy, im lepiej zaprojektowany w zgodzie z obowiązującymi kanonami, tym bardziej wydaje się sztuczny. Rytuały u Smarzowskiego, np. oczepin, sprawiają wrażenie czegoś wyjątkowo nierozumnego, sztywnego, momentami wręcz debilnego, jest to oczywiście przedstawienie w krzywym zwierciadle, ale widać, że w weselu odbija się niezwykle silna presja społeczna, bezwiednie odtwarzana.

Czy by być sobą, musimy uciec od tej presji?

Mamy gorset rytuału, jest to taka opowieść, która napawa nas lękiem, ale – i to jest tutaj najważniejsze – ona jest w rytuale przekraczana. Widać to w obrzędach weselnych opisywanych przez etnografów na podstawie XIX-wiecznych źródeł czy tych zebranych przez Oskara Kolberga. Jest taki piękny tekst z lat 80. Joanny Tokarskiej, Jerzego Wasilewskiego i Magdaleny Zmysłowskiej Śmierć jako organizator kultury, w którym autorzy w bardzo ciekawy sposób pokazują moment dynamizmu obecnego w rytuale, kiedy wszystko wywracane jest do góry nogami. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę to wszystko się dalej potoczy. Te elementy nieprzewidywalności mają swój wyraz w języku symbolicznym. Wszystkie reguły społeczne zaczynają działać na opak – drużyna pana młodego przybywa w nocy po pannę młodą, razem naśladują postacie nie z tego świata, udają, że mówią nieludzkim językiem. Jest też taki zwyczaj, że gdy pan młody przybywa po swoją wybrankę, to musi ją w jakiś sposób zdobyć, wykupić. Musi sprostać regułom gry, które przeczą logice. Tutaj pojawia się ten najważniejszy moment – zaznajomienie się ze światem śmierci – w tym sensie, że unieważnione zostają wszystkie elementy życia, które były znane, oswojone.

Kilka lat temu obserwowałem na wsi pod Szydłowcem „stawianie bram”, przy których jadąca na ślub para młoda musiała się wykupić, by ją przepuszczono dalej. Pojawiały się najdziwniejsze maszkary, przebierańcy, konie z cylindrem na głowie. Pamiętam, że jeden z takich niezwykłych mieszkańców, rolnik, przebrał się za szlachcica. Miał taką piękną szablę, szlafrok na wzór kontusza, znalazł jakąś czapę.

W ten sposób odtwarza się świat, w którym przestają obowiązywać reguły społeczne. Jest to obraz antyświata, punkt zerowy – moment kiedy z jednej strony pojawia się inność, dziwaczność, a z drugiej, wchodzi ten element dynamiki. Pan młody musi sforsować drzwi do domu panny młodej i jak już tę pannę zdobędzie, wykupi, to bierze ją ze sobą i wyjeżdżają razem czym prędzej, nie oglądając się za siebie. W południowej Mongolii, gdzie prowadziliśmy badania, uczestniczyliśmy w weselu mniejszości kazachskiej. Byliśmy wówczas świadkami, jak rodzina starała się przetrzymać pannę młodą, a pan młody i jego rodzina zabrali ją do udekorowanego gazika i ruszyli z piskiem opon, za nimi w pościg puścili się na motorach bracia panny młodej – niewiele brakowało, żeby się poprzewracali Ta scena zrobiła na mnie ogromne wrażenie ze względu na swoją dynamikę.

W takich sytuacjach zachodzi zmiana stanu społecznego, wydarzenia przebiegają w bardzo gwałtowny sposób. To jest taki moment wolności, w rytuale następuje chwila, powiedziałbym, nieważkości, widzimy, że wahadło wychyla się w jedną stronę, na krótko zastyga, pojawiają się te wyobrażenia dziwności, antyświata, postacie maszkar, przebierańców, dziwadeł, to, co normalne, zamiera, a potem następuje przełamanie – jechanie na wyścigi z orszakiem weselnym, trąbienie, hałasowanie. Ta chwila wolności obecna jest w języku symbolicznym, jest to moment odtwarzania siebie w nowej postaci. Ten stan można porównać do nawrócenia, metanoi. Pisali o tym Victor Turner, Richard Schechner, a także mój ulubiony autor Nigel Rapport – człowiek nagle staje się kimś innym, następuje taki moment, kiedy przekracza się reguły społeczne. Mam wrażenie, że gdzieś pod tym wszystkim zachodzi przemiana człowieka. Dla Nigela Rapporta nie tyle ważne jest, że ktoś się zmienił, ile że ma taką możliwość. To jest kondycja, która pozwala nam być kimś innym, niż jesteśmy.

To, o czym Pan mówi, bardzo pasuje do motta projektu Wesele 21: „Tam spotkasz siebie, jakiego się nie spodziewasz”. Wesele staje się okazją do samopoznania, nieraz prowadzi do zaskakujących odkryć. Jakie funkcje spełnia z perspektywy grupy?

Rytuał ten jest niezwykle ważny, to jest czas, kiedy pojawia się „wszystko, co najlepsze”, to, co „najzacniejsze”, „najbogatsze”, „najmodniejsze”. Nie mówię tylko o weselach nowobogackich, ale również o uroczystościach ludzi z środowisk twórczych, którzy także realizują własne strategie, czy o weselach wiejskich z ich symboliką, estetyką. Albumy i filmy z uroczystości weselnych przechowywane np. na Radomszczyźnie, w Świętokrzyskiem traktuje się jak skarb, który z dumą się pokazuje. To jest taki moment, kiedy znaczenia dobrego życia, tego, co czeka człowieka w przyszłości, przez co musi przejść, zagęszczają się w jednej przestrzeni, w jednym wydarzeniu, które trwa dzień, dwa – krótko.

Pamiętam, że gdy mój syn miał pięć, może sześć lat, zbierał różne rzeczy – kamienie, owady zatopione w przezroczystej pleksi, różnego rodzaju stworzenia, dinozaury. Kiedyś wróciłem do domu i zobaczyłem, że przykleił na drzwiach swojego pokoju kartkę, na której napisał: „Wystawa Wszystkiego, Co Jest na Świecie”. I tak też jest z weselem, tzn. wystawia się „wszystko, co najlepsze”, co jest na świecie, niczym w XVIII- i XIX-wiecznych kolekcjach – dokonuje się kondensacji, metonimii świata – wystawia się wszystko, co zgromadzono. Tutaj pojawia się znowu problem, tzn. nie mam pewności, czy to wszystko rzeczywiście jest najlepsze: tort, potrawy, muzyka, strój – chodzi raczej o sam mechanizm zagęszczania znaczeń. Stajemy twarzą w twarz z rytuałem i z odwiecznym pytaniem, czy to się dzieje naprawdę: czy to jest tylko teatr? Inaczej mówiąc: do jakiego stopnia to, co się wydarza w moim życiu, jest czymś prawdziwym, a do jakiego jest czymś, co buduję wbrew sobie, do czego jestem zmuszony?

Często „pusta forma tego, co wypada”, prowadzi do spotkania z drugim człowiekiem. W czasie wesela tyle osób – nieznajomych, ale też dawno niewidzianych krewnych – znajduje się w jednej przestrzeni. Nie sposób od siebie uciec. Rytuał wesela jest momentem, kiedy wszyscy wystawiamy się na sytuację spotkania obcości, odmienności. Nie musi to być wcale wesele Włocha z Polką bądź „małżeństwo mieszane”. Po prostu różnimy się, mieszkamy w różnych częściach Polski, należymy do odmiennych światów, grup, klas społecznych – i to wszystko z niebywałą ostrością staje się widoczne podczas tego rytuału. Kiedy robi się tę „wystawę wszystkiego, co jest na świecie”, to te różnice…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polska na weselu