Subskrybuj

Stare wino w nowych bukłakach

Trzeba brać pod uwagę nie tylko samo wesele, ale cały zestaw praktyk obrzędowych – pewne karleją, zanikają czy mocno się przekształcają, a ciężar niektórych przenosi się gdzie indziej, w sferę obrzędów ongiś pobocznych i dużo mniej ważnych.

Po co nam dzisiaj wesele? Dlaczego ten obyczaj się utrzymuje, mimo iż podejście do małżeństwa i do rytuałów w ogóle tak się zmieniło? Już nie uważamy za konieczne zapewnienia sobie przychylności różnych mocy, często tradycję traktujemy jako zbędny balast, bo największą wartością we współczesnym świecie wydają się postęp i gotowość do zmian.

Zmieniło się i nie. Zawarcie małżeństwa to jednak – nadal – wejście w nowy etap życia. I muszą mu towarzyszyć pewne rytuały, które to podkreślają nie tylko symbolicznie – tzw. obrzędy przejścia. Nawet więc wówczas kiedy nowoczesne społeczeństwa niejako „wymywają”je ze swojego oficjalnego istnienia, owe rytuały stają się dziką, alternatywną obrzędowością. Nie tak otwarcie i wyraźnie dotyczy to wesela, które raczej się prywatyzuje, a nie dziczeje, lecz bardziej np. wchodzenia w dojrzałość. Obserwujemy więc dziś dzikie, najeżone często przemocą formy inicjacji młodzieży, budowane samorzutnie i poza kontrolą społeczną: bo zabraliśmy jej tradycyjne formy inicjacyjne – matura nic nie znaczy, nie ma obowiązku służby wojskowej. Wszystkie rytuały przejścia muszą być przy tym na swój sposób brutalne i bolesne, także wesele, a dzisiejsza oficjalna kultura tego bardzo nie lubi. Jest w końcu kulturą, którą w znacznym stopniu włada imperatyw przyjemności. A zatem – idąc dalej – nie może być rytualnej pustki: rytuał może się, i owszem, przekształcać, przenosić w inne obszary i obrastać w dodatkowe znaczenia, ale w tych węzłowych momentach ludzkiego życia, w momentach przejścia on się zawsze będzie ujawniał.

Ale czy ślub rzeczywiście jest nadal takim węzłowym momentem, skoro coraz więcej par mieszka ze sobą już wcześniej, często mają dzieci? Właściwie po ślubie nic się nie zmienia.

Żyjemy – chcemy tego czy nie – nie tylko w porządku materialnym i naturalnym, ale także i symbolicznym. Inaczej żylibyśmy życiem zwierzęcym. Zresztą świat zwierzęcy też jest nacechowany rytualizmami. W przypadkach zatem, o których Pani mówi, następuje tylko prywatyzacja rytuału i inne czynności zastępują wesele – np. wprowadzenie się jednej osoby do drugiej, któremu na ogół towarzyszą, chociażby skąpe, chociażby szczątkowe, zachowania symboliczne.

Wzięcie wspólnego kredytu…

Tak, bo to wiąże się z manifestacją pewnej siły, w tym wypadku materialnej, którą w rytuałach przejścia trzeba ujawnić. Tym właśnie był np. zwyczaj potlaczu, czyli manifestacji swojej mocy – fizycznej, duchowej – przez materialne wydatki (w kulturach miewa i miewało to różne formy, np. rozpasanego obrzędowego obżarstwa czy opilstwa, palenia pieniędzy i niszczenia rzeczy, polskiej zasady „zastaw się, a postaw się” itd.). Rytuały na ogół wiążą się zarazem z założeniem czegoś, z przejściem z jednej postaci istnienia w społeczności do drugiej. I trzeba dać jej także podstawy materialne. Jeśli chodzi o tradycyjne wesela, znane nam chociażby z opisu Reymonta – który moim zdaniem był zresztą najwybitniejszym socjologiem wsi polskiej – nie nastąpiła tutaj szczególna zmiana. Oczywiście zamiast ziemi, pierzyny i krowy dostaje się dziś od rodziców pieniądze na założenie nowego życia. Mimo więc że życie seksualne zaczyna się dziś grubo przed ślubem, to jednak zawarcie małżeństwa to ciągle jeszcze nowa kondycja, zwłaszcza ważna dla kobiet. I mimo emancypacji kobiet założenie gniazda ciągle się liczy. A zatem w pewnym tylko przebraniu pojawiają się stare wątki ekonomiczne – np. poprzez kupowanie tańca z panną młodą czy zbieranie pieniędzy przez młodą parę. Aluzje natury erotycznej nadal są też obecne, jak na dawnych weseliskach. Krótko mówiąc, zmienia się tylko naskórek, skóra już znacznie słabiej, a miąższ tego „czerwonego jabłuszka przekrojonego na krzyż” – żeby nawiązać do starej piosenki ludowej o erotycznym podtekście – zostaje niezmieniony.

Czy rzeczywiście te zmiany są jedynie powierzchowne? Kiedyś zawierało się związek małżeński z przyczyn społecznych, kulturowych i ekonomicznych. Obecnie mówi się o miłości jako jedynym powodzie, dla którego ludzie się pobierają. To jednak istotna zmiana. Skąd ona się wzięła?

Stąd, że przestały istnieć tradycyjne społeczeństwa z przypisaną im odwieczną i ustaloną hierarchią, społeczności zamknięte, rządzące się swoimi prawami, gdzie role były z góry rozdane i trudno było poza nie wykroczyć.

Przez całe wieki zbytnia miłość między narzeczonymi była wręcz niewskazana, jako coś, co mogło w przyszłości zdestabilizować związek. Pożądana była wzajemna sympatia albo nawet obojętność. Dziś to nie do pomyślenia.

Moim zdaniem rola uczucia jest współcześnie przeceniana w publicznej opowieści. Często bowiem i za dzisiejszymi związkami wcale nie stoi uczucie, ale zupełnie inne rzeczy, chociażby pociąg fizyczny, który sublimuje się – nierzadko po faryzejsku – w pojęciu miłości. I czynniki ekonomiczne oraz inne oznaki statusu ciągle odgrywają ważną rolę. Gdy czyta się chociażby odpowiedzi kobiet w ankietach na temat ideału mężczyzny, padają zdania, że musi być wykształcony, aktywny, a zatem w domyśle: musi utrzymać rodzinę. I wcale nie słyszymy, że miłość jest najważniejsza. Nie wykluczam oczywiście, że wiele związków opiera się głównie na uczuciu, ale nie jest to uczucie tak subtelne i tak romantyczne, jak by się mogło wydawać.

Czyli zasadnicze powody, dla których ludzie się pobierają, się nie zmieniły?

Zmienił się sposób mówienia o nich. Jest taka zapomniana książka Ajschylos i Ateny George’a Thompsona – etnografa, antropologa, marksisty, która pokazuje, że to wcale nie małżeństwo wymaga pewnych form ekonomicznych, ale odwrotnie: pewne formy życia ekonomicznego wymagają małżeństwa o odpowiedniej formie – matrylinearnej, patrylinearnej, patrylokalnej, matrylokalnej, poliandrii, poligamii, monogamii, związków trwałych, przejściowych itd. Coś w tym jest. Być może zatem liczba małżeństw spada nie dlatego, że – jak powiada się banalnie i niczego nie tłumacząc – obyczaje się zmieniły, tylko dlatego, że z powodów ekonomicznych i za sprawą globalizacji świata, zatem jego większej otwartości i głębszego uniwersalizmu, jesteśmy bardziej ruchliwi, a małżeństwo i tradycyjna rodzina jednak na swój sposób unieruchamiają, przywiązują do miejsca. Współczesny człowiek Zachodu chce się przecież przemieszczać, nastawiony jest na przelotne, nietrwałe doznania, często, jak mówi Zygmunt Bauman, najbliższa mu jest „kondycja turysty” – w związku z tym zmienia też po drodze partnerów, a relacje, w które wchodzi, są ciągle nowe i nie mają trwałego wiązania.

À propos ruchliwości – Anna Zadrożyńska w książce Światy, zaświaty. O tradycji świętowań w Polsce pisze, że cały obrzęd wesela i rozmaite role sztywno przypisane różnym jego uczestnikom miały jeden zasadniczy cel – zniesienie obcości między dwiema rodzinami. To się np. wyrażało w tańcu panny młodej, która wcale nie tańczyła najpierw z mężem, ale ze starostą weselnym, potem z drużbami, by dopiero na końcu trafić w ramiona męża. Podobną funkcję pełniły swaty. Być może współcześnie rytuał się zmienił albo pozostał w szczątkowej formie, bo te zabiegi stały się bezprzedmiotowe, ponieważ małżeństwa zawiera się nie z członkami własnej niewielkiej społeczności, lecz z osobami z drugiego końca kraju, a czasem i świata. Zniesienie dystansu jest więc niemożliwe.

Prof. Zadrożyńska ma, owszem, rację. Ale nie tylko o to chodziło. Taniec jest bowiem w tym wypadku odpowiednikiem i „następcą” dawnego archaicznego, obrzędowego rozkiełznania. Pojawił się on zatem późno, w wyniku chrystianizacji – jako chrześcijański odpowiednik, jak można się domyślać, dawnego rytuału płodności: kopulacji innych mężczyzn, wedle określonego porządku społecznego, wedle ustalonej hierarchii, z panną młodą. Chodziło też i o zmazę, jaką symbolicznie łączono z aktem defloracji, i o zapobieżenie sprowokowanemu przez ten akt nieszczęściu, które tym sposobem nie gromadziło się jakby nad jednym mężczyzną, panem młodym, lecz niejako „rozmywało” pośród wspólnoty. Wiadomo przy tym – z opisu pewnego arabskiego podróżnika – że podobny rytuał kopulacyjny towarzyszył starosłowiańskim (staroruskim?) pogrzebom, które były swoistym „rewersem” zaślubin, uwieńczonym śmiercią „oblubienicy” zmarłego, czyli którejś z jego nałożnic, wybranej do tego, by podążyć za nim w zaświaty. To jedno. Drugą istotną sprawą jest natomiast forma życia rodzinnego, praktykowana w dzisiejszym zachodnim świecie, do którego przecież należy i Polska. Dawniej zatem chodziło o duże, wielopokoleniowe gromady, które nadto budowały poprzez małżeństwa więzi natury gospodarczej, kulturowej czy politycznej. Dziś mamy do czynienia z „rodzinami nuklearnymi” – niewielkimi, jedno- czy najwyżej dwupokoleniowymi. Na dodatek w II połowie XX stulecia – to zasadniczy przełom w dziejach ludzkości – świat nasz przestał być światem wiejskim, opartym na gospodarce rolnej i przypisanej mu kumulacji zasobów (ziemi i rąk do pracy). I w zurbanizowanym świecie dzisiejszym kumulacja dóbr materialnych czy kulturowych nie łączy się już z koniecznością budowania tego rodzaju więzi, tego typu statycznej wspólnoty, o którym Pani mówi. Pieniądz, a on dzisiaj, nie ziemia, stanowi materialną podstawę wszelkiego życia, także życia rodzinnego, nie ma na dobrą sprawę ojczyzny, nie ma tożsamości, nie przynależy do żadnego miejsca ani kultury. Jest ruchliwy, nawet drastycznie ruchliwy – a na dodatek, nie przypadkiem przecież, coraz bardziej symboliczny, coraz bardziej „wirtualny”, „nierzeczywisty”. No i wreszcie świat dzisiejszy to ogromne uwolnienie indywidualnej podmiotowości, wyzwolenie jej – na dobre i na złe – z oków tradycyjnej wspólnoty, od zasad życia i wyznaczników tożsamości określanych i reglamentowanych przez zbiorowość. Nie żenią się więc ze sobą i nie muszą się bratać wspólnoty, lecz osoby.

Czy dowodem na ową trwałość rytuału, o której Pan mówił, jest to, że ludzie słabo lub wcale niezwiązani z Kościołem decydują się na ślub kościelny i wesele? Świadczyłoby to nie tylko o poddaniu się naciskom rodziny lub poszukiwaniu decorum, ale też o głębszej potrzebie metafizycznej. Tak, o tęsknocie za tym, aby jednak ten moment był mocniej symbolicznie zaznaczony, aby zakorzeniał się jednak jakoś – mimo tych przemian, o jakich staram się Pani opowiedzieć – w jakimś szerszym i przerastającym jednostkową egzystencję porządku. Metafizycznym, kulturowym, społecznym. Trzeba przy tym podkreślić, że rytuały kościelne stają się coraz bardziej puste, mają coraz bardziej formalny charakter. Ale im też nadal towarzyszy jakaś praktyka inicjacyjna, bo są przecież nauki przedmałżeńskie, które są zamknięte, niewtajemniczony tam nie wejdzie. Zatem Kościół także jest podporządkowany pewnej archaicznej praxis, podobnie jak społeczeństwa nowoczesne czy ponowoczesne. Wcale więc nie jesteśmy tak nowocześni, żeby zrezygnować ze swojego archaicznego sposobu istnienia. I są rzeczy jakby absolutnie niezmienne, takie jak sens i znaczenie rytuału, jak jego egzystencjalna potrzeba. Kiedyś wzorcem były rytuały wypracowane przez poprzednie pokolenia i niejako „zadane” kolejnym. Zmieniło się to – i owszem – ale całkowicie nie znikło. Zewnętrzne przejawy rytuału mogą być natomiast oczywiście rozmaite. Mówi się chociażby o „nowej magii” – to teoria Colina Campbella. Max Weber uważał bowiem, że świat mieszczański dokonał odczarowania rzeczywistości, ogołocił ją z mitu, rytuału, symbolu. Tymczasem Campbell dowodzi, że nie – że ów świat mieszczański, kapitalistyczny, uruchomił użyteczną dla siebie nową magię, która się opiera na marzeniach. Sklepy przestały być więc zimnymi magazynami, oferującymi po prostu jakieś rzeczy. Pojawiła się reklama, odwołująca się do imaginacji, uruchamiająca – wręcz produkująca – pragnienia i pożądania. Mówimy tu sobie zatem o ubożeniu rytuałów, a tymczasem – proszę spojrzeć! – jakie krainy marzeń, jakie fantazmatyczne światy budują…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polska na weselu