Jego najlepsza – jak często sam podkreślał – książka, zatytułowana Mikołaj Sęp Szarzyński a początki polskiego baroku, pisana pod wpływem istotnej dla Błońskiego francuskiej myśli krytycznej, wywołała w II połowie lat 60. intelektualny ferment. Do dziś też pozostaje przykładem fascynującego literaturoznawczego pisania i ciągle wywiera duże wrażenie na kolejnych pokoleniach czytelników. A obok tej książki postawić też trzeba przecież prace Błońskiego o Miłoszu (Miłosz jak świat, 1998), Witkacym (Od Stasia do Witkacego, 1997, oraz Witkacy – Sztukmistrz. Filozof. Estetyk, 2000) i Mrożku (Wszystkie sztuki Sławomira Mrożka, 1995), Gombrowiczu (Forma, śmiech i rzeczy ostateczne. Studia o Gombrowiczu, 1994).
Również takie książki krytyczne jak Romans z tekstem czy Odmarsz nie odeszły do literackiego lamusa. I choć to, co wyróżniało Błońskiego jako krytyka w latach 70. i 80. (niezależność myślenia, swobodny ton, antyinstytucjonalność i antymetodologiczność, kapryśność literackich wyborów, eksponowanie czytającego „ja”), wydawało się po przełomie krytycznoliteracką „normalnością”; i choć pojawiły się też nowe języki krytyczne, radykalnie różne od krytycznoliterackiej praktyki Błońskiego, to jednak w tym kontekście jeszcze wyraźniej widoczny staje się fakt, że był on przede wszystkim autorem znakomitych tekstów o czytaniu literatury, a nie tylko komentatorem tekstów literackich. Jego krytycznoliterackie szkice i eseje sprawiają wrażenie, że zdawanie sprawy z własnej lektury było dla autora czymś nadzwyczajnym, radością samą w sobie, swoistą, choć – jakże poważną – zabawą. A sama lektura – zauroczeniem, miłosnym wez-/wyzwaniem, przenikaniem tajemnicy tekstu. Tajniki tego zauroczenia odsłaniał we wstępie do Romansu z tekstem, pokazując na przykładzie jednego z wierszy Celana, jak w trakcie lektury dość banalnych – jego zdaniem – wersów napotyka nagle słowa, których nie rozumie, refren, który staje się wezwaniem, który budzi ciekawość, lęk, dreszcz, olśnienie i nieodparte pragnienie, żeby go przeniknąć. I przekonywał, że „tekst nie czytany, nie kochany (lub nie drażniący!) przestaje się mienić znaczeniami”.
Bogactwo otwierających się podczas lektury możliwości wynikało również z tego, że Błoński nie dopasowywał jej do określonych z góry (ściśle zdefiniowanych) koncepcji dotyczących literatury. Przeciwnie – ulegał urokom czytanego przez siebie utworu i niejednokrotnie pod jego wpływem zmieniał interpretacyjne narzędzia. Co więcej, w trakcie tej „czytelniczej procedury” raczej uwieloznaczniał, niż ujednoznaczniał swoją interpretację, a jego teksty cechuje eseistyczna swoboda, błądzenie myśli i jednocześnie – stawiające czytelnikowi intelektualne wymagania – zaproszenie do dialogu. Najlepsze teksty Błońskiego są zarazem finezyjne (wiodą nas meandrami różnych odniesień i refleksji) i precyzyjne (w ocenach, tezach), a przy tym otwarte na inne możliwości interpretacyjne, programowo nieostateczne… Jest to możliwe również dzięki charakterystycznemu eseistycznemu stylowi, który – jak już niejednokrotnie pisano – stanowi ciekawe połączenie francuskiego esprit z sarmacką gawędowością (bezpośredniością, czasem dosadnością). Ten styl, raczej mówiony niż pisany, pełen urzekających metafor, ironii, gry, intelektualnych wycieczek, pozwalał na pozostawanie blisko tekstu; czytanie niejako in statu nascendi. Charakterystyczne wydaje się również to, że Błoński raczej stronił od bezpośrednich ocen, ale tak prowadził swoją interpretację, że trudno mieć wątpliwości, jakie jest jego zdanie na temat opisywanego utworu.
Literackie romansowanie
Taki model krytyki, jednocześnie lekkiej, migotliwej od znaczeń i intymnej, opartej na przyjemności obcowania z tekstem, a nawet namiętności, ale też na ważnych odniesieniach do tradycji literackiej oraz na – personalistycznym z ducha – poszukiwaniu w dziele autora i istotnych wartości, czynił z Błońskiego w czasach PRL-u postać wyjątkową, o czym równie błyskotliwie, jak przenikliwie pisał Janusz Sławiński w słynnym tekście Za co powinniśmy kochać Jana Błońskiego. Ale i dla pokolenia wstępującego do literatury po roku 1989 wydawał się Błoński – jako jeden z nielicznych – atrakcyjnym krytykiem. Jego gombrowiczowskie z ducha nicowanie utartych formuł, a przede wszystkim tekstowe romanse i prywatne czytelnicze namiętności stały się nośną formułą dla młodych krytyków (by przypomnieć książkę Dariusza Nowackiego Zawód – czytelnik). Szybko jednak okazało się, że wyjąwszy „gadany styl” i „romansowe” podejście do tekstu, różni Błońskiego od najmłodszych krytyków zbyt wiele (i zbyt zasadniczych) spraw: w przeciwieństwie do młodej krytyki, która na początku lat 90. ostentacyjnie występowała przeciwko tradycji, kanonowi, przeciwko wszelkiemu hierarchizowaniu i wartościowaniu, dla autora Odmarszu najistotniejsze w literaturze było właśnie poszukiwanie wartości, jednoznacznie też opowiadał się za kulturotwórczą funkcją krytyki, uznając, że powinna ona wartościować i porządkować zjawiska literackie. Zawsze też podkreślał, że literacka współczesność bardzo wiele zawdzięcza tradycji, traktując przy tym dawne teksty jako część żywej literatury (czego dobitnym przykładem jest książka o poezji Sępa Szarzyńskiego). Dlatego trudno się dziwić, że drogi starego krytyka i młodych buntowników radykalnie się rozeszły. Błoński początkowo przyglądał się działalności młodych bruLionowców, przykładając do nich swoją miarę, i opisywał ich pierwsze wystąpienia poprzez analogie z poetycko-buntowniczą atmosferą po roku 1918 i ze skamandrytami. Nie akceptował jednak ich działalności, zarzucając im intelektualną wtórność wobec zachodniej kontestacji lat 60. Z kolei z perspektywy młodego pokolenia poszukującego nowych poetyckich wzorców Błoński, raczej niechętny awangardzie w poezji, a przede wszystkim Błoński jako wielbiciel poezji Miłosza, sytuował się poza kręgiem zainteresowania młodych poetów, a nawet po przeciwnej stronie barykady. Poza tym rosnące w latach 90. zainteresowanie literackim postmodernizmem kierowało uwagę młodej krytyki na takie zjawiska jak prozatorska „szkoła Berezy” , której od początku Błoński był niechętny.
Sam Błoński w szkicu Bezładne rozważania starego krytyka, który zastanawia się, jak napisałby historię prozy polskiej w latach istnienia Polski Ludowej, w którym dokonał bynajmniej nie „bezładnego” przeglądu polskiej prozy powojennej, przyznawał, że jego „»literatura współczesna« jest już stara”. Nie oznacza to jednak, że nie interesował się nowościami, o czym świadczą jego recenzje z lat 90., a także nietuzinkowi pisarze, których debiuty zauważył i rekomendował. Różnorodne zainteresowania, o których on sam mówił, że są nazbyt szerokie, przyznając, iż jako krytyk sięga po coś, co go w danym momencie pasjonuje, a co nie jest dla niego „jeszcze w pełni jasne, czytelne”,…